Grand Hustle

Recenzja: T.I. The L.I.B.R.A.

t.i. the l.i.b.r.a.

t.i. the l.i.b.r.a.

T.I.

The L.I.B.R.A. (2020)

Grand Hustle / EMPIRE

Prawie 20 lat muzycznej kariery, 11 studyjnych krążków, miano króla trapu, gromadka dzieci i, jak zauważa stand-uperka Ms. Pat, ani jednego siwego włosa na głowie – T.I. ma się więc czym chwalić i chętnie robi to na swoim najnowszym albumie, The L.I.B.R.A. Tytułowa „waga” to nie tylko jego znak zodiaku, ale też akronim od Legend Is Back Running Atlanta. O dziwo, przy takim braku skromności, Clifford Harris po raz pierwszy nie pojawił się na okładce swojego longplaya, a ta aż prosi się o wizerunek rapera, który z łatwością unosi ciężar sukcesu i swobodnie balansuje między pracą a życiem prywatnym. Gotowy projekt staje się nieco bardziej zrozumiały, gdy przyjrzymy się konstrukcji albumu – to właśnie kobiety otwierają i zamykają projekt, a także przejmują mikrofon w interludiach, pełniąc tym samym funkcję mistrzów ceremonii.

Po premierze swojej poprzedniej płyty, Dime Trap z 2018 roku, T.I. zajął się łowieniem talentów w Netflixowym programie Rhythm + Flow, dzięki czemu na własne uszy przekonał się, że rosną mu zdolni następcy. Choć na razie nie zamierza nikomu oddawać korony, to na swój nowy album z przyjemnością zaprosił przedstawicieli młodego pokolenia i znalazł z nimi wspólny język, co zaowocowało m.in. singlami z Young Thugiem i Lil Babym — raperami o jakże wymownych w tym kontekście pseudonimach. Z długiej listy gości warto wymienić również podopieczną wytwórni Grand Hustle, czyli Tokyo Jetz, agresywnie nawijającą w „Hit Dogs Holla” oraz Aleca Beretza zniewalającego swoim wokalem w „Pantone Blue”. Na The L.I.B.R.A. udzielają się nawet synowie i córka Clifforda, godnie reprezentujący ród Harrisów. T.I. ani razu nie łapie przy nich zadyszki i posługuje się swoim swobodnym, zawadiackim flow. W odwiedziny wpadli też weterani rap gry — Snoop Dogg, Rick Ross, Jadakiss i Killer Mike. Dla pierwszego z nich gospodarz był aż nadto gościnny, w efekcie czego westcoastowy „Moon Juice” śmiało obroniłby się bez krótkiej zwrotki rapera z Atlanty.

Tematycznie płyta krąży wokół wszelkiego rodzaju sukcesów, a ich najtrafniejsze podsumowanie stanowi „We Did It Big”, czyli rapowy hymn zwycięzców z udziałem Johna Legenda (przyznajcie, że wers We did it big, yeah, we did it so fuckin’ big w wykonaniu autora „All of Me” brzmi zaskakująco). Co prawda na The L.I.B.RA. wątki społeczne i polityczne schodzą na drugi plan, ale komu jak komu, T.I. nie można zarzucić w tej kwestii ignorancji, o czym świadczy szczery protest song  „How I Feel”, w którym artysta odnosi się do brutalności policji. Pod względem muzycznym trudno wskazać wspólny mianownik utworów. Harris porusza się po całej hip-hopowej mapie Stanów i z każdego miejsca wybiera najsmaczniejsze kąski — soczyste trapowe bity z rodzimego Południa, kalifornijski vibe lat 90. czy sampel z kawałka „Hypnotize” nowojorskiej legendy, Notoriousa B.I.G. Niestety, odgrzewanym po raz kolejny dźwiękom, podanym w przewidywalny sposób, brakuje jakiejkolwiek świeżości.

Z jednej strony 40-letni król trapu jest świadomy zmieniającego się rynku i szuka dialogu z młodszymi twórcami, z drugiej zaś kurczowo trzyma się sprawdzonych rozwiązań brzmieniowych, przez co ani nie potrafi zaskoczyć swoich fanów, ani przyciągnąć uwagi tych, którzy o dziadku T.I. (wnuk w drodze) wcześniej nie słyszeli. Jeśli ci pierwsi potraktują album jako nostalgiczną podróż przez dotychczasowe dokonania rapera, to wśród 20 utworów z pewnością znajdą to, za co kiedyś go pokochali. Jeśli jednak spodziewają się ujrzeć jego nowe oblicze, to 68-minutowy materiał nie sprosta ich oczekiwaniom.

Recenzja: Travis Scott Rodeo

Rodeoalbum

Travis Scott

Rodeo (2015)

Epic / Grand Hustle

Gdy około dekadę temu mixtape hip-hopowy swoją zaraźliwą popularnością zaczął wpływać na formułę albumu, trudno było oprzeć się wrażeniu, że jest to logiczny początek digitalizacji muzyki. W erze niedbałego odtwarzania i wykorzystywania starego, możliwości nabywania dowolnych pojedynczych utworów (nie tylko singli), zacierania granic pomiędzy darmowymi materiałami a pełnoprawnymi wydawnictwami, nieustannie rozwijającego się piractwa internetowego i glorii DJ-ingu, którego celem jest raczej eksponowanie potencjalnych hitów, aniżeli odnoszenie się do całokształtu projektów, z których pochodzą, wydawałoby się, że instytucja albumu, szczególnie w przypadku muzyki elektronicznej czy hip-hopu, odchodzi do lamusa.

