Recenzja: Ciara Beauty Marks

Data: 23 maja 2019 Autor: Komentarzy:

Beauty Marks

Ciara

Beauty Marks

O ile Rihannie, po dekadzie spędzonej na wypełnianiu plejlist radiowych przebojami, udało się jedną płytą zadać kłam twierdzeniu, że jest wyłącznie singlową artystką, podobny dylemat w przypadku Ciary po premierze jej siódmego krążka Beauty Marks pozostaje nierozwiązany.

Różnica między paniami jest o tyle duża, o ile bardziej subtelna od Rihanny wydaje się Ciara — i o ile mniej popularne były kolejne single tej drugiej. Gdy Rihanna przebojem i bez rozterek wchodziła w świat międzynarodowego popu, Ciara w dalszym ciągu szczerze trwała przy modelowym R&B, a jej odstępstwa w stronę tanecznego popu raczej pozostały wyjątkami niż ustanowiły dla niej nową normę. Beauty Marks, wypuszczone po czteroletniej przerwie jako pierwsze niezależne od wielkiej wytwórni wydawnictwo w dyskografii Ciary, miało stanowić nowe otwarcie, ale piosenkarka po raz kolejny zamiast postawić na tematyczną i stylistyczną koherencję tkanki całego krążka, wybrała pogoń za komercyjnym przebojem — dość dodać, że nieudaną. I to pomimo tego, że każdy z piątki poprzedzających premierę krążka singli był na swój sposób ciekawy — począwszy od memicznego „Level Up”, zarażającego prostolinijną energią w klimacie Jersey Club, przez odważny jak na popowe standardy romans z afrobeatem we „Freak Me”, rasowy taneczny banger Darkchilda z „Dose”, retrosyntezatorowe trap&B w nieślubnym dziecku „Yamahy” The-Dreama i „Body Party” samej Ciary „Greatest Love”, aż po tanecznie funkujące, ale w gruncie rzeczy do szpiku popowe „Thinkin Bout You”, które mogłaby zawrzeć na swoim nowym krążku Carly Rae Jepsen.

Jeszcze przed premierą Beauty Marks można było, jeśli by zestawić ze sobą kolejne single, trafnie rozpoznać przyszły kształt płyty, czy właściwie jego brak. Album jest bowiem, podobnie jak poprzednie odsłony Ciary, showcase’m wyobrażeń piosenkarki, jej songwriterów i producentów o obecnych trendach w muzyce popularnej. Krążek otwiera więc wątek samoakceptacji (w zaskakująco zręcznym soft-trapowym „I Love Myself” niemal niezepsutym przez przewidywalną, zbędną tej płycie w każdym aspekcie zwrotkę Macklemore’a), który na swój sposób powraca w kolejnych mniej lub bardziej bezbarwnych wypełnieniach płyty, by w pełnej krasie wybrzmieć w wieńczącej krążek prawdziwie klasycznej balladzie — napisanej nie najgorzej w klimacie popu lat 90., ale dość banalnie zaaranżowanej. Wcześniej jednak agresywna inkarnacja piosenkarki z ery Basic Instinct wybrzmiewa po raz kolejny w nieodkrywczym braggadocio w „Set”, a hołdujące tropikalnemu dance’owi „Na Na” z refrenem złożonym głównie z frazy zawartej w tytule być może miałoby kilka lat temu szanse, by stać się wakacyjnym przebojem w Europie, ale z jakiejś przyczyny wylądowało na trackliście Beauty Marks.

Może to ja źle z początku odebrałem uwłaszczenie Ciary — może wcale nie chodziło o opresyjny charakter dużych wydawców, którzy mieliby wymuszać na piosenkarce kompromisowe brzmienie, które mimo singlowych hajlajtów koniec końców zawsze pozostawiało wiele do życzenia. Może natura Ciary jest właśnie wbrew moim (naszym?) oczekiwaniom singlowa i to ona sama nie potrafi pogodzić się z myślą, że mogłaby na którymś z kolejnych krążków odejść od stałej formuły (która przynajmniej w pewnym stopniu już się wyczerpała). A może nie potrafi tego zamierzenia zrealizować, przez co, choć wciąż jeszcze utrzymuje się na powierzchni, nieuchronnie stacza się do trzeciej ligi współczesnego R&B.

Komentarze

komentarzy