
Fantasia
The Definition of… (2016)
RCA Records

Wielu jest wykonawców z ogromnym talentem i charyzmą, nie potrafiących przebić się do wąskiego grona tych, których albumy wydawane są przez wytwórnie bez większych problemów. W obecnych czasach liczy się pieniądz przerabiający artystów na produkty. Z tej grupy wyłamała się Fantasia, która nie dała się zaszufladkować i podporządkować labelowi. Po raz pierwszy wokalistka postawiła na swoim i zagroziła, że jeśli nie otrzyma wolnej ręki przy tworzeniu albumu, odejdzie. Przystano na jej warunki i tak powstał w pełni ukształtowany przez Amerykankę krążek The Definition of…
Ile w tej historii jest prawdy, zapewne nie dowiemy się nigdy. Pozwólmy sobie jednak uwierzyć w opowiadania Fantasii i przekonajmy się, jak bardzo płyta jest jej. Przez wiele lat obecności w przemyśle muzycznym, w trakcie których wokalistka wydała cztery albumy, koncertowała w różnych zakątkach świata i zapraszana była do uczestnictwa w różnych tributach — jej pozycja została solidnie ugruntowana w muzyce R&B. Dzięki temu stała się silną i pewną siebie kobietą, co usłyszeć można na wstępie płyty — „I do what I like, I got nothing to prove”. Dostrzec można w tym stwierdzeniu prawidłowość, jednak w tej pewności siebie Fantasia nieco utonęła. Rozmach gatunkowy, jaki został zaprezentowany na The Definition of…, miał odzwierciedlać różne rodzaje doznań, lecz zamiast świeżości i różnorodności, spowodował chaos i wprowadził efekt niespójności. Od elektronicznego rocka w „Crazy”, przez przyjemną komercyjną balladę „No Time for It”, aż po energiczny kawałek z pogranicza popu i dance’u lat ’80 „Wait for You”, przeskakujemy przez kolejne szczeble muzycznej niezależności Fantasii. Niektóre z tych szczebli uginają się pod nadmiarem rozczarowania, jak duet z Aloe Blacciem w „Roller Coasters”, gdzie wokale brzmią irytująco — Fantasii nazbyt ekspresyjnie, a Blacca zupełnie niepodobnie do tego, który słychać w jego dotychczasowych kompozycjach. Sam utwór — nie wspominając o banalnym tytule — brzmi miałