Recenzja: Action Bronson Only for Dolphins

Data: 16 listopada 2020 Autor: Komentarzy:

Action Bronson

Action Bronson

Only for Dolphins

Loma Vista Recordings

Od nowojorskiego kucharza, przez dobrze zapowiadającego się rapera, aż po autora bestsellerów, aktora i osobowość telewizyjną. Kariera Bronsona w ciągu dekady przybrała niesamowity obrót, a on sam próbuje pozostawić coś po sobie na każdym możliwym polu świata show-biznesu. Co chwilę rozpoczyna kolejne projekty, często z niemających ze sobą nic wspólnego dziedzin — od kilku lat tworzy obrazy, które kończą jako okładki jego płyt (patrz wyżej), a obecnie na Instagramie relacjonuje swoją walkę ze zbędnymi kilogramami. Co jakiś czas wraca do mnie jednak pytanie — jak w tym natłoku zobowiązań Action znajduje czas na muzykę? Czy tworzenie albumów wciąż traktuje jako swoje główne zajęcie?

Takie myśli pojawiały się zwłaszcza podczas premier jego wcześniejszych krążków — Blue Chips 7000White Bronco. Oba były przeciętne i poza kilkoma wyjątkami brakowało na nich wyróżniających się, zapadających w pamięć momentów. Powrotem ku lepszemu była ubiegłoroczna współpraca z The Alchemistem na Lamb Over Rice. Mimo to, między jego ostatnimi krążkami nie brakuje podobieństw i zdaje się, że Bronson znalazł dla siebie niszę, w której bardzo dobrze się czuje i której na razie nie zamierza opuszczać.

Nie inaczej jest i tym razem — wśród brzmieniowych inspiracji Only for Dolphins można wskazać m.in. jazz, reggae i muzykę popularną z okolic Ameryki Południowej. Wielka szkoda, że krążek nie ukazał się kilka tygodni wcześniej — z pewnością sprawdziłby się doskonale w upalne letnie popołudnia. Za beaty odpowiadają stali współpracownicy Bronsona — The Alchemist, Harry Fraud, Daringer, Budgie, czy DJ Muggs. I choć album pod względem brzmienia nie zaskakuje, to spośród ostatnich dokonań Bronsona jest to płyta najbardziej spójna. Produkcje oparte na egzotycznych samplach doskonale wpisują się w motyw przewodni krążka. Jednocześnie udaje się uniknąć monotonii. Z jednej strony mamy funkowe „Latin Grammys” oraz inspirowane brzmieniem reggae „Golden Eye” i „Cliff Hanger”. Z drugiej nie brakuje spokojniejszych momentów — tu warto wspomnieć o „Vega” i melancholijnym „Hard Target”.

Co do samej genezy tytułu — jest to nawiązanie do jednego z numerów Bronsona — „Mt. Etna”. My next album’s only for dolphins/Motherfuckers don’t deserve me. Nie ma jednak powodów do obaw — rapowo to wciąż ten sam Bronson, którego znamy z poprzednich krążków. Nie brakuje więc błyskotliwego poczucia humoru, niezliczonych nawiązań do amerykańskiego kina i kreskówek, kulinarnych porównań i ciągłego balansowania na granicy absurdu. Sam Bronson w dużej mierze robi to, co na poprzednich albumach — nie eksperymentuje ze strukturą utworów, a każdy kolejny numer można potraktować niczym rapowy freestyle przeplatany refrenem. Za największe zaskoczenie można uznać „Splash” — to coś na kształt skitu parodiującego reklamę kosmetyków z lat 90. Jest tu wszystkiego po trochu, a Action nie czuje się w obowiązku, by opowiadać większą historię. Elementem spajającym całość są po prostu pojawiające się co jakiś czas odgłosy wydawane przez delfiny.

Action Bronson gra główną postać w swoim własnym filmie, a każda kolejna płyta to soundtrack do wydarzeń z jego życia. Raper portretuje się niczym żywą legendę, postać rodem z obrazów ze Schwarzeneggerem i Stallonem. Nie inaczej jest w przypadku Only For Dolphins. To trochę jak kolejna część kinowej superprodukcji — jeśli wiemy czego się spodziewać, to dostaniemy to, na co czekamy. Dla nieprzekonanych może to być za mało, ale sam Action zdaje się tym faktem nie przejmować. Only for Dolphins to powrót do formy i doskonała uczta, ale docenią ją przede wszystkim fani rapera.

Komentarze

komentarzy