Recenzja: Little Simz Grey Area

Data: 22 marca 2019 Autor: Komentarzy:

Little Simz

Grey Area (2019)

Age 101

Little Simz właśnie skończyła 25 lat, ale jej muzyczna wszechstronność, nienaganne flow i umiejętności liryczne już dawno zwróciły uwagę Kendricka Lamara i Lauryn Hill, szybko czyniąc ją jedną z najbardziej obiecujących i wartych uwagi postaci brytyjskiej sceny hip-hopowej. Dzisiaj, na swoim trzecim albumie, imponuje niekwestionowaną pewnością siebie; jest Picassem z długopisem, w swoich złych dniach — Jay’em-Z, a w najgorszych — Szekspirem. She’s a boss in a fucking dress.

Nieważne, jak potraktuje się słowa Simz, nie można nie odnieść wrażenia, że Grey Area jest albumem skrojonym na miarę klasyków — koncepcyjnym i wyważonym. Raperka w szczery sposób konfrontuje się z uczuciami, jakie towarzyszą kryzysowi wieku młodego, i z którymi w pewnej chwili mierzy się dziś prawie każdy młody człowiek. To moment, w którym nie wiadomo, dokąd się zmierza, moment, w którym nic nie jest czarne ani białe — ani prawidłowe, ani niewłaściwe. Nierzadko towarzyszy temu również poczucie samotności, pustki i bycia zdanym tylko na siebie. Simz mówi o tym w prosty, lecz nie banalny sposób. Jej autentyzm przejawia się w ironii, nieskrępowanej pewności siebie, samoświadomości i dystansie (Got a very big ego / Embedded in me that’s the heritage ego).

Już na samym początku albumu Simz atakuje mocno i bezkompromisowo, by nagle ująć subtelną wstawką pianina albo przykuć uwagę zapadającą w pamięć, wykrzyczaną frazą. W ten sposób właśnie otwierające „Offence” i „Boss” porywają ciężkim, surowym brzmieniem, które Cleo Sol przełamuje refrenem w „Selfish”. W dalszej części krążka szorstki głos Simz regularnie koreluje z cieplejszymi podkładami jak choćby w spokojniejszym, gitarowym „Wounds”, bassowym „Therapy” albo zamykającym „Flowers” z wokalami Michaela Kiwanuki. Budowana przez nią atmosfera albumu przyciąga swoją ekspresywnością, podobnie jak jej flow — konsekwentne i pozornie jednostajne. Artystka potrafi jednak odpowiednio nim manipulować i dostosowywać do poszczególnych utworów. W końcu precyzji tej nauczyła się od legend takich jak Dizzie Rascal czy Busta Rhymes. Wspomina o tym w introspektywnym „101 FM”, jedynym kawałku, który wydaje się odstawać od pozostałych. Wyprodukowany na wschodnioazjatycko brzmiącym bicie, przywodzi na myśl raczej chiptune’owe produkcje. Kompozycyjnie jest to nieco dezorientujące, ale w koncepcji powrotu do przeszłości i zestawienia jej z teraźniejszością à la audycja radiowa, uzasadnione. Zresztą możemy ją dissować, ale ona i tak nie odpisze.

Komentarze

komentarzy