lizzo

Niepohamowana energia Lizzo rozsadziła Tiny Desk

Niepohamowana energia Lizzo rozsadziła Tiny Desk

Kolejną gwiazdą, która zjawiła się przy malutkim biurku, była Lizzo. Jak sama stwierdziła, wystąpiła w ramach NPR Tiny (ass) Desk. Artystce humor dopisywał, pokazała się z żywiołowej strony, a jej nowy band dał radę podkręcić show, którego gwiazdą była oczywiście Amerykanka. Podczas występu zaprezentowała trzy piosenki ze swojej płyty Cuz I Love You, zaczynając od lamentacyjnego „Cuz I Love You”, przez zadziorne „Truth Hurts” i kończąc na zabawnym „Juice”. Na każdym kroku Lizzo podkreślała żartobliwie, jak kobieta jej rozmiarów zmieściła się przy tak małym biurku. Występ zgromadził niemałą publiczność, która jadła Lizzo z ręki, bawiąc się przy tym przednio. Bardzo udany występ, jak na niewielkie rozmiary sceny i mając na uwadze zwyczajowe energiczne występy Lizzo z tancerzami. Zobaczcie jak Lizzo pracuje przy małym biurku.

Lizzo twerkuje w asyście Missy Elliott

Lizzo twerkuje w asyście Missy Elliott

Cztery długie miesiące musieliśmy czekać na teledysk do hymnu dużych dziewczyn. Warto było jednak uzbroić się w cierpliwość, by otrzymać taką wizualizację. Jak na Lizzo przystało, w jej klipach dużo jest nagości i humoru, a nad wszystkim unosi się pewność siebie i samoakceptacja. Artystka, wraz ze swoimi krągłymi przyjaciółkami, odwiedza nocny fast-food, robiąc przy tym niezły szum. Twerkuje i tańczy wśród facetów. Na koniec zamieszania dołącza do niej oczywiście Missy Elliott w niezłym różowym wdzianku. Dzieje się dużo, a wszystko w typowo amerykańskiej scenerii. Pędem wciśnijcie play poniżej.

Charli XCX z zapowiedzią płyty, nowym teledyskiem i koncertem w Polsce

Wczoraj skarżyliśmy się, że Charli XCX nadal nie zmaterializowała szumnie zapowiadanego od trzech lat trzeciego oficjalnego longplaya i jakby w odpowiedzi zaledwie kilka godzin później piosenkarka podzieliła się wszystkimi możliwymi detalami dotyczącymi nowego wydawnictwa. Nie ma odwrotu — Charli ukaże się 13 września a trafi na niego w sumie 15 numerów, w tym dwa z uprzednio wydanych 6 singli — „1999” z Troye’m Sivanem oraz „Blame It on Your Love” z Lizzo (odpadło niestety fenomenalne „Boys”). Jednocześnie wraz z informacjami o nowym krążku XCX udostępniła klip do swojego najnowszego singla, który możecie zobaczyć poniżej. Wśród zaproszonych gości tłoczno — Christine and the Queens, Sky Ferreira, Kim Petras, Tommy Cash, Haim, Big Freedia, Cupcakke, Brooke Candy, Pabllo Vittar, Clairo, Yaeji, a na dokładkę jeszcze raz Troye Sivan w sequelu „1999” zatytułowanym „2099”, który para wykonywała już wspólnie na koncertach. Według relacji samej Charli płyta ma być bardziej eksperymentalna brzmieniowo niż zwiastujące ją single — nic dziwnego, skoro jednym z producentów wykonawczych krążka ma być zresztą tuz bubblegum bassu A. G. Cook. To jednak nie koniec dobrych informacji — Charli wyruszy w trasę koncertową po USA i Europie, w której programie 12 listopada znalazł się występ w warszawskiej Stodole! Album dostępny będzie w preoderze od środy na oficjalnej stronie artystki.

Charli XCX sprzymieżona z Lizzo

Po premierze Cuz I Love You — prawowitego długogrającego debiutu Lizzo piosenkarka zdecydowanie zyskała na rozpoznawalności. Po głośnym duecie z Missy Elliott, tym razem piosenkarka/raperka podrzuciła zwrotkę w nowym singlu Charli XCX — „Blame It on Your Love”. Nowy singiel to odświeżona wersja wydanego pod koniec 2017 roku na mikstejpie Pop 2 kawałka enigmatycznie wówczas zatytułowanego „Track 10”. Niestety wraz z nowym aranżem zniknął produkcyjny sznyt, który wyróżniał oryginał na płycie. To także ósme podejście XCX do wypuszczenia trzeciego oficjalnego krążka — jak tak dalej pójdzie piosenkarka zatytułuje go Greatest Hits.

