Recenzja: Steve Lacy Apollo XXI

Data: 17 czerwca 2019 Autor: Komentarzy:

Steve Lacy

Apollo XXI

3qtr

To nie jest tradycyjne wydawnictwo płytowe — tego stwierdzenia Steve Lacy nie wygłosił w odniesieniu do debiutanckiego albumu Apollo XXI. Zrobił to jednak chwilę wcześniej, wyrażając swoje oburzenie przy okazji kategoryzacji Steve Lacy’s Demo z 2017 roku jako epki przez iTunes.

Dziennikarz magazynu Wired w materiale o muzyku sprzed dwóch lat bez ceregieli oznajmia w oparciu o informacje z pierwszej ręki: „na pierwszy rzut oka widać, że Lacy nie wykazuje zainteresowania wpisywaniem się w normy wytyczające to, co muzyk robić powinien, albo też to, jak muzyka miałaby brzmieć. Nie obchodzi go ani standardowa struktura, ani długość utworów”.

Mówiąc innymi słowy — i tym razem rzeczywiście parafrazując Lacy’ego z najbardziej osobistego fragmentu longplaya, „Like Me” — „I only feel energy, I see no genres”. Na Apollo XXI producencki lider The Internet kreuje twór oparty na własnych, mikrogatunkowych zasadach. Wbrew temu, czego chciałby sieciowy chór pojękiwań (dla mnie osobiście nie do końca zrozumiały), Lacy na swoim debiucie wcale nie ucieka zbyt daleko od fundamentów, z których zbudował sobie Steve Lacy’s Demo. Struktura oparta w dużej mierze na tercecie: automat perkusyjny, syntezator i gitara, zapętlonych jako tło dla popisów wokalnych artysty, bynajmniej nie powinna zaskakiwać. Wbrew pozorom nieuporządkowania, materia wypełniająca Apollo XXI jest całkiem klarowna i logiczna. Album to swoista wariacja na temat, różne wersje znajomej historii, bez powinności dążenia do celu rozumianego jako standardowa piosenkowa konstrukcja (może prócz „Playground” i „Love 2 Fast”, nawiązujących do autorytetów Steve’a, czyli Prince’a i Maca DeMarco). Rezultatem jest surowy i garażowy (tudzież GarageBandowy; choć Lacy zarzeka się, że iPhone nie był narzędziem wiodącym), rozrzedzony wokalem neo-soul, okraszony astralną otoczką.

Paradoksalnie, największym highlightem i najpotężniejszym instrumentem tego albumu jest właśnie wokal — element, który w tym przypadku nigdy nie cieszył się specjalną uwagą, i który zresztą nadal bywa dyskredytowany. Momentami płaczliwy, to mocno stąpający po ziemi, czasem zaangażowany, gdzie indziej liryczny, stający do pozornie nierównej walki z wokalnymi górami. Te modulacyjne ćwiczenia (które również nie powinny nikogo dziwić) wydają się całkowicie władać albumem. Lacy umieszcza frazy wokalne w takich konfiguracjach instrumentów, które sprzyjają ekspozycji i podkreśleniu roli (bądź co bądź delikatnego, można by rzec, blue-eyedsoulowego) głosu. I jest w tym zdecydowanie o kilka lat bardziej obnażony i wrażliwy niż Pharrell Williams. Przekuć tak ambiwalentną cechę w ewidentną zaletę to godna podziwu umiejętność, nawet gdyby miała nią kierować przekorność wobec cudzych opinii. Po wielu odsłuchach to głównie pasaże wokalne miotają się wyrywkowo i natarczywie w głowie — choćby te pochodzące z tak rewelacyjnej pary jak „Basement Jack” i „Guide”.

Apollo XXI brzmi jak celowe rozwinięcie tematów rozpoczętych na Steve Lacy’s Demo. Choć akurat metoda, która niegdyś była rewolucją, bardziej się obecnie na Lacym mści, niż go wynagradza. Mimo dużej konkurencji wśród tegorocznych płyt o niestandardowej strukturze i złudzenia odrobionego na kolanie zadania domowego, album cechuje spójność i konsekwencja, które pozwalają mu bezproblemowo przepłynąć do brzegu przez elastyczną i opływową substancję. Apollo XXI koniec końców wypada świeżo i witalnie. Cierpi może nieco na dłużyzny i związany z nimi brak produkcyjnej, pieczętującej kropki nad i. Ale na tę Steve Lacy ma jeszcze czas i, jak na razie, wszelkie przesłanki ku temu, że dobrze go wykorzysta.

Komentarze

komentarzy