Angelo Bond: między legendą soulu a zapomnieniem

Data: 14 czerwca 2021 Autor: Komentarzy:

Angelo Bond - Bondage

„Nieznany sprawca” w szczytowym okresie muzyki soul

Załóżmy, że główną rolę w kolejnym Bondzie zagrałby D’Angelo. Mówiliby o tym wszyscy, nawet zwierzaki i to niekoniecznie tylko w Wigilię. Tymczasem w rzeczywistości, na kompletnie przeciwnym biegunie zainteresowania, istniał pewien muzyk, o którym nikt nie mówił do dzisiaj. Jestem przekonany, że o jego jedynym albumie powiedziano już więcej niż o nim samym (choć również szczątkowo). W 1975 roku, nakładem wytwórni ABC Records, ukazał się album Bondage, który dziś z niewiadomych przyczyn możemy znaleźć na Spotify jako Soul Legend ze zmienioną kolejnością utworów. Czy niejaki Angelo Bond został właśnie okrzyknięty legendą muzyki soul? Jako wokalista, producent i klawiszowiec ewidentnie miał na to papiery, lecz ostatecznie ze Steviem Wonderem łączyła go jedynie praca dla tej samej wytwórni. Podejrzewam, że nowe opakowanie tej klasycznej płyty to wyłącznie marketingowy zabieg, aby zachęcić młodszych słuchaczy do sięgnięcia po nieznaną, acz przyjemną płytę.

O samym Angelo Bondzie wiemy naprawdę niewiele. Przeszukując sieć w poszukiwaniu archiwalnych artykułów lub wywiadów, właściwie niczego nie znalazłem. Na pewno zaczynał od gry w kapeli The Majestees, która powstała w 1966 roku w Highland Park w stanie Michigan. Zespół zdążył wydać raptem jeden siedmiocalowy singiel przed tym jak w 1968 roku rozpadł się z prozaicznego powodu. Pobór wietnamski nie pozwolił muzykom na kontynuowanie swojej przygody z muzyką.

W następstwie tych wydarzeń Angelo Bond dołączył do grona autorów głośnego singla Bring the Boys Home Fredy Payne, nawołującego żołnierzy do powrotu z Wietnamu. Kontakty pozyskane dzięki tej produkcji miały niebagatelny wpływ na kształt solowego debiutu Bonda, który jednocześnie zamyka jego dyskografię. W końcu głównym producentem singla był Greg Perry, którego brat — Zachary — dograł chórki do Bondage. Ten sam Greg, który jako wokalista wydał dwa albumy, był klawiszowcem w legendarnym producenckim trio Holland-Dozier-Holland, którego wkładu w rozwój soulu chyba przedstawiać nie trzeba. Jeszcze jako duo Holland-Dozier wyprodukowali utwór ze strony B rzeczonego singla Fredy — I Shall Not Be Moved. Tymczasem w działalności artystycznej Angelo po wydaniu Bondage nastąpiła długa przerwa. Od 1980 roku zaczął produkować utwory dla wytwórni Motown (i jej „córek”: Tamla i Gordy). Jednym z nich jest całkiem skoczny numer The Temptations — Power. Potężne disco, które jest całkowitym przeciwieństwem, utrzymanych raczej w spokojnym tonie, utworów z debiutanckiego albumu Bonda.

Klasyczny, uduchowiony soul

Jedną z rzeczy, cechujących Angelo już nie tylko na poziomie twórczym, jest z pewnością nacisk na duchowość. Świadczą o tym choćby słowa dedykacji na tyle okładki albumu, którymi muzyk oddaje hołd zmarłemu ojcu i kochającej matce. A najlepszym utworem na płycie jest He Gained the World (But Lost His Soul), który opowiada o uzdolnionym śpiewaku z kościelnego chóru, każdej niedzieli zachwycającego śpiewem wspólnotę. Pewnego dnia jednak postanowił opowiedzieć pastorowi o realizowaniu swoich planów. Zaczął śpiewać rhytm and blues, a fakt, że przestał śpiewać dla Boga, załamał lokalną społeczność. W tekście pada ciekawe stwierdzenie: zdobył świat, lecz stracił duszę. Nie lubię lawirować w sferze domysłów, lecz w przypadku tak skąpych informacji jestem do tego zmuszony. Jeśli założymy, że Angelo Bond przemycił tutaj wątki autobiograficzne, mamy do czynienia z casusem Arethy Franklin czy też Jamesa Browna, którzy również zaczynali od śpiewania w kościele i utracili wsparcie wspólnoty na rzecz debiutu fonograficznego.