Recenzja: Lizzo Cuz I Love You

Lizzo

Cuz I Love You (2019)

Nice Life/Atlantic

Czy Lizzo zafunduje nam werbalne wciry, kiedy nie damy jej przynajmniej czterech gwiazdek za najnowszy album? To oczywiście bardzo abstrakcyjne życzenie wyjęte z zamrażarki wizerunkowych mrzonek, które najpewniej wśród nich zostanie, bez względu na pozycję pytającego. Mimo wszystko trudno nie chcieć zakrzyknąć „sprawdzam” i nie zakwestionować wartości trzeciej płyty artystki, kiedy w odpowiedzi na mniej przychylną ocenę Pitchforka dla Cuz I Love You widzi się agresywny komentarz gwiazdy na Twitterze.

Ignorancją byłoby jednak stwierdzić, że charyzma i temperament Melissy Vivianne Jefferson nie stanowią fundamentów jej twórczości. Na samym początku roku ta charyzma spłynęła na nas w całej okazałości, razem z singlowym „Juice”. Otrzymaliśmy doskonały pastisz post-disco, lekki i wyważony produkcyjnie, przypieczętowany ekstatycznym perkusyjno-dętym aranżem (ewidentnie mrugającym okiem do klasyków). Wywiedziony od soulowego optymizmu epki Coconut Oil z 2016 roku hymn na cześć dobrego samopoczucia epatował taką ilością swagu, że Królowa Funku Chaka Khan mogłaby ugryźć się w język z wrażenia.

Połączenie tak wysoko postawionej poprzeczki z coraz to nowymi aranżacjami wychodzącymi na światło dzienne do momentu premiery Cuz I Love You mogło wywołać pewne obawy o treści muzyczne (choćby przy okazji takiego trapowego koszmarku jak „Fitness”), jakimi Lizzo będzie raczyć słuchaczy na jej pierwszym krążku z ramienia dużej wytwórni. W przypadku obaw artystka nie zawiodła. Już na wstępie atakuje bombastycznym aranżacyjnie i wokalnie, nie znoszącym sprzeciwu przytupem członkini orkiestry marszowej, nadając tempo przynajmniej połowie płyty. Tę pierwszą połowę (i część drugiej) stanowią nieco zbyt oczywiste pop-trapowe mariaże w tonie tych bardziej pompatycznych indeksów z dyskografii Ariany Grande, wyprodukowane przez Warrena Feldera oraz X Ambassadors. Utwory jak „Like a Girl”, „Soulmate” czy „Jerome” przypominają kolejne piosenki z generatora hitów tła, którym lepiej nie przysłuchiwać się zbyt uważnie. W przeciwieństwie do popowych koleżanek ze świecznika Lizzo jednak o wiele trudniej zdyskredytować. Być może sprzyjają temu feministyczne i queerowe treści, jeszcze pewnie długo skazane na niedostatek w mainstreamowej narracji. Być może to też po części zasługa wizerunku łebskiej kumpeli z twojego ulubionego serialu z Netflixa. Ktoś na facebookowym forum pyta: „fajne, ale dlaczego takie głośne?”. Nie da się ukryć, głośna produkcja stanowi (chyba nieco zbyt toporny) znak rozpoznawczy Cuz I Love You.

Druga połowa albumu, choć równie głośna, skrojona jest ze znacznie większym wyczuciem (tu produkcyjnie dominuje Ricky Reed, odpowiedzialny za „Juice”). Rozpoczyna ją minneapolisowe „Crybaby”, które na tle powertrapowych utworów wyróżnia się progresją. Prince’owska gitara, niczym klamra, inauguruje również singlowe „Tempo”, największy banger na płycie, który obezwładnia mocarnym bitem, wzmocnionym psychodelicznym flecikiem. Piosenka ponoć nie miała trafić na album z powodu nieprzystawalności do reszty i Lizzo byłaby naprawdę szalona, gdyby na to nalegała. Zwłaszcza w przypadku tak owocnego współdziałania ze swoją muzyczną mentorką Missy Elliott; właściwie nie wiadomo, kto tu komu robi robotę. Równie dobry jest new jack swing trap w „Exactly How I Feel” (to też jeden z lepszych featuringów na koncie Gucciego Mane’a). Po nieco wymęczonych popisach Warrena Oaka Feldera i X Ambassadors dostajemy wreszcie produkt w pełni zgodny z opisem – dostarczający autentycznego impulsu do afirmowania tego, co się czuje; wprost, wszem wobec, bez oglądania się na reakcje otoczenia. Płytę wieńczy piosenka-niespodzianka „Lingerie”, na której Lizzo nieoczekiwanie odsłania liryczną stronę, zalewając nas łagodnością w rhythm-and-bluesowej pelerynce à la Alicia Keys, przechodzącą stopniowo w pewne siebie crescendo à la Melissa Vivianne Jefferson. Ta wyrwana z kontekstu kropka nad i pozwala zapomnieć o stylistycznej nierówności i nabrać apetytu na więcej różnorodnych pomysłów wokalistki.

