Recenzja: Lizzo Cuz I Love You

Data: 15 maja 2019 Autor: Komentarzy:

Lizzo

Cuz I Love You (2019)

Nice Life/Atlantic

Czy Lizzo zafunduje nam werbalne wciry, kiedy nie damy jej przynajmniej czterech gwiazdek za najnowszy album? To oczywiście bardzo abstrakcyjne życzenie wyjęte z zamrażarki wizerunkowych mrzonek, które najpewniej wśród nich zostanie, bez względu na pozycję pytającego. Mimo wszystko trudno nie chcieć zakrzyknąć „sprawdzam” i nie zakwestionować wartości trzeciej płyty artystki, kiedy w odpowiedzi na mniej przychylną ocenę Pitchforka dla Cuz I Love You widzi się agresywny komentarz gwiazdy na Twitterze.

Ignorancją byłoby jednak stwierdzić, że charyzma i temperament Melissy Vivianne Jefferson nie stanowią fundamentów jej twórczości. Na samym początku roku ta charyzma spłynęła na nas w całej okazałości, razem z singlowym „Juice”. Otrzymaliśmy doskonały pastisz post-disco, lekki i wyważony produkcyjnie, przypieczętowany ekstatycznym perkusyjno-dętym aranżem (ewidentnie mrugającym okiem do klasyków). Wywiedziony od soulowego optymizmu epki Coconut Oil z 2016 roku hymn na cześć dobrego samopoczucia epatował taką ilością swagu, że Królowa Funku Chaka Khan mogłaby ugryźć się w język z wrażenia.

Połączenie tak wysoko postawionej poprzeczki z coraz to nowymi aranżacjami wychodzącymi na światło dzienne do momentu premiery Cuz I Love You mogło wywołać pewne obawy o treści muzyczne (choćby przy okazji takiego trapowego koszmarku jak „Fitness”), jakimi Lizzo będzie raczyć słuchaczy na jej pierwszym krążku z ramienia dużej wytwórni. W przypadku obaw artystka nie zawiodła. Już na wstępie atakuje bombastycznym aranżacyjnie i wokalnie, nie znoszącym sprzeciwu przytupem członkini orkiestry marszowej, nadając tempo przynajmniej połowie płyty. Tę pierwszą połowę (i część drugiej) stanowią nieco zbyt oczywiste pop-trapowe mariaże w tonie tych bardziej pompatycznych indeksów z dyskografii Ariany Grande, wyprodukowane przez Warrena Feldera oraz X Ambassadors. Utwory jak „Like a Girl”, „Soulmate” czy „Jerome” przypominają kolejne piosenki z generatora hitów tła, którym lepiej nie przysłuchiwać się zbyt uważnie. W przeciwieństwie do popowych koleżanek ze świecznika Lizzo jednak o wiele trudniej zdyskredytować. Być może sprzyjają temu feministyczne i queerowe treści, jeszcze pewnie długo skazane na niedostatek w mainstreamowej narracji. Być może to też po części zasługa wizerunku łebskiej kumpeli z twojego ulubionego serialu z Netflixa. Ktoś na facebookowym forum pyta: „fajne, ale dlaczego takie głośne?”. Nie da się ukryć, głośna produkcja stanowi (chyba nieco zbyt toporny) znak rozpoznawczy Cuz I Love You.

Druga połowa albumu, choć równie głośna, skrojona jest ze znacznie większym wyczuciem (tu produkcyjnie dominuje Ricky Reed, odpowiedzialny za „Juice”). Rozpoczyna ją minneapolisowe „Crybaby”, które na tle powertrapowych utworów wyróżnia się progresją. Prince’owska gitara, niczym klamra, inauguruje również singlowe „Tempo”, największy banger na płycie, który obezwładnia mocarnym bitem, wzmocnionym psychodelicznym flecikiem. Piosenka ponoć nie miała trafić na album z powodu nieprzystawalności do reszty i Lizzo byłaby naprawdę szalona, gdyby na to nalegała. Zwłaszcza w przypadku tak owocnego współdziałania ze swoją muzyczną mentorką Missy Elliott; właściwie nie wiadomo, kto tu komu robi robotę. Równie dobry jest new jack swing trap w „Exactly How I Feel” (to też jeden z lepszych featuringów na koncie Gucciego Mane’a). Po nieco wymęczonych popisach Warrena Oaka Feldera i X Ambassadors dostajemy wreszcie produkt w pełni zgodny z opisem – dostarczający autentycznego impulsu do afirmowania tego, co się czuje; wprost, wszem i wobec, bez oglądania się na innych. Płytę wieńczy piosenka-niespodzianka „Lingerie”, na której Lizzo nieoczekiwanie odsłania liryczną stronę, zalewając nas łagodnością w rhythm-and-bluesowej pelerynce à la Alicia Keys, przechodzącą stopniowo w pewne siebie crescendo à la Melissa Vivianne Jefferson. Ta wyrwana z kontekstu kropka nad i pozwala zapomnieć o stylistycznej nierówności i nabrać apetytu na więcej różnorodnych pomysłów wokalistki.

W twitterowym Q&A ktoś zapytał Lizzo o ulubioną piosenkę przywołanej tu wcześniej Ariany Grande. W odpowiedzi Melissa przejmująco zanuciła fragment „Needy”. Chciałabym więcej takich zaskoczeń. Może niekoniecznie w balladowej przewadze liczebnej, ale na pewno w reprezentacji różnej (nomen omen) kolorystyki wokalnej i produkcyjnej. Trapowy stempel, zamiast wydobyć siłę płyty, sprawił, że w napływie dźwiękowych kopniaków ginie muzyczna tożsamość Lizzo. Biorąc pod uwagę drogę, jaką przeszła, nie mam serca oceniać jej zbyt nisko; na to z pewnością sobie nie zasłużyła, zwłaszcza że jak na standardy popowego albumu Cuz I Love You ma się całkiem nieźle. Z drugiej strony kilka przesadzonych momentów sprawia, że nie potrafię pokochać tej płyty z mocą towarzyszących jej pozytywnych haseł.

Komentarze

komentarzy