Recenzja: T.I. The L.I.B.R.A.

Data: 27 listopada 2020 Autor: Komentarzy:

t.i. the l.i.b.r.a.

T.I.

The L.I.B.R.A. (2020)

Grand Hustle / EMPIRE

Prawie 20 lat muzycznej kariery, 11 studyjnych krążków, miano króla trapu, gromadka dzieci i, jak zauważa stand-uperka Ms. Pat, ani jednego siwego włosa na głowie – T.I. ma się więc czym chwalić i chętnie robi to na swoim najnowszym albumie, The L.I.B.R.A. Tytułowa „waga” to nie tylko jego znak zodiaku, ale też akronim od Legend Is Back Running Atlanta. O dziwo, przy takim braku skromności, Clifford Harris po raz pierwszy nie pojawił się na okładce swojego longplaya, a ta aż prosi się o wizerunek rapera, który z łatwością unosi ciężar sukcesu i swobodnie balansuje między pracą a życiem prywatnym. Gotowy projekt staje się nieco bardziej zrozumiały, gdy przyjrzymy się konstrukcji albumu – to właśnie kobiety otwierają i zamykają projekt, a także przejmują mikrofon w interludiach, pełniąc tym samym funkcję mistrzów ceremonii.

Po premierze swojej poprzedniej płyty, Dime Trap z 2018 roku, T.I. zajął się łowieniem talentów w Netflixowym programie Rhythm + Flow, dzięki czemu na własne uszy przekonał się, że rosną mu zdolni następcy. Choć na razie nie zamierza nikomu oddawać korony, to na swój nowy album z przyjemnością zaprosił przedstawicieli młodego pokolenia i znalazł z nimi wspólny język, co zaowocowało m.in. singlami z Young Thugiem i Lil Babym — raperami o jakże wymownych w tym kontekście pseudonimach. Z długiej listy gości warto wymienić również podopieczną wytwórni Grand Hustle, czyli Tokyo Jetz, agresywnie nawijającą w „Hit Dogs Holla” oraz Aleca Beretza zniewalającego swoim wokalem w „Pantone Blue”. Na The L.I.B.R.A. udzielają się nawet synowie i córka Clifforda, godnie reprezentujący ród Harrisów. T.I. ani razu nie łapie przy nich zadyszki i posługuje się swoim swobodnym, zawadiackim flow. W odwiedziny wpadli też weterani rap gry — Snoop Dogg, Rick Ross, Jadakiss i Killer Mike. Dla pierwszego z nich gospodarz był aż nadto gościnny, w efekcie czego westcoastowy „Moon Juice” śmiało obroniłby się bez krótkiej zwrotki rapera z Atlanty.

Tematycznie płyta krąży wokół wszelkiego rodzaju sukcesów, a ich najtrafniejsze podsumowanie stanowi „We Did It Big”, czyli rapowy hymn zwycięzców z udziałem Johna Legenda (przyznajcie, że wers We did it big, yeah, we did it so fuckin’ big w wykonaniu autora „All of Me” brzmi zaskakująco). Co prawda na The L.I.B.RA. wątki społeczne i polityczne schodzą na drugi plan, ale komu jak komu, T.I. nie można zarzucić w tej kwestii ignorancji, o czym świadczy szczery protest song  „How I Feel”, w którym artysta odnosi się do brutalności policji. Pod względem muzycznym trudno wskazać wspólny mianownik utworów. Harris porusza się po całej hip-hopowej mapie Stanów i z każdego miejsca wybiera najsmaczniejsze kąski — soczyste trapowe bity z rodzimego Południa, kalifornijski vibe lat 90. czy sampel z kawałka „Hypnotize” nowojorskiej legendy, Notoriousa B.I.G. Niestety, odgrzewanym po raz kolejny dźwiękom, podanym w przewidywalny sposób, brakuje jakiejkolwiek świeżości.

Z jednej strony 40-letni król trapu jest świadomy zmieniającego się rynku i szuka dialogu z młodszymi twórcami, z drugiej zaś kurczowo trzyma się sprawdzonych rozwiązań brzmieniowych, przez co ani nie potrafi zaskoczyć swoich fanów, ani przyciągnąć uwagi tych, którzy o dziadku T.I. (wnuk w drodze) wcześniej nie słyszeli. Jeśli ci pierwsi potraktują album jako nostalgiczną podróż przez dotychczasowe dokonania rapera, to wśród 20 utworów z pewnością znajdą to, za co kiedyś go pokochali. Jeśli jednak spodziewają się ujrzeć jego nowe oblicze, to 68-minutowy materiał nie sprosta ich oczekiwaniom.

Komentarze

komentarzy