W twitterowym Q&A ktoś zapytał Lizzo o ulubioną piosenkę przywołanej tu wcześniej Ariany Grande. W odpowiedzi Melissa przejmująco zanuciła fragment „Needy”. Chciałabym więcej takich zaskoczeń. Może niekoniecznie w balladowej przewadze liczebnej, ale na pewno w reprezentacji różnej (nomen omen) kolorystyki wokalnej i produkcyjnej. Trapowy stempel, zamiast wydobyć siłę płyty, sprawił, że w napływie dźwiękowych kopniaków ginie muzyczna tożsamość Lizzo. Biorąc pod uwagę drogę, jaką przeszła, nie mam serca oceniać jej zbyt nisko; na to z pewnością sobie nie zasłużyła, zwłaszcza że jak na standardy popowego albumu Cuz I Love You ma się całkiem nieźle. Z drugiej strony kilka przesadzonych momentów sprawia, że nie potrafię pokochać tej płyty z mocą towarzyszących jej pozytywnych haseł.

#FridayRoundup: Lizzo, Beyoncé, Kevin Abstract i inni

Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Co znalazło się w wielkanocnym koszyczku? Długo oczekiwany longplay od Lizzo, kolejna epka Kevina Abstracta, głośny koncertowy materiał Beyoncé, ostatni album legend soulu The O’Jays czy debiut nowego głosu na scenie pop R&B Kelsey Lu.


Cuz I Love You

Lizzo

Nice Life/Atlantic

Trudno uwierzyć, że Cuz I Love You to już trzeci album w dorobku Melissy Viviane Jefferson. Soczyste single, którymi Lizzo dosłownie atakowała nas w ciągu roku, doprowadziły do niecierpliwego poruszenia z gatunku tych, które towarzyszą najczęściej obiecującym debiutantom. Jeżeli oczekiwaliście kolejnej dawki lizzobangerów, będziecie więcej niż zadowoleni. Ten krążek to dynamiczny koktajl z bazą zanurzoną w soulu i R&B, do której dorzucono barwną wkładkę, zawierającą między innymi trap, rap, house czy funk. Oczywiście wszystko w zgodzie z ideą self-love. Zostaje nam tylko życzyć smacznego. — Maja


Ghettobaby

Kevin Abstract

Question Everything

W sieci można znaleźć informacje, że wydane w poprzedni piątek Arizona, Baby to jedynie wstęp do kolejnego solowego długograja Kevina Abstracta, na który złożą się w sumie trzy małe wydawnictwa. I rzeczywiście teoria ta zdaje się potwierdzać szybciej niż można by się spodziewać. Pod tytułem Ghettobaby lider Brockhampton rozszerzył bowiem dzisiaj zeszłotygodniowy materiał o kolejne trzy tytuły, spośród których centralny „Baby Boy” doczekał się nawet teledysku. Po raz kolejny Abstract prezentuje tu własną wizję progresywnego hip hopu, w którym inspiracje Frankiem Oceanem i Outkast łączą się z psychodeliczną mieszanką soulu i jazzu. Kevin obiecuje, że w tym szaleństwie jest metoda i gdy już cały krążek ujrzy światło dzienne, słuchacze zrozumieją jego zamysł artystyczny. Trzymamy za słowo. — Kurtek


Homecoming: The Live Album

Beyoncé

Parkwood

Jesteśmy po pierwszym weekendzie Coachelli, gdzie zawsze wiele się dzieje, ale nawet teraz jeszcze nie zamilkło echo po zeszłorocznym widowisku, które zafundowała tam Beyoncé. Wielu określa je jako „career-defining” i trudno się sprzeciwiać, tym bardziej że sama pani Carter nie skrywa w pełni uzasadnionej dumy z niezapomnianego show — najlepszym na to dowodem jest spełnienie się krążących od pewnego czasu zapowiedzi dotyczących kolaboracji na linii Beyoncé-Netflix. Od dziś w serwisie można oglądać ponaddwugodzinny dokument „Homecoming”, przeprowadzający widzów od konceptu do brawurowej realizacji występu. Na dokładkę — chwała jej za to — Queen B proponuje odsłuch całości materiału zagranego na festiwalowej scenie w formie albumu (i nie jest to Tidal Exclusive!). Od ukazania się Lemonade fani, póki co na próżno, wyczekują kolejnego solowego wydawnictwa (milczenie przerwał dobrze, ale bez szaleństw przyjęty krążek Everything Is Love w duecie z Jayem Z) — znowu trzeba obejść się smakiem, natomiast smak to niewybredny. Zapraszamy na stadion! — Empee


