steve lacy

Recenzja: Steve Lacy Apollo XXI

Steve Lacy

Apollo XXI

3qtr

To nie jest tradycyjne wydawnictwo płytowe — tego stwierdzenia Steve Lacy nie wygłosił w odniesieniu do debiutanckiego albumu Apollo XXI. Zrobił to jednak chwilę wcześniej, wyrażając swoje oburzenie przy okazji kategoryzacji Steve Lacy’s Demo z 2017 roku jako epki przez iTunes.

Dziennikarz magazynu Wired w materiale o muzyku sprzed dwóch lat bez ceregieli oznajmia w oparciu o informacje z pierwszej ręki: „na pierwszy rzut oka widać, że Lacy nie wykazuje zainteresowania wpisywaniem się w normy wytyczające to, co muzyk robić powinien, albo też to, jak muzyka miałaby brzmieć. Nie obchodzi go ani standardowa struktura, ani długość utworów”.

Mówiąc innymi słowy — i tym razem rzeczywiście parafrazując Lacy’ego z najbardziej osobistego fragmentu longplaya, „Like Me” — „I only feel energy, I see no genres”. Na Apollo XXI producencki lider The Internet kreuje twór oparty na własnych, mikrogatunkowych zasadach. Wbrew temu, czego chciałby sieciowy chór pojękiwań (dla mnie osobiście nie do końca zrozumiały), Lacy na swoim debiucie wcale nie ucieka zbyt daleko od fundamentów, z których zbudował sobie Steve Lacy’s Demo. Struktura oparta w dużej mierze na tercecie: automat perkusyjny, syntezator i gitara, zapętlonych jako tło dla popisów wokalnych artysty, bynajmniej nie powinna zaskakiwać. Wbrew pozorom nieuporządkowania, materia wypełniająca Apollo XXI jest całkiem klarowna i logiczna. Album to swoista wariacja na temat, różne wersje znajomej historii, bez powinności dążenia do celu rozumianego jako standardowa piosenkowa konstrukcja (może prócz „Playground” i „Love 2 Fast”, nawiązujących do autorytetów Steve’a, czyli Prince’a i Maca DeMarco). Rezultatem jest surowy i garażowy (tudzież GarageBandowy; choć Lacy zarzeka się, że iPhone nie był narzędziem wiodącym), rozrzedzony wokalem neo-soul, okraszony astralną otoczką.

Paradoksalnie, największym highlightem i najpotężniejszym instrumentem tego albumu jest właśnie wokal — element, który w tym przypadku nigdy nie cieszył się specjalną uwagą, i który zresztą nadal bywa dyskredytowany. Momentami płaczliwy, to mocno stąpający po ziemi, czasem zaangażowany, gdzie indziej liryczny, stający do pozornie nierównej walki z wokalnymi górami. Te modulacyjne ćwiczenia (które również nie powinny nikogo dziwić) wydają się całkowicie władać albumem. Lacy umieszcza frazy wokalne w takich konfiguracjach instrumentów, które sprzyjają ekspozycji i podkreśleniu roli (bądź co bądź delikatnego, można by rzec, blue-eyedsoulowego) głosu. I jest w tym zdecydowanie o kilka lat bardziej obnażony i wrażliwy niż Pharrell Williams. Przekuć tak ambiwalentną cechę w ewidentną zaletę to godna podziwu umiejętność, nawet gdyby miała nią kierować przekorność wobec cudzych opinii. Po wielu odsłuchach to głównie pasaże wokalne miotają się wyrywkowo i natarczywie w głowie — choćby te pochodzące z tak rewelacyjnej pary jak „Basement Jack” i „Guide”.

Apollo XXI brzmi jak celowe rozwinięcie tematów rozpoczętych na Steve Lacy’s Demo. Choć akurat metoda, która niegdyś była rewolucją, bardziej się obecnie na Lacym mści, niż go wynagradza. Mimo dużej konkurencji wśród tegorocznych płyt o niestandardowej strukturze i złudzenia odrobionego na kolanie zadania domowego, album cechuje spójność i konsekwencja, które pozwalają mu bezproblemowo przepłynąć do brzegu przez elastyczną i opływową substancję. Apollo XXI koniec końców wypada świeżo i witalnie. Cierpi może nieco na dłużyzny i związany z nimi brak produkcyjnej, pieczętującej kropki nad i. Ale na tę Steve Lacy ma jeszcze czas i, jak na razie, wszelkie przesłanki ku temu, że dobrze go wykorzysta.