Od lat w piłkarskim środowisku krąży jedno powiedzenie, które teraz aż prosi się o wykorzystanie: pokaż mi swoją ławkę, a powiem ci, jaką masz drużynę. Idąc tym tropem, Angelo Bond powinien mieć zdolny do walki o wyższe cele zespół, ponieważ wszystkie pozycje obsadził samymi wybitnymi twórcami. Wspólnie udało im się osiągnąć jeden niewielki sukces — między kwietniem a czerwcem 1975 roku, utwór Reach for the Moon (Poor People) znajdował się w pierwszej czterdziestce listy R&B Billboard, plasując się najwyżej na 32. pozycji. Współproducentem oraz jednym z aranżerów albumu był McKinley Jackson. Puzonista z Detroit, ojciec zmarłego przed laty rapera Proofa. Zaraz po odejściu z Funkadelic, zaczął prowadzić zespół muzyków sesyjnych The Politicians dla wytwórni Hot Wax, a następnie Invictus, które to z kolei zostały utworzone przez trio Holland-Dozier-Holland po odejściu z Motown. Kolejnym aranżerem był Paul Riser — jeden z najbardziej znanych i utytułowanych facetów w tym rzemiośle. Produkował i aranżował głównie dla Motown, a jego dorobek liczy ponad 1000 piosenek. Jeśli tak prześledzilibyśmy wszystkie nazwiska biorące czynny udział w powstawaniu Bondage (czy jak kto woli: Soul Legend), wraz z ich życiorysami, moglibyśmy założyć, że w tej branży wszyscy się znali, mimo że wtedy już nie raczkowała, a stanowiła całkiem sporą gałąź show biznesu.

Mistrzowie drugiego planu?

Za klawisze, poza samym Bondem, odpowiadał Clarence McDonald. Nie dość, że współpracował z Arethą Franklin, Nolanem Porterem, Rayem Charlesem, Merry Clayton czy Buddym Milesem, to jeszcze prywatnie był mężem Deniece Williams z zespołu The Emotions, który zaś wydawały Motown i Stax, a jego albumy produkował Isaac Hayes czy David Porter. Zresztą, The Emotions współtworzyły wielki hit Earth, Wind & Fire — Boogie Wonderland. Bębny, które słyszymy w Bondage, są dziełem Eddiego Greena. Dołożył on jako muzyk sesyjny cegiełkę do ponad 500 utworów tak znamienitych twórców jak The Mamas & The Papas, Donald Byrd, Eddie Kendricks czy Willie Hutch. Pozostając w temacie, brzmieniem instrumentów perkusyjnych wzbogaciła album Stephanie Spruill, która niegdyś współpracowała z Quincy’m Jonesem czy Eltonem Johnem, a dziś z powodzeniem prowadzi szkołę muzyczną. Kongosy to działka Eddiego Browna, muzyka sesyjnego w Motown, który zostawił swój ślad na What’s Going On Marvina. Wśród gitarzystów, których Angelo Bond zaprosił do udziału na płycie, wyróżniał się Melvin „Wa-Wa” Ragin — członek Love Unlimited Orchestra, uformowanej przez Barry’ego White’a. Autorem sekcji smyczkowej był zespół The Sid Sharp Strings, sekcji dętej — The George Bohanon Brass & Reeds Section. Mało tego, okładkę zaprojektował Ron Slenzak, którego okładki albumów The Clones Of Dr. Funkenstein Parliament czy Street Songs Ricka Jamesa zajmują honorowe miejsce w historii gatunku. Okładkę, która strasznie zniechęca do sięgnięcia po tytuł i na pewno nie pojawi się na żadnym wernisażu prac Rona.

Angelo Bond skompletował świetny zespół do powstania Bondage. To fakt, niepodlegający dyskusji. Słychać to praktycznie w każdym fascynującym aranżu czy nietuzinkowym zagraniu gitary. Wszystko to współgra z hipnotyzującym falsetem Bonda, w którym można się zauroczyć. Czy mówimy tutaj o moim ulubionym, pozytywnie nastrajającym What’s Bad About Feeling Good?, którego treści nie powstydziłby się nawet sam James Brown, czy o utrzymanym w klasycznej soulowej stylistyce I Never Sang for My Baby. Od zawsze zastanawiające dla mnie było to, że przeważnie w tamtych czasach płyta, którą firmowało tylko jedno nazwisko, była efektem wysiłku właściwie kilkudziesięciu osób. Dopiero jak sobie to wszystko rozłożymy na czynniki pierwsze, możemy być w pełni świadomi skali tego zjawiska. Może Soul Legend nie miało być wabikiem dla młodszego grona odbiorców, a określać tych wszystkich wspaniałych artystów za kulisami, których wymienić z nazwiska nie sposób, bo nawet nie starczyłoby miejsca w Spotify? Akurat to mogłoby się zgadzać. Sam Angelo Bond z kolei, pomimo całej mojej sympatii do jego albumu, niestety nie został legendą muzyki soul. A mógł.

Komentarze

komentarzy