Recenzja: Mariah Carey Caution

Data: 3 grudnia 2018 Autor: Komentarzy:

Mariah Carey

Caution (2018)

Epic

Where, where, where is Maria, pyta Christina Aguilera na swoim najnowszym albumie Liberation. I cóż z tego, że wokalistka używa swego drugiego imienia jako symbolu zagubionego ja, skoro to inna Maria już kilka lat temu sprowadziła to imię do jednego mianownika, dumnie głosząc: I’ve always known me / I am Mariah. Ta sama świadoma Maria również wróciła po długiej przerwie, tuż przed momentem, w którym jej głos i tak wybrzmi wszędzie tam, gdzie mianownikiem będą bożonarodzeniowe przeboje.

Dość sprytny to zabieg, żeby wydać płytę akurat wtedy, kiedy ludzkość faktycznie będzie dopytywać: „gdzie jest Maraja”. A nuż w szale Czarnego Piątku ktoś skusi się na nową Mimi jako dodatek do składanki pod świąteczny garnirunek. A po ostatnim, chłodno przyjętym wydawnictwie i singlu-niewypale są powody do (nomen omen) ostrożności. Ale wbrew tytułowi Marii znacznie bliżej do wyzwolenia głoszonego przez jej koleżankę, Christinę Marię. Słysząc odważne „GTFO”, można było domniemywać, że wokalistka zdecyduje się na muzyczną odnowę i znajomość z romansowym, hipsterskim R&B spod znaku dvsn (wszak maczał tu palce Nineteen85). To zaledwie część prawdy. Caution ma gdzieś z tyłu głowy alt R&B, ale pierwszeństwo daje bombastycznym trapom (trudno się dziwić, nie tylko ze względu na obecne trendy; wśród producentów między innymi Lido, Skrillex i DJ Mustard). Wciąż jednak to monument na skalę Marii Carey. Ale uwaga; ani wygładzona pomnikowość, ani maksymalna kompresja nie są w stanie zepsuć przyjemności z odsłuchu. A przyjemność zaczyna się już od „GTFO”, płynąc przez lekkie funkujące „A No No”, najntisowe „The Distance”, psychodeliczne „Giving Me Life” (z udziałem Blood Orange) do końcowego, jedynego tak pompatycznego momentu na krążku, „Portrait”. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jest zaskakująco nieszkodliwie od strony melodramatu czy wokalnego popisywactwa, które członkini wokalnej starszyzny bez bólu przekazuje swoim następczyniom (a raczej jednej, tej załzawionej, od której zresztą chyba też uszczknęła odrobinę, co świetnie słychać w „With You”). Całkiem przyjemnie wybrzmiewają też zapętlone wokale, zwłaszcza te graniczne, jak finisz w Timbalandowskim „8th Grade”.

To raczej oczywiste, że Caution nie zmieni oblicza muzyki popularnej. A jednak nie sposób się do tego albumu przyczepić. W ciągu czterdziestu piosenkowych minut nic nie boli i nie zgrzyta w uszach. Wszystko zakrawa co najwyżej na (o zgrozo) sprawnie wykonaną, mainstreamową produkcję. Czy przypadkiem nie najlepszą w dorobku? Trzeba oddać Marii sprawiedliwość i przyznać, że lekcję ze współczesnego popu odrobiła celująco. I choć nie będzie rewolucji, to wróciła do nas znana postać w zupełnie nowej odsłonie. Koleżanki z branży, słuchajcie i bierzcie z tego przykład. Mariah jest tylko jedna.

Komentarze

komentarzy