#Friday Roundup: Flying Lotus, Steve Lacy, Lucky Daye, Mavis Staples, Beast Coast i inni

Kolejny bogaty w wydawnictwa piątek — w ten weekend polecamy nowego FlyLo, debiuty Steve’a Lacy’ego i Lucky’ego Daye’a, kolaborację Mavis Staples z Benem Harperem, materializację długogrającego Beast Coast, Abstract Orchestrę reinterpretującą Madvillaina i nowe wydanictwa od Shay Lii, Andreyi Triany, Rashana Ahmada czy YG. Oprócz tegom co przygotowaliśmy w naszym cotygodniowym zestawieniu, koniecznie sprawdźcie również naszą playlistę, gdzie znajdziecie też epki Jordana Rakeia, Blu & Exile, Rotimiego, Mylesa Camerona, $uicideBoys, Terri Walker i Kelly Rowland.


Flamagra

Flying Lotus

Warp Records

Ósmy krążek Fly Lo budził ogromne emocje jeszcze zanim się pojawił. Pierwszy album po pięcioletniej przerwie producenta zapowiedział sam David Lynch, w dodatku w singlu o bardzo wymownym tytule „Fire is Coming” Głośno było też o gościach, których Steve Elison wciągnął w swój freakshow, bo poza wspomnianym reżyserem na płycie udzielają się Denzel Curry, Tierra Whack, Solange, Anderson .Paak, George Clinton, Thundercat, Little Dragon, Toro y Moi i Shabazz Palaces. Owocem współpracy tej familii jest ponad godzinny festiwal muzycznych ekscesów z neofunkowym sznytem uciekających w afrofuturystyczny nu jazz, regularnie rozrywany przez serie glitchujących przełamań. W mikrokosmosie stworzonym na Flamagrze lawirujemy między introwertycznymi opowieściami o traumie w wykonaniu Denzela Curry po wpychającą cycki w twarze Tierrą Whack, a kierunek temu cyrkowi nadają gęsto poprzetykane szumem instrumentale ze wspaniale (jak zawsze u Ellisona) rozegranymi planami. Flamagra na tle tak wyrazistych albumów jak You’re Dead! czy Cosmogramma wypada co prawda mniej spójnie i nieco chaotycznie, jednak błyskotliwe, ekstrawaganckie idee, za które pokochaliśmy poprzedniczki są obecne i tutaj.- Wojtek


Apollo XXI

Steve Lacy

3qtr under

Na pierwszy długogrający projekt Steve’a Lacy’ego czekaliśmy długo, zwłaszcza że wydane w 2017 roku amatorskie Demo ujęło nas swoim niewymuszonym i żywym, gitarowym, soulowo-funkowym brzmieniem. Apollo XXI, utrzymane w podobnym klimacie, co The Last Party Matta Martiansa (również członka The Internet), zdaje się je dopracowywać. Jak powiedział Steve, to jest jego podróż; to wyraz tego, jak się teraz czuje. — Klementyna


Painted

Lucky Daye

Keep Cool

Lucky Daye nie kazał na siebie długo czekać i tuż po kolejnym rewelacyjnym singlu niespodziewanie przedstawił nam pełen obraz swojego debiutanckiego albumu Painted. Do zestawu wcześniejszych dwóch epek i wypuszczonego luzem „Love You Too Much” dołączyło eleganckie zamknięcie. Zaskoczenia nie ma — artysta znów udowadnia nam, że nadzwyczajna paleta środków wyrazu, jaką wcześniej stosował, nie była przypadkowa. Pomysł Daye’a na alternatywne R&B podszyte klasyczną soulową wrażliwością rozkwita na Painted w pełnej krasie i wnosi mnóstwo powietrza do współczesnej sceny. W tym tygodniu to pozycja obowiązkowa. — Maja Danilenko