Blood

Kelsey Lu

Columbia

Młoda, zdolna i doceniona przez krytyków Kelsey Lu nie powinna być nikomu obca. Jej debiutancki album Blood, następca EP Church z 2016 roku, został wyprodukowany przez znanego niemieckiego producenta Rodaidha McDonalda, przy dodatkowej współpracy takich nazwisk jak Skrillex, Jamie xx i Adrian Young. Fuzja takich osobowości musi dać zaskakująco pozytywny efekt. Tego powinnismy spodziewać się po debiucie artystki. Church brzmi nieco jak dokonania muzyczne Birdy, z tą jednak różnicą, że do folku dodano wyrazistą elektronikę i pomieszano z bluesem, hip-hopem i R&B. Miejscami klasyka łączy się z psychodelią, przez co płyta, dzięki oryginalności, zapada głęboko w pamięć. Wydawnictwo, pomimo rozpiętości gatunkowej, jest spójne i pokazuje niezwykłą pomysłowość Lu. Sprawdźcie, co przygotowała nietuzinkowa Kelsey. — Forrel


Not Waving, But Drowning

Loyle Carner

Universal Music

Drugi studyjny album Loyle’a to jeszcze bardziej klimatyczny i personalny materiał niż wydany dwa lata temu, debiutancki Yesterday’s Gone. Not Waving, But Drowning otwiera poruszający list do Jean, matki Carnera, a na albumie raper podejmuje tematy związane ze swoją dziewczyną, bliskimi i przyjaciółmi. Całość, jazzująca, lekka i swobodna, wydaje się wyjątkowo ciepła i kameralna, w szczególności za sprawą niejako luźnej kompozycji. Na płycie usłyszymy także m.in. Samphę czy Jorję Smith, lecz obecność gości nie definiuje, a wzbogaca jej brzmienie. Można stwierdzić, że Not Waving, But Drowning to przyzwoity sophomore — było na co czekać! — Klementyna


G Pack, Vol. I

The Doppelgangaz

Groggy Pack

The Doppelgangaz to nietuzinkowy duet nowojorskich MCs i producentów (EP i Matter ov Fact) tworzący boom bap z nieoczywistym, podziemnym twistem. Na najnowszej EPce, zatytułowanej G-Pack, Vol.I żenią klasyczną, oldschoolową formułę z naleciałościami Flatbush Zombies i [psychodeliczną, chłodną, przestrzenną produkcją na modłę bardziej staroszkolnych dokonań Lil Ulgy Mane’a. Całość przyjemnie szumi i powoli się sączy, choć hitów trudno tu uświadczyć. Zostajemy zostawieni z niedosytem, choć może to dobrze skoro to dopiero część pierwsza. — Wojtek


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Lizzo i Missy Elliott z mocarnym rapowym hymnem dużych dziewczyn

Ten duet był jedynie kwestią czasu — jeśli mieliście do czynienia z twórczością obu pań, nie trzeba was przekonywać, że Lizzo dużą część swojej muzycznej ekspresji zbudowała na spuściźnie Missy Elliott. I oto dziś rzecz się zmaterializowała w formie, która przystaje zarówno do bardziej hiphopowych momentów dyskografii Lizzo, jak i do ostatnich singli Elliott. Brzmienie numeru to mimo wszystko drugi plan, gdy panie rapują z przekonaniem i charyzmą — Slow songs, they for skinny hoes (…) I’m a thick bitch, I need tempo. Tempo jest tu co prawda umiarkowane, ale spotkanie dwóch tak wyrazistych osobowości scenicznych w mocarnym rapowym hymnie dużych dziewczyn to wydarzenie nie tylko muzyczne! Pozamiatane!

Walentynkowe fajerwerki od Lizzo!

Jeszcze nie zdążyliśmy się otrząsnąć po soczystym rozpoczęciu roku z nowym singlem Lizzo „Juice”, a tu nadciąga kolejna petarda! Cóż mam uczynić, byłam tak odporna, a teraz płaczę, bo cię kocham — wyznaje artystka w „Cuz I Love You”. Wyznaje to oczywiście mocno i energetycznie, z niebywałą nawet jak na nią siłą w głosie. Koniecznie sprawdźcie ten donośny utwór, w którym rap spotyka rasowy rhythm & blues, dając w rezultacie kolejnego muzycznego kopniaka od naszej miss pozytywnego myślenia. I kto powiedział, że nie wolno płakać?

