Recenzja: Ella Mai Ella Mai

Data: 29 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

Ella Mai

Ella Mai (2018)

10 Summers / Interscope

23-letnia Ella Mai jeszcze nie tak dawno temu nagrywała 15-sekundowe filmiki na Instagramie, gdzie śpiewała covery znanych utworów. Pewnego dnia w jej prywatnych wiadomościach znalazł się DJ Mustard z propozycją współpracy. Jej efektem był pierwszy od 26 lat numer jeden na liście Billboardu osiągnięty przez artystę pochodzącego z Wysp Brytyjskich, a autorką tego hitu była właśnie Ella Mai. Po wydaniu epki Ready zastanawialiśmy się, jak brzmieć będzie debiut młodej wokalistki.

Na krążku znalazło się aż 16 piosenek. To sporo materiału jak na dzisiejsze standardy. Tym ciekawsze jest, że ta płodność rozpoczęła się w grudniu zeszłego roku, podczas jednej z imprez klubowych w Oakland. Choć materiał był już dostępny dla skromnego grona odbiorców od lutego 2017 roku, dopiero 10 miesięcy później ktoś poprosił DJ-a o „Boo’d Up” i cały parkiet oszalał. Następnie DJ Big Von zabrał kawałek do swojej stacji radiowej, zadzwonił do Mustarda z dobrą nowiną i machina pracy nad debiutanckim albumem ruszyła. „Boo’d Up” spodobało się tak bardzo, że powstał nawet oficjalny remiks z Nicki Minaj i Quavo. Niektóre z aranżacji na Ella Mai brzmią na nieco zautomatyzowane, ale piosenkarka radzi sobie z tym doskonale, tchnąc w nie dodatkową porcję życia przez swój znakomity warsztat wokalny. Dobrym przykładem jest „Good Bad”, w którym można usłyszeć nietypowe, niższe rejestry głosu Mai.

W akustycznym „Naked” wokalistka zwraca się bezpośrednio do kochanka, pytając, czy będzie ją kochał także bez make-upu, co definiuje poniekąd zawartość liryczną krążka. Wśród gości na płycie znaleźli się John Legend, H.E.R. i Chris Brown, który stworzył z Ellą dobry duet w „Watchamacallit” (choć niektórym może nie pasować ta współpraca ze względu na konflikt interesów w postaci przeszłości piosenkarza i feminizmu Elli). Z kolei zabieg z literowaniem swojego imienia może i jest tanim chwytem, ale pozwala spiąć klamrą cały album. Debiut Mai jest silnie inspirowany i zapewne dedykowany R&B lat 90., gdy na scenie królowały Janet Jackson i TLC.

Ella Mai wzięła duży zamach i nie przeliczyła się. Trafiła całkiem przyzwoicie w piłkę i zdobyła co najmniej 2. bazę. To historia jak z filmu, która pokazuje, że jeśli ma się talent, warto cierpliwie czekać na swoją szansę. W przypadku Brytyjki szansa ta przyszła znienacka, w postaci jednego z najgorętszych nazwisk na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Współpraca z Mustardem przyniosła jej bardzo dobry debiut.

Komentarze

komentarzy