>


We Get By

Mavis Staples

Anti

Stwierdzić, że Mavis Staples jest ambasadorką zmian, to jak powiedzieć, że woda jest mokra, a jednak weteranka południowego soulu nie ustaje w jednoznacznym wyrażaniu swojego życiowego stanowiska. Pod koniec marca, zaledwie kilka tygodni po premierze krążka z zapisem jej znakomitego londyńskiego koncertu, piosenkarka podzieliła się nowym singlem o wiele mówiącym tytule „Change” — gitarową zapowiedzią 12. studyjnego krążka artystki We Get By, który wytwórnia Anti po dwutygodniowej zwłoce wypuściła wreszcie dziś. Na nowym krążku 79-letniej Staples znalazło się w sumie 11 soul-rockowych numerów wyprodukowanych przez ikonę amerykańskiej alternatywy lat 90. Bena Harpera. — Kurtek


Escape From New York

Beast Coast

Beast Coast Media

Beast Coast to kolektyw łączący pod swoim szyldem reprezentantów the Underachievers, Flatbush Zombies i ekipy Pro Era z Joey’em Bad$$em na czele. Z takim składem i taką chemią w grupie (dosłownie i w przenośni) potencjał był ogromny i Escape from New York robi wszystko, żeby go wykorzystać. Dostajemy 13 posse cutów narkotycznego rapu z pogranicza starej szkoły i onirycznego, mrocznego trapu, robiący niekiedy chwilowe odjazdy w g-funkową przewózkę bez spiny. Chłopaki, mimo agresywnego, niepokojącego vibe’u całości, stawiają raczej na fun i mixtape’owy luz, przez co całość bardzo dobrze razem płynie, wciągając w swój psychodeliczny trip słuchaczy podatnych na takie muzyczne intoksykacje- Wojtek


Dangerous

Shay Lia

Shay Lia

Debiutancka epka Shay Lii Dangerous to produkt, na który składają się aksamitne sofistykowane tańce spod znaku Jessie Ware, przykryte satynową, zmysłową nastrojowością z rejonu Sabriny Claudio. Nad całokształtem czuwa świadomy i intrygujący wokal Shay Lii. Artystka świetnie odnajduje się zarówno w estetyce soul, jak i w R&B. Wtórują jej goście, jak Buddy i Kojey Radical czy KAYTRANADA i BADBADNOTGOOD w roli producentów. Koleżanka KAYTRANADY nie zawiodła i utrzymała klasę charakteryzującą wydane do tej pory single. Sprawdźcie koniecznie! – Maja Danilenko


Life in Colour

Andreya Triana

Hi-Tia Records

Do szarości i powagi obecnego świata Andreya Triana postanowiła dodać nieco żywych barw. Pomimo że okładka nowej płyty Life in Colour przywołuje na myśl bupowe rytmy, artystka do pokolorowania poważnych tematów dotyczących kobiecości, girl power, niezależności, miłości oraz wolności użyła szerokiej palety barw i sprawiła, że omawiane kwestie stały się bardziej przystępne dla słuchacza, nie tracąc jednocześnie na swojej wartości. Teksty wplotła w barwne dźwięki popu, bluesa, reggae i jazzu, spajając wszystko w całość przy pomocy swojego charakterystycznego i mocnego wokalu. Płyta jest głośnym manifestem kobiecości, za sprawą którego każda kobieta może rządzić jak królowa i być superbohaterką. – Forrel


The Sun

Rashan Ahmad

B Sides

Rashan Ahmad ma na swoim koncie całe mnóstwo projektów z ludźmi z całego świata. Jego najnowszy krążek zatytułowany The Sun to kolejny krok naprzód. O ile poprzednie solowe wydawnictwa ograniczały się raczej do współpracy z jednym producentem, to na swoim nowym albumie zebrał całe grono muzyków z tak odelgłych od siebie miejsc, jak chociażby Dakar, Paryż, Seattle, Hiszpania czy Nowy Meksyk. Efektem jest bardzo eklektyczna i to nie tylko muzycznie płyta. Śpiewanie, spoken word oraz oczywiście znakomite rapowanie, przenosi nas w świat doświadczonego i pewnego swojego miejsca w świecie człowieka, a sam album przypomni wielu czasy znakomitego Crown City Rockers. — efdote


