Recenzja: Aaron Taylor Icarus

Data: 2 października 2020 Autor: Komentarzy:

Aaron Taylor Icarus

Aaron Taylor

Icarus (2020)

Edenic

Przed dwoma laty na swoim trzecim krążku The Long Way Home brytyjski wokalista Aaron Taylor całkiem kompetentnie wskrzesił ducha VooDoo D’Angelo. Wciąż jednak brakowało mu artystycznej wizji i stylistycznej samodzielności. Wydany pod koniec września nowy album Icarus to śmielsze sięgnięcie po swoje przy zachowaniu klasycznych neo-soulowych inspiracji.

Mimo konsekwencji wydawniczej Aaron Taylor na scenie nowego soulu wciąż pozostaje w cieniu szeroko hajpowanych sezonowych zjawisk. Tymczasem systematycznie od blisko roku piosenkarz prezentuje inspirującą ewolucję twórczą. Zanim w maju podzielił się pierwszym zwiastunem Icarusa, śmiało wskoczył w taneczne funkowe buty w „Let Me Fly” wyrywającym się z soulquarianowego schematu cechującego jego wcześniejszą twórczość. Jak miało się niebawem okazać, jego kolejne muzyczne odsłony, pomimo nieco innego muzycznego kierunku, utrzymały jednaki dystans od post-dangelowskiego imitatorstwa. Tym samym Icarus stylistycznie plasuje się raczej gdzieś pomiędzy PJ-em Mortonem a debiutem Matta Martiansa niż w bezpośredniej relacji z D’Angelo. Więcej — Taylor przywodzi na myśl raczej Gabriela Garzona-Montano, choć jego muzyczna skala przechyla się w stronę funkującego quiet stormu, a nie latynoskiego trapu. Inspiracje neo-soulem przełomu milenialnego nadal są budulcem jego muzyki, ale nie ma mowy o bezpośrednim odtwarzaniu schematów. Na tych podwalinach Taylor ufundował tym razem coś bardziej introspektywnego, intymnego, momentami wręcz koncepcyjnego.

Choć kontekst mitu o Ikarze — archetyp ludzkiego dążenia do realizacji własnych celów wbrew porządkowi świata — nie spełnia tutaj funkcji nadrzędnej, jest dodatkowym kluczem, pomocnym przy odczytaniu intencji i uczuć towarzyszącym Taylorowi. Singlowe „Don’t Leave Me Alone” z gościnnym udziałem Lali Hathaway to uduchowiona muzycznie i obnażająca tekstowo oda miłosna — Erich Fromm powiedziałby co prawda, że to wyraz miłości raczej niedojrzałej, ale raz, że tego typu wyznanie ma znacznie większą siłę rażenia, bo odkrywa dodatkowo miękkie podbrzusze, a dwa — wpisuje się doskonale w kreatywną spontaniczność wspominanego już Ikara. Nie ma zresztą w tym numerze nic z upodlającego charakteru przeboju lat minionych „Down on My Knees” niejakiej Ayọ. W ciepłym, klimatycznym „Flowers”, podbitym zaczepnie w refrenie syntezatorowym riffem, Taylor prostolinijnie na lepszy nastrój oferuje kwiaty. Tu zresztą po raz pierwszy przywodzi na myśl nie do końca oczywiste wcześniej inspiracje stylem wokalnym André 3000, co słychać i w mówionych partiach, i chórkach w szczycie utworu, i przewijającym się co rusz w refrenie. W kolejnym „Shooting Star” uderza jednak w zgoła inny ton, przynajmniej wokalnie, zręcznie wycofując vocoderowe zwrotki na drugi plan względem pulsującego leniwie bitu. To być może najbardziej imponująca produkcja, zręcznie dysponująca oszczędnymi środkami, na tym tak czy owak pieczołowicie wyprodukowanym krążku.

Druga połowa płyty za sprawą pośpiesznego thundercatowskiego w formie i brzmieniu interludium „Drowning in Your Love” i doskonale współbrzmiącego z nim kolejnego „What Do You Do” zaczyna przypominać trochę modny muzyczny szkicownik. Wrażenie potwierdza też „Hey Baby” czerpiące w równych proporcjach ze wspomnianego tu już wielokrotnie D’Angelo i jedynego w swoim rodzaju Prince’a. Jednocześnie to chyba najbardziej odstający melodycznie i brzmieniowo moment krążka — zbyt literalnie kopiujący muzyczne autorytety, ale nie oferujący niczego od siebie, włączając w to wtórny tekst i beznamiętny refren. Im bliżej końca albumu, tym bardziej epicko. Ostatnie dwa utwory, w tym finałowego „Icarusa”, okalają filmowe smyczki, niebezzasadnie podkreślając implikowaną tytułem puentę — „I flew too high, please catch me fall” — znakomicie korespondującą zresztą z rozpoczynającymi krążek — niepokornie funkującym „I Want That Fire” i przywołanym wcześniej wyznaniem miłosnym „Don’t Leave Me Alone”.

Muzyczna kreacja Taylora jest na swój sposób oldschoolowa, w tym sensie, że rzeczywiście dość bezpośrednio czerpie z brzmienia przełomu milenialnego, ale jest to bez wątpienia kreatywne przekształcenie, znacznie bardziej satysfakcjonujące i indywidualne niż jego wcześniejszy dorobek. Oto autentyczny neo-soul, który zrobi wam dobrze i zrobi wam dzień!

Komentarze

komentarzy