Recenzja: Brockhampton Iridescence

Data: 22 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

Brockhampton

Iridescence (2018)

Question Everything/RCA Records

Już dawno na rapowej mapie nie było kolektywu, który z takim impetem wszedłby na scenę, a przy tym trafił do tak szerokiej i różnorodnej grupy odbiorców. Swoją zeszłoroczną trylogią Saturation Kevin Abstract i spółka zrobili wrażenie na wszystkich — od hip-hopowych konserwatystów po wyznawców niuskulu, a nawet niedzielnych słuchaczy rapu. Ten nagły skok popularności zaowocował podpisaniem wielomilionowego kontraktu z RCA Records, dzięki czemu chłopcy z Brockhampton osiągnęli coś, co jeszcze przed rokiem wydawało się pewnie dla nich kompletną abstrakcją — swoją nową płytę nagrali w legendarnym Abbey Road Studios w Londynie. Czy to wejście do ścisłego muzycznego mainstreamu oraz perturbacje związane z odejściem Ameera Vana sprawiły, że w brzmieniu pierwszego hip-hopowego boysbandu nastąpiła rewolucja? Czy może postanowili wciąż kroczyć drogą, która przyniosła tak znakomite efekty na poprzednich płytach?

Odpowiedź na te pytania nie jest jednoznaczna. Z jednej strony słuchając Iridescence nie ma się wątpliwości, że to album nagrany przez Brockhampton. Podobnie jak na Saturation, tak i tu brzmienie jest odważne, ekscentryczne, stojące w opozycji do obecnie panujących w hip-hopie trendów. Z drugiej jednak strony, pochodzący z Teksasu kolektyw pokazuje tu niespotykaną na wcześniejszych projektach emocjonalną dojrzałość i świadomość tego, co chce osiągnąć, zarówno na poziomie tekstowym, jak i muzycznym. Podczas gdy zeszłoroczne mikstejpy w znacznej mierze oparte były na młodzieńczej spontaniczności i synergii między członkami bandu, tak na Iridescence jeszcze istotniejszą rolę odgrywa autorefleksja nad tym, jak zmieniło się życie każdego z członków zespołu na skutek niespodziewanego sukcesu i presji, jaką ta zmiana ze sobą niesie. Dzięki temu nowy album prezentuje zdecydowanie bardziej spójną wizję niż którakolwiek z części zeszłorocznej trylogii.

Nie oznacza to jednak, że brzmienie zaprezentowane na nowym albumie jest w jakikolwiek sposób bardziej zdefiniowane czy wygładzone. Wręcz przeciwnie, jest tu nawet bardziej różnorodnie niż poprzednio, a granice eksperymentu zostały przesunięte jeszcze dalej. Mamy tu zatem nie tylko typowe dla Brockhampton wykręcone, ekscentryczne bangery („New Orleans”, „Berlin”, „Where the Cash at”), które swobodnie i naturalnie przenikają się z letnimi, rhythmandbluesowymi melodiami i pop-rapowymi balladami („Thug Life”, „San Marcos”, „Tonya”), ale także inspiracje brytyjską sceną elektroniczną, jak chociażby w „Tape”, czy drum&bassowym fragmencie „Weight”.

Najmocniejszymi momentami płyty są jednak te najbardziej emocjonalne i introspektywne numery, które podkreślają wspomnianą już dojrzałość i umiejętność spojrzenia w głąb siebie. Jednym z takich utworów jest właśnie „Weight”, gdzie Kevin Abstract rapuje m.in. „And she was mad ’cause I never wanna show her off / And every time she took her bra off my dick would get soft / I thought I had a problem, kept my head inside a pillow screaming”. Chyba jeszcze mocniej za serce chwyta przepiękne „San Marcos”, w którym wersy o początkach grupy w rodzimym Teksasie zwieńczone zostają powtarzanymi przez dziecięcy chór niczym mantra słowami „I want more out of life than this”. Pod względem emocji punktem centralnym albumu pozostaje jednak singlowe „J’ouvert”, w którym brudny, syntezatorowy bit stanowi idealne tło dla niesamowicie agresywnych i autentycznie wkurwionych wersów Joby („Don’t act like I ain’t been dead to ya’ / Don’t act like I ain’t deserve this shit / Couldn’t last a day inside my head / That’s why I did the drugs I did”).

W wywiadzie przeprowadzonym podczas sesji nagraniowej w Abbey Road Studios Kevin Abstract przyznał, że bodajże największą inspiracją w czasie tworzenia płyty było Kid A autorstwa Radiohead. Coś w tym może być, bo tak jak brytyjski zespół w 2000 roku definiował muzykę rockową na nowo, tak Brockhampton swoją dotychczasową twórczością, a szczególnie ostatnim albumem stara się wytyczyć nowe szlaki rozwoju gatunku, gdzie jakiekolwiek brzmieniowe podziały czy granice nie mają kompletnie racji bytu. Co prawda Iridescence z pewnością nie zapisze się w historii w podobny sposób, jak arcydzieło Radiohead, ale z pewnością jest to ważny krok w karierze grupy przybliżający ich do albumu, który być może w przyszłości będzie uznawany za rapowy klasyk.

Komentarze

komentarzy