Madvillain, Vol. 2

Abstract Orchestra

Ata

Po jazzowym hołdzie dla J. Dilli w listopadzie Abstract Orchestra wzięło na warsztat dorobek Madvillain — superduetu złożonego z MF Dooma i Madliba, którzy w 2004 roku wydali wspólnie jeden z najbardziej ikonicznych krążków w historii alternatywnego rapu, by następnie rozpłynąć się w próżni. Teraz angielski jazzrapowy big band pod wodzą saksofonisty Roba Mitchella na nowo odkrywa spuściznę Madvillainy, łącząc w równych proporcjach hip hop i jazz w stylu klasycznych ścieżek dźwiękowych do programów telewizyjnych. Dziś ukazała się druga część projektu przynosząca 13 nowych reinterpretacji motywów z legendarnej płyty. — Kurtek


4REAL 4REAL

YG

Def Jam Recordings

YG postanowił nie tracić czasu i po zaledwie 9 miesiącach od wypuszczenia Stay Dangerous prezentuje nam swój najnowszy projekt zatytułowany 4REAL 4REAL. W zasadzie to płyta miała ukazać się miesiąc wcześniej, jednak po śmierci Nipsey Hussle’a raper zdecydował o przesunięciu daty premiery na maj. I choć całość materiału została zarejestrowana jeszcze przed tym tragicznym zdarzeniem, to reprezentant LA postanowił uczcić na nim pamięć zmarłego przyjaciela. Poza tym, na krążku znalazło się 13 numerów, w tym singlowe „Go Loko” i „Stop Snitchin”. Do YG dołączył również szereg gości, w tym Tyga, Boogie, Valee, Meek Mill, Kamaiyah i G-Eazy. Za część produkcji na albumie odpowiada m.in. DJ Mustard, który z pewnością dorzucił tu kilka west-coastowych bangerów. Jak słyszymy w otwierającym numerze: „talkin’ ’bout the West Coast, I’m the face of it”. Ile w tym prawdy? Sami się przekonajcie. — Mateusz


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Nowy utwór: Steve Lacy „N Side”

Od czasu premiery ostatniego i jak na razie jedynego solowego projektu Steve’a minęły już dwa lata. Lacy oczywiście nie próżnował, czego dowodem jest choćby ostatni album The Internet, jednak fani po cichu liczyli, że w końcu dostaną od niego pełnoprawny solowy projekt. I chyba tak się w końcu stanie. Jakiś czas temu na instagramowym profilu The Internet pojawiła się informacja o tym, że dwóch członków zespołu planuje w najbliższym czasie wypuścić solowe materiały. Post zbiegł się w czasie z premierą najnowszego singla Steve’a – „N Side”. Oczywiście nic nie jest jeszcze oficjalnie potwierdzone, wiec na ostateczną odpowiedź przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka dni. W międzyczasie można pośpiewać razem ze Steve’em – artysta wypuścił wideo do „N Side” w wersji karaoke.

Ravyn Lenae kontynuuje swoją retro podróż w nowym teledysku

Ravyn Lenae kontynuuje swoja retro podroz w nowym teledysku

Ravyn Leane wie, jak wzbudzić zazdrość w facecie, który nie odwzajemniał wcześniej jej uczuć. Po retro-glamowym „Sticky”, w obrazku do utworu „4 Leaf Clover”, który nawiązuje do lat pięćdziesiątych, Ravyn i jej koleżanki odgrywają się na niewdzięcznym byłym partnerze. Najpierw w domu, potem jadąc żółtym dizajnerskim autem, a następnie kończąc całą zabawę w klubie. W „Czterolistnej koniczynie” nie zobaczycie Steve’a Lacy’ego z The Internet, ale jego głos akompaniuje miłosnym eskapadom bohaterów teledysku. Kawałek pochodzi z wydanej w lutym tego roku epki Lenae o nazwie Crush.