Całe szczęście, jak w przypadku większości tendencji w sztuce nowoczesnej, dość szybko doszło do załamania trendu i wraz z początkiem drugiej dekady XXI wieku mainstreamowy hip-hop, znudzony wtórnością i nijakością mixtape’owego szaleństwa, pracowicie odbudowuje potęgę longplaya. Ostatnim bastionem, który zdaje się żyć w nieświadomości, jest młode pokolenie raperów z południa Stanów Zjednoczonych i Chicago, wychowane na Flockaveli Waka Flocka Flame’a czy Finally Rich Chief Keefa. Debiutancki krążek Travisa Scotta jest jednym z pierwszych dużych, świadomych kroków negujących ten prąd.

Gospodarz jako nieskromny architekt warstwy instrumentalnej płyty przy pomocy nieocenionego Mike’a Deana i całego zastępu czołówki producenckiej postawił sobie za cel osiągnięcie wyważonego balansu między bezkompromisową przebojowością a progresywną naturą kompozycji i bogatymi, przepastnymi aranżacjami. Singlowe „3500” jest podróżą w czasie do katalogu teksańskiej wytwórni Swisha House z 2005 roku — pełzająca linia basowa, leniwie cykające hi-haty, krótka wokaliza rozpoczynająca takty i charakterystyczna selekcja dźwięków budująca rozmytą przestrzeń przetłumaczone zostały na język współczesnego hip-hopu. Wszystko zamyka spektakularny finał pełen wariacji instrumentalnych poprowadzonych przez przepiękną partię klawiszową, delikatnie wyciszającą tak charyzmatyczną i potężną bestię. Naszą przejażdżkę z Travisem po ulicach Houston kontynuujemy w „Wasted” z Juicy J’em. Utwór jest kolejnym mostem między klasycznymi rozwiązaniami a nowoczesnym podejściem, tym razem w stylu A$AP Mob — dudniący bas i kodeinowy vibe ukoronowane zostały przesterowanym refrenem, gdzie wykorzystano wersy z „Havin’ Thangs ’06” Pimp C.

Niskie, dominujące linie basowe to zresztą jeden z najmocniejszych atutów Rodeo. „Antidote” oparte zostało głównie na 808-owych bębnach, miękkich brzmieniach synthów oraz gitary, a przede wszystkim na rozhuśtanym, prostym basie stanowiącym fundamentalny budulec minimalistycznego numeru. „90210” z kolei w pierwszej części jest jak wypadkowa 808s & HeartbreakMy Beautiful Dark Twisted Fantasy Kanyego Westa, gdzie pozornie przewidywalna melodia co jakiś czas zamienia się miejscami z niepokojącą głębią basu i majestatycznym hałasem rozległych brzmień, by ostatecznie przerodzić się w bezbłędnie płynący beat rodem z Late Registration. Sam Yeezy osobiście odcisnął swoje piętno na krążku w jednym z najlepszych utworów na płycie. „Piss on Your Grave” rozpoczyna południowy, piaszczysty riff ozdobiony żywą, intensywną perkusją, a ostatecznie ewoluuje w agresywną, bestialską niemal petardę, która swoją energią mogłaby zawstydzić większość produkcji opartych na szkole południowego hip-hopu XXI wieku. Koloryt aranżacji na albumie perfekcyjnie odwzorowuje wielobarwny świat Travisa, który nieustannie lawiruje pomiędzy jasnymi i ciemnymi odcieniami, co również słychać w tak interesująco rozwijających się numerach jak „Oh My Dis Side” czy „Impossible”.

Płyta oczywiście nie jest bez wad. „Nightcrawler” z Chief Keefem i Swae Lee z Rae Sremmurd to najbardziej nijaka pozycja na płycie, wyraźnie trącąca nieprzyjemnym plastikiem i wtórnością. „Pray 4 Love” natomiast, z irytującym jak nigdy The Weekndem, jest przykładem rażąco nieprzemyślanej warstwy muzycznej, a końcówka albumu zbyt drastycznie traci cały impet sumiennie budowany przez cały krążek.

Jako raper Travis Scott sprawdził się wybornie. Potraktował auto-tune i wszelkie cyfrowe modulacje wokalu jedynie jako jeden z wielu środków do odzwierciedlenia pomysłu na swój nieszablonowy styl. Wszelkie efekty nie służą tutaj do maskowania ciężkostrawnego fałszowania i braku umiejętności; mnogość ścieżek wokalnych nadająca pojedynczym zwrotkom różnych perspektyw momentami brzmi naprawdę porywająco. Dodatkowo artysta bez większych problemów odnajduje się w stricte hip-hopowej stylistyce rapowania, zarówno w bardziej agresywnym wydaniu („Piss on Your Grave”), jak i w laid-backowej wersji („Flying High” z Toro y Moi). Tematycznie Rodeo jest dokładnie tym, czego należy spodziewać się po kolejnym mainstreamowym albumie w 2015 roku — używki, rozwiązłość i dobrobyt finansowy to wątki przewodnie, aczkolwiek zostały one podane umiejętnie, elegancko pozbawione zbędnej arogancji. Przepych i ignorancja to wiktuały współczesnej popkultury, a Travis Scott z ich sprzedażą poradził sobie niemal bezbłędnie.