Recenzja: Travis Scott Astroworld

Data: 7 grudnia 2018 Autor: Komentarzy:

Travis Scott

Astroworld (2018)

Epic Records / Grand Hustle / Cactus Jack

AstroWorld to zamknięty w 2005 roku park rozrywki w Houston. Trzeci album Travisa Scotta, oparty na koncepcji powrotu do rodzinnego miasta, razem z debiutanckim Rodeo i poprzedzającym go mixtape’m Days Before Rodeo stanowią, jak sam to określił, sagę. Okładkowa interpretacja wejścia do Six Flags została zaprojektowana w dwóch wersjach przez Davida LaChapelle’a, uznanego fotografa i reżysera. Wydane 3 sierpnia Astroworld to godzina mocnych wrażeń. Jest chłodno, sentymentalnie i onirycznie, a tym samym niepoetycko.

Już na samym początku w „Stargazing”, które jest jednocześnie jednym z highlightów albumu, słychać bujający, psychodeliczny bit. W połowie utworu staje się szybki i surowy, a tekst nakreśla poruszaną dalej tematykę (Ya feel me?). Przeszłość, narkotyki i relacja z partnerką przewijają się przez pozostałe 16 numerów. Wśród nich nie brakuje też licznych odniesień do rodzinnego Houston. Travis składa mu hołd między innymi poprzez wspomnienie zmarłego DJ-a Screwa, w towarzystwie Swae’a Lee w spokojnym „R.I.P. Screw” czy parafrazując w „5% Tint” najsłynniejszą linijkę Slim Thuga — Five percent tint so you can’t see up in my window, pochodzącą ze „Still Trippin”. O świetności Astro decyduje jednak przede wszystkim warstwa muzyczna. Zamiast plastikowych brzmień charakterystycznych dla Rodeo, mamy tu klasyczne sample takie jak „The New Style” Beastie Boysów („Carousel”), „Gimme the Loot” Biggiego („Sicko Mode”), a nawet „Jógę” z albumu Homogenic Björk („No Bystanders”), które współgrają z kojarzonymi z Travisem, przesterowanymi, syntezatorowymi pejzażami.

Jest w tym również duża zasługa producenta wykonawczego, Mike’a Deana, który od początku współpracuje ze Scottem i jest związany z największymi nazwiskami w branży. Niekonwencjonalne rozwiązania zostały tutaj ujęte w przystępną, przejrzystą formę. Harmonijka Stevie’ego Wondera przy akompaniamencie nucącego Kida Cudi’ego tworzy senną balladę „Stop Trying to be God” zwieńczoną mocną zwrotką Jamesa Blake’a, a Tame Impala, Pharrell Williams i The Weeknd unoszą się wysoko w imitującym wrażenie bycia pod wpływem LSD „Skeletons”. Jednym z ciekawszych zabiegów są też linijki Drake’a stanowiące niejako klamrę kompozycyjną trzyczęściowego „Sicko Mode”. Who put this shit together? I’m the glue — kwituje La Flame. Album jest przemyślany i paradoksalnie bardzo spójny. Można jednak odnieść wrażenie, że jego druga połowa jest mniej zróżnicowana — najbardziej przeciętne, typowo trapowe pozycje („Can’t Say”, „Who? What!”, „Butterfly Effect”, „Houstonfornication”) następują zaraz po sobie. Mimo tego Astroworld od razu wpisało się do historii gatunku. Young La Flame, he in sicko mode.

Komentarze

komentarzy