Nowy teledysk: Ravyn Lenae „Sticky”

Nowy teledysk Ravyn Lenae Sticky

Amerykańska utalentowana artystka, która w tak młodym wieku ma na swoim koncie interesujące dwie epki Moon Shoes oraz zeszłoroczną Midnight Moonlight, przygotowuje się do wydania kolejnego mini albumu. Singlem promującym wydawnictwo jest kawałek „Sticky”, który został wyprodukowany przez Steve’a Lacy’ego z The Internet. Ravyn Lanane występuje w teledysku jako królowa retro-glam disco, a całość nakręcona jest w stylistyce lo-fi. Zobaczycie więc burzę loków, odkryte brzuchy, świecący makijaż oraz wrotki, czyli wszystko, co królowało w latach siedemdziesiątych. Utwór z kolei szybko wpada w ucho, głównie dzięki przyjemnemu „u u u uuu”. Nowe EP o nazwie Crush zawierać będzie pięć utworów, a ukazać się miało 26 stycznia, jednak datę premiery przesunięto na 9 lutego. Wrotki na nogi i do dzieła.

Spis utworów Crush EP:

1. ”Sticky”
2. “Closer (ODE 2 U)”
3. “Computer Luv” feat. Steve Lacy
4. “The Night Song”
5. “4 Leaf Clover” feat. Steve Lacy

Steve Lacy będzie więcej śpiewał na nowym albumie The Internet

Steve Lacy to ostatnimi czasy mocno zapracowany człowiek. Produkował dla Kendricka Lamara, współpracował z Tylerem The Creatorem przy Flower Boy, ale przede wszystkim wydał własny materiał i tworzył w ramach macierzystej grupy The Internet. W niedawnym wywiadzie dla Beats 1 zdradził też plany na najbliższy czas. Co do nowego krążka The Internet:

Myślę, że wrócimy [do studia] niedługo. Myślę, że po tym ostatnim tygodniu będziemy gotowi w 95%.

Stwierdził też, że na tej płycie usłyszymy nieco więcej jego partii wokalnych.

Poza tym szykuje nowy projekt.

W związku z tym, że nie będę przez pewien czas wypuszczać niczego pod własnym nazwiskiem, skupiałem się na szlifowaniu swoich producenckich umiejętności. Pracuję nad krążkiem z wokalistką Ravyn Lenae. Jestem bardzo podekscytowany, bo to pierwszy raz, kiedy mam okazję współpracować z dziewczyną. Zajmuję się wszystkim od strony produkcyjnej, ona wchodzi i robi swoje.

Czekamy!

Miłosny rollercoaster ze Stevem Lacym

Jeżeli wydaje wam się, że Steve Lacy działający solo mógłby poprzestać na kilku „kolaboracyjkach” i jednej epce, zapraszamy do zwariowanej przejażdżki muzycznym rollercoasterem. W nowym kawałku „4real” Lacy częstuje nas swobodną mieszanką rozpędzonych gitar i perkusji, mającą oddać emocje towarzyszące zakochaniu. Co więcej, wydaje się to być opowieścią z otwartym zakończeniem. Pojawiły się już porównania do Prince’a, ale można by było w tym utworze odnaleźć wiele innych, niekoniecznie funkowych odniesień. Tylko po co? Przyznajmy, że to po prostu dobry Steve (for real).

Nowy utwór: Steve Lacy „Dark Red”

stevelacy

Szykuje nam się premiera kolejnego solowego albumu członka ekipy The Internet. Po albumie od Syd, tym razem pora na Steve’a Lacy’ego, którego Demo pojawi się już w ten piątek. Obiecujący singiel „Dark Red” zwiastuje nam intrygujący album. Ciepła gitara punktowana jest przez szorstką perkusję, co w połączeniu z wyluzowanym wokalem i podśpiewującymi chórkami jest odpowiednio odprężającą kompozycją. Zgrabny utwór na szybką poprawę wieczoru, czekamy na więcej!