Recenzja: Pro8l3m Widmo

Data: 3 kwietnia 2019 Autor: Komentarzy:

Pro8l3m

Widmo (2019)

RHW Records

Pro8l3m to skład, który na rodzimej scenie hip-hopowej od wielu lat funkcjonuje jako fascynujący przykład antybohaterów. Od debiutu ich kultowego w niektórych kręgach mixtape’u Art Brut zaczęli gromadzić wokół siebie zafascynowaną ich nietuzinkową fantazją na temat ulicznego rapu publiczność, by ostatecznie wbić się szturmem do mainstreamu przebojowym longplayem Pro8l3m. Kluczem do sukcesu wydaje się wieczne balansowanie duetu, który zawieszony między prostacką, napędzaną kokainą i etanolem gangsterką a bardzo specyficzną poetyckością i czujnym, socjologicznym spojrzeniem, lawiruje od mainstreamu do niezalu, gromadząc tłumy zarówno jako headlinerzy festiwali hiphopowych, jak i na OFF Festivalu. Przy tak sprecyzowanej stylistyce i określonym polu twórczym pozostaje pytanie: czy Pro8l3m jest w stanie nas jeszcze czymś zaskoczyć? Odpowiedź miał przynieść drugi legalny długograj grupy, czyli Widmo.

Zapowiedź albumu rzeczywiście rozgrzewała wyobraźnię. Na trackliście pojawiła się informacja o gościnnym występie Artura Rojka, promujący wydawnictwo singiel „Interpol” stanowił wariację grupy na temat klimatów tropikalnego house popu, zaś w minimalistycznym „Jak Disney” po raz pierwszy mogliśmy usłyszeć pełną zwrotkę Steeza. Obawiam się jednak, że muszę ostudzić zapał tych, którzy oczekiwali rewolucji. Widmo to wręcz wzorcowy Pro8l3m: poza uciekającym w popowe przyśpiewki Oskarem, większość albumu to nadal zabawa w napędzany melancholią blokowiskowy futuryzm. Nie oznacza to, że jest źle, bo formuła wypracowana przez duet to kura znosząca złote jajka. Od pierwszych dźwięków przestrzennych syntezatorów w „Prawdy nie mówi nikt” wiemy doskonale, z którym składem mamy do czynienia. Wszystko wydaje się jednak tu trochę bardziej wypolerowane i bezpośrednie. Ogromną siłą tkwiącą w poprzednich numerach grupy było granie nieoczywistościami — piosenkowy sznyt ukrywano za surowymi liniami synthów, a kwadratowe flow Oskara przemycało pod gęstymi rymami i celnymi onelinerami przemyślenia na tematy społeczne i egzystencjalne. Tutaj wyraźną kreską odznaczono, że osią krążka ma być postrap o popowym zacięciu, przez co wycięto dużą część tkwiącego we wcześniejszych płytach brudu.

Nie zmienia to jednak tego, że dobre piosenki pozostają dobrymi piosenkami. Zmysłu do przebojów Pro8l3mowi nie można odmówić i tak ich materiał po raz kolejny wypełniony jest chwytliwymi motywami. „Crash test” porywa rozwijającą się motoryką, uciekającą w pokaźnym finale w hip-house, „Rotterdam” wspaniale kontrastuje z łagodnym otwieraczem, pędząc na autopilocie z tradycyjną Oskarową gimnastyką słowną. Numer z ex-wokalistą Myslovitz reinterpretujący kontrowersyjny singiel „To nie był film” wymienia spozierającą z oryginału oniryczną paranoję na chłód psychopatycznego spojrzenia i zimnokrwiste wersy Oskara. Zaskakująco dobrze wypada najbardziej popowy track na krążku, czyli łagodne, refleksyjne „National Geographic”. Lirycznie słuch przykuwa także osobliwa ballada „112”, która wizje romantycznego, wspólnego życia zastępuje poszukiwaniem pierwiastka intymności i oddania w obrazach wspólnych samobójstw.

I przy kwestii lirycznej wypada się na chwilę zatrzymać. Pro8l3m stał się ostatnio kozłem ofiarnym licznych portali muzycznych doszukujących się w tekstach duetu przykładów mizoginii. Jako naczelny argument przytaczany był tam refren „USB”, w którym pada wyraźne rozdzielenie: „My to kokaina, gouda i auta/Wy to Ewelina, Monia i Marta”. Uprzedmiotawiania kobiet oczywiście nikt nie ma zamiaru wspierać, popierać czy usprawiedliwiać, mam jednak wrażenie, że w tej całej dyskusji, która wokół grupy się rozpętała, zupełnie pomija się kwestię tego, że Pro8l3m to przede wszystkim projekt muzyczny, oparty na określonej konwencji i koncepcji. Oskar ogrywa etos ulicznych porachunków, w którym kobiety są, najdelikatniej rzecz ujmując, marginalizowane. Przy takim spojrzeniu równie łatwo zarzucić wielu projektom promocję narkomanii czy przemocy, nie prowadzi to jednak do niczego konstruktywnego.

Pro8l3m na Widmie wydaje się nieco zjadać własny ogon. Chłopaki dalej robią to, co prawda, z klasą, wbijając swoje szpilki tam, gdzie doskonale wiedzą, że będzie boleć. Być może gdyby nie kontekst poprzednich nagrań grupy, Widmo wypadałoby dużo lepiej, bo rozpatrywane autonomicznie to zbiór całkiem przyzwoitych piosenek, jednak na tle reszty dyskografii najnowszy longplay wypada zaskakująco nijako.

Komentarze

komentarzy