Lizzo ma też dla nas niespodziankę. W tym momencie dostępna jest jedynie wersja streamingowa utworu, ale już od 16:00 w sieci odbędzie się transmisja teledysku do „Cuz I Love You” z livechatem. Czy jeszcze musimy kogokolwiek przekonywać?

Soczysta Lizzo na żywo u Jimmy’ego Fallona

Soczysta Lizzo na zywo u Jimmyego Fallona

Lizzo jest prawdziwą torpedą pozytywnej energii, którą zaraża każdego, kogo napotka na swojej drodze. Jednocześnie kocha siebie i bawi się życiem. Tworzyła nową muzykę nieco w cieniu, ale powoli wychodzi z ukrycia, bo coraz więcej osób mogło poznać jej muzyczne i taneczne wyczyny. Wystąpiła niedawno w The Tonight Show Starring Jimmy Fallon z ostatnim singlem „Juice”, dając niezłe show, za które otrzymała owację na stojąco. Lizzo ma dystans do siebie, co widać nie tylko podczas występu, ale w każdym teledysku i na każdej okładce. Nie będę zdradzał szczegółów występu, bo to trzeba zobaczyć samemu. Disco Lizzo poniżej. A jeśli Lizzo u Fallona, to dla was za mało, zobaczcie Lizzo u Ellen.

https://www.youtube.com/watch?v=6lsJIeazws8

Lizzo zaprasza na butelkę soku

Jeżeli naprawdę istnieją ludzie, którzy nie wierzą w ulotne postanowienia noworoczne o zmotywowaniu się do aktywności różnej maści, bo sami są po prostu chodzącymi bombami energii, to Lizzo spokojnie może się ogłosić ich przywódczynią. Przebojowa artystka z Minneapolis wkracza w rok 2019 z kolorowym obrazkiem do singla „Juice”, gdzie z typowym dla siebie entuzjazmem hołduje ideałom self love, rozbrajająco śpiewając o tym, że to przecież nie jej wina, że jest aż tak super – oskarżyć można tylko jej juice. Trudno nie dostrzec bezbłędnego połączenia zarówno brzmieniowych, jak i wizualnych inspiracji latami 80. ze współczesnością. Mamy zatem m. in. Lizzo prężącą się w programie treningowym rodem z kasety VHS, którą na starym telewizorze ogląda… Lizzo z chłopakiem. Ten z kolei raczy się na swoim smartfonie filmikiem ASMR produkcji…. a jakże – Lizzo. Moc atrakcji dla ucha i oka – fantastyczny numer na rozpoczęcie kolejnego obiegu Ziemi wokół Słońca.

Lizzo szaleje w nowym teledysku

Lizzo zdążyła nam już nieraz udowodnić, że darzy siebie zdrowym uczuciem. Niejednokrotnie zresztą namawiała nas do wzięcia z niej przykładu i wkroczenia na podobną ścieżkę zdrowia (ostatnio w teledysku do „Fitness”). W najnowszym singlu „Boys” Lizzo wyznaje, że darzy też uczuciem chłopców. Wszystkich jednakowo, bez wyjątku; może prócz Prince’a, któremu składa hołd muzycznie i wizualnie. „Boys” to niezły kawałek z wyrazistym gitarowym solo, choć Lizzo chyba jednak stać na trochę więcej. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest szaleństwo. A przecież z nikim innym nie można szaleć tak jak z chłopakami.

Nowy teledysk: Lizzo „Fitness”

Koniec dobrego – czas dojeść ostatnie świąteczne smakołyki, wskoczyć w sportowy ciuch i wycisnąć z siebie parę kropel potu. Jeśli potrzebujecie dodatkowej motywacji, bez wątpienia dostarczy jej Lizzo z energetycznym utworem o niedwuznacznym tytule „Fitness”. Nieustannie promująca body positivity wokalistka sama powiedziała, że nowy singiel to „celebracja ruchu podkreślającego moc drzemiącą w każdym typie ciała. (…) Chcę inspirować wszystkie kobiety do stawiania siebie na pierwszym miejscu. Następnym razem, kiedy ktoś będzie mieć jakiś problem z tobą albo twoim ciałem, odpowiedz: ‚Nie robię tego dla ciebie'”. Sprawdźcie poniższy obrazek i sami przekonajcie się, jak trudno powstrzymać się przy nim chociażby od szybkiego wygięcia. Let’s work!