Wydarzenia

Recenzja: Fifth Harmony 7/27

Data: 26 czerwca 2016 Autor: Komentarzy:

Fifth-Harmony-7_27-2016-2480x2480

Fifth Harmony

7/27 (2016)

Epic, Syco

Fifth Harmony szturmem wtargnęły na listy przebojów dzięki debiutanckiemu albumowi Reflection. Zostały okrzyknięte nowymi Spice Girls, choć moim zdaniem, po takich numerach jak „Worth It” czy „Like Mariah”, zawsze bliżej im było do The Pussycat Dolls. Szybki sukces i sława zaowocowały równie prędkim wydaniem kolejnego krążka. Jednak, jak już się przekonaliśmy, o tym nie raz i nie dwa — weźmy pierwszy przykład z brzegu, czyli dyskografię Rihanny — kucie żelaza póki gorące rzadko kiedy owocuje wybitnym materiałem.

Na próżno na 7/27 szukać przebojów na miarę „Wannabe” czy „Spice Up Your Life”. Fifth Harmony, będące swojego rodzaju chwilową odpowiedzią na brakujący element, jakim są zespoły żeńskie w mainstreamie, kieruje się naturalnie wszystkim możliwymi trendami oscylującymi wokół współczesnego R&B, miejskiego brzmienia i syntezatorowego popu. Płytę otwiera taneczny numer „That’s My Girl”, który zapowiada się nieźle, dopóki nie słyszymy irytującego refrenu z przerobionymi wokalami. A przecież te dziewczyny mają takie głosy na żywo, że nie potrzebują ani autotune’a, ani jakichkolwiek innych cyfrowych sztuczek. Sytuacja powtarza się notorycznie — wpływy europejskiego dance’u nie najlepiej sprawdziły się w irytującym „The Life”, nużącym „I Lied” czy niczym niewyróżniającym się „Squeeze” — wyraźnie czuć tu pośpiech i niedokładność w doborze materiału.

Fifth Harmony miotają się między desperackim pragnieniem kooperacji z Avicii’m a byciem fajnymi dziewczynami z sąsiedztwa, czego dowodem jest festiwalowe „All In My Head (Flex)” z gościnnym udziałem Fetty’ego Wrapa. Nie inaczej jest w przypadku wszędobylskiego „Work From Home”, które co prawda okazało się radiowym strzałem w dziesiątkę, ale równie dobrze mogłoby zdobyć pierwszą nagrodę w kategorii najnudniejszego refrenu świata. Dopóki jednak chwyta to medialnie, dopóty zapewne grupa będzie trzymała się miałkich kompozycji dla nastolatek. Nie jest to jednak zarzut — w dużej mierze taka jest po prostu rola Fifth Harmony.

Pośród dwunastu piosenek można jednak znaleźć takie, w których dziewczyny doskonale harmonizują swoje wokale i prezentują naprawdę wartościowe postawy. Do tego worka wrzuciłabym pokrzepiające i relaksujące „Write on Me”, dyskotekowe „Not That Kinda Girl”, przywołujące na myśl lata 80-te czy impulsywny numer „Scared of Happy” z mocnym instrumentalnym przejściem, będącym jakby połączeniem Timbalanda i Calvina Harrisa. Płytę zamyka doskonale mroczne i przygaszone „No Way”.

7/27 to echo sukcesu Reflection, które pozwoli Amerykankom jeszcze przez chwilę utrzymać się na szczycie. Przypuszczam jednak, że tym materiałem Fifth Harmony podzielą losy The Pussycat Dolls, które zadebiutowały wysoko, by potem nagrać płytę niby przebojową, ale jednak zapomnianą. Nawet jeśli grupa nie powtórzy historii koleżanek Nicole Scherzinger i dotrwa w takim składzie do trzeciego krążka, będzie bardzo trudno o zachowanie pozycji, którą mają teraz. W kuluarach już bowiem na swoją życiową szansę czekają kolejne damskie składy.

Komentarze

komentarzy