Recenzja: Anderson .Paak Oxnard

Data: 27 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

Recenzja Oxnard

Anderson .Paak

Oxnard (2018)

Aftermath / OBE / 12 Tone / ADA

Oxnard dzieli od Malibu niecała godzina drogi, jednak w przypadku Andersona .Paaka dystans ten wydaje się znacznie większy. Na swoim trzecim solowym albumie raper odważnie łączy siły z największym weteranem wśród producentów, pragnąc zaprezentować publiczności nowe oblicze. Zatytułowany na cześć jego rodzinnego miasta krążek to przede wszystkim więcej koncentracji i konsekwentności, bezkompromisowy skręt w stronę rapu i g-funku, ale również ciąg niefortunnych decyzji i chybionych pomysłów.

Paak do tej pory mógł poszczycić się imponującym dorobkiem muzycznym jak na artystę, który stosunkowo niedawno wszedł do głównego nurtu. Zarówno Venice, jak i Malibu emanowały świeżością, luzem i kreatywnością, które stawiały Andersona ponad innymi twórcami balansującymi na granicy R&B, neo-soulu i hip-hopu. Materiał ten był tak dobry, że kazał wszystkim uwierzyć w to, że pod okiem Dr. Dre i ze wsparciem pod postacią wielkiego budżetu rapera czeka naprawdę świetlana przyszłość. Czy to za sprawą tych wygórowanych oczekiwań, czy po prostu przywiązania do wypracowanego przez Paaka brzmienia, Oxnard okazał się dla wielu osób niemałym rozczarowaniem. To żadna ewolucja, ani nawet rewolucja w stosunku do jego dotychczasowego stylu. To zupełnie inna historia, w której znaleźć można sporo diabelnie dobrej muzyki. Od perfekcji oddalają ją małe, ale jakże frustrujące detale.

Mimo iż naczelnym architektem Oxnard jest Dre, do produkcji zaangażowano całą plejadę muzyków. Q-Tip, 9th Wonder, Dem Jointz, Focus — to grono producentów, za którymi stoją multiplatynowe płyty, nagrody i doświadczenie. Dzięki nim najnowsze dzieło Andersona brzmi w warstwie podkładów fenomenalnie, ale co najważniejsze, ma własną dynamikę i urzekający klimat słonecznej Kalifornii. Rozpoczynające odsłuch „The Chase” to rodem wyjęty z filmów blaxploitation motyw pościgu, który płynnie przechodzi w funkowe „Headlow” i „Tints”. Pełną instrumentów i zachwycających struktur ucztę przerywa singlowe „Who R U”, futurystyczny banger nasycony miejską dzikością. Chwilę później słuchacz rozpływa się w rasowym g-funku w formie „Smile/Petty” i „Anywhere”. Neo-soulowe melodie znane z wcześniejszej dyskografii Paaka zastępują wariacje na ten temat skrojone bardziej pod rap aniżeli wykonania wokalne, takie jak „Trippy” czy „Sweet Chick”. Ta mieszanka ma sens i swój urok, choć nietrudno odnieść wrażenie, że podąża tymi samymi torami, co ostatnia płyta Dr. Dre, Compton.

Dla Andersona zmiana muzycznej orientacji jest pewnego rodzaju wyzwaniem. W jego flow i tekstach można jednak bez problemu wysłyszeć, że to wyzwanie, którego pragnął, do którego podszedł z entuzjazmem i energią. Efekty tego potrafią być zaskakujące; raper pokazuje pazur w utworach pełnych przechwałek (wspomniane już „Who R U” czy „Mansa Musa”), ale umie również zabłysnąć dowcipem i swoistym luzem, szczególnie gdy sięga do tematyki relacji damsko-męskich („Tints”, „Sweet Chick”). Mimo to trudno nie zauważyć, że jego wachlarz możliwości jest ograniczony – czasem tak bardzo, że trudno jest mu unieść poszczególne numery. Dotyczy to szczególnie prób zmierzenia się z poważniejszymi kwestiami, jak np. w „6 Summers”, które, chociaż oferuje rewelacyjną produkcję i błyskotliwy refren, aż zanadto spłyca poważny polityczny problem. Całościowo Oxnard kręci się wokół sławy i nowego poziomu życia gospodarza, i trzeba przyznać, że dopóki trzyma się on tego jako przestrzeni do swobody i zabawy, płyta zapewnia dobrą rozrywkę. Tym, co może ją skutecznie popsuć, są momenty takie jak odrzucający przerywnik kończący “Headlow” czy udawany jamajski akcent w wykonaniu Dr. Dre na „Musa Mansa”. Na szczęście to tylko niechlubny wyjątek, jeśli chodzi o występy gościnne. Zwrotki Snoop Dogga, Q-Tipa czy Pusha T to pierwszorzędny materiał, który tylko wzbogaca brzmienie albumu i pomaga uzupełnić braki Andersona.

Oxnard kończy „Left to Right”, co nie tylko zwiększa konsternację, ale również celnie podsumowuje całe doświadczenie. Płyta rozłożona na czynniki pierwsze prezentuje się fantastycznie i zapewne gdyby jej autorem był ktoś inny, zachwytom nie byłoby końca. Problem w tym, że raper postawił na pomysł kompletnie różny od tego, czego oczekiwała publika (co nie ułatwia krytyki). Świeże spojrzenie i zróżnicowany styl znane z jego poprzednich dokonań zostały zastąpione przez wyrachowanie Dre i ambicję stworzenia kolejnego westcoastowego klasyka. Uwodzący wokal i relaksujące brzmienia ustępują tu nierzadko przeciętnemu rapowaniu i chybionym pomysłom. Esencja i osobowość schodzą na drugi plan, robiąc miejsce dla rozmachu i absolutnego dopieszczenia. Innymi słowy, Oxnard to doskonała płyta, która z różnych przyczyn spodoba się tylko niewielu. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby dać jej szansę — niewykluczone bowiem, że nowe wcielenie Andersona zostanie z nami na dłużej.

Komentarze

komentarzy