Recenzja: Big Sean Detroit 2

Data: 8 października 2020 Autor: Komentarzy:

Big Sean

Detroit 2

GOOD Music/Def Jam/Universal

Oryginalne Detroit z 2012 roku przez lata stanowiło wizytówkę twórczości Big Seana. W odróżnieniu od wydanego rok wcześniej debiutu projekt całkiem nieźle przetrwał próbę czasu i wciąż zawiera kilka z najlepszych momentów z dotychczasowej kariery rapera z Michigan. 8 lat i 5 albumów później Sean wraca do pierwotnego pomysłu. Czy udało mu się tchnąć nowe życie w dawną formułę, czy może to po prostu opakowana na nowo powtórka z rozrywki?

Nie będę Was trzymać w niepewności — Detroit 2 to powrót całkiem udany. Prawie trzy lata ciszy były dla Big Seana czasem na poukładanie kilku spraw, a że zawsze był on typem rapera, który nie krył przed fanami faktów z osobistego życia, słychać to również na tym albumie.

Sean opowiada tu m.in. o relacji z Kendrickiem Lamarem, utracie nienarodzonego dziecka i osobistych lękach. W „Lucky Me” wspomina także o dawnych problemach zdrowotnych, jednocześnie porywając się na krytykę zachodniej medycyny. Na szczęście niezależnie od tego, o czym mówi, robi to stylowo. Choć jego flow nie zmieniło się znacząco od czasu ostatnich wydawnictw, to na Detroit 2 gospodarzowi nie brakuje miejsca na efektowne popisy, przyspieszenia, czasem zdarza mu się nawet podśpiewywać — z lepszym lub gorszym skutkiem.

Jest to również zasługa ekipy producenckiej, w której znaleźli się m.in. Hit-Boy, Key Wane, Mike Will, DJ Mustard oraz No I.D. Panowie dostarczyli całą masę różnorodnych podkładów — od bujającego, nostalgicznego R&B w „Body Language”, przez klasycznie brzmiące „Full Circle” i bangerowe „Don Life”, aż po mroczne „Wolves”. Big Sean miał więc wiele możliwości, by się wykazać i w większości przypadków zdał egzamin. Nie brakuje tu zapadających w pamięć one-linerów jak np. I know, I had people in my circlе but they weren’t in my cornеr.

Warto wspomnieć także o gościnnych występach, zwłaszcza że tych tutaj nie brakuje. Świetną zwrotkę w singlowym „Deep Reverence” dostarczył nieodżałowany Nipsey Hussle. Większość rapowych gościnek pojawia się na „Friday Night Cypher”, na które Sean zaprasza cały stylistyczny przekrój reprezentantów Detroit — od Tee Grizzleya i Kash Doll aż po Boldy Jamesa i Royce’a da 5’9”. Nie udało się dorównać rozmachem pierwowzorowi, jakim było „Detroit vs. Everybody” i trudno oprzeć się wrażeniu, że każdy z występów stanowi tu jedynie wstęp przed grande finale, jakim jest zwrotka Eminema. Między kolejnymi utworami, podobnie, jak w oryginalnym Detroit wpleciono przerywniki, na których pojawiają się Dave Chapelle, Erykah Badu oraz Stevie Wonder.

Gdzieniegdzie Big Sean zdaje się też oddawać zbyt wiele inicjatywy gościom. Numery z Post Malonem, Andersonem .Paakiem czy Travisem Scottem równie dobrze mogłyby znaleźć się na ich albumach. W utworach z Jhené Aiko udziela się klimat z krążka Twenty88. Z jednej strony działa to na korzyść płyty — dzięki tej różnorodności całość nie przytłacza, mimo ponad 70 minut. Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że Detroit 2 to raczej dobrze złożony mixtape, niż otwarcie nowego etapu na muzycznej drodze.

Można się spierać o nazewnictwo — nie zmienia to jednak tego, że Detroit 2 to udany projekt. Big Sean nie wynajduje koła na nowo — zresztą nikt się po nim tego nie spodziewał. Dostajemy za to dobrze skrojony zestaw utworów, spośród których każdy fan Wielkiego Seana znajdzie coś dla siebie. Przyszły klasyk? Niekoniecznie, ale z pewnością jedno z topowych osiągnięć w karierze rapera.

Komentarze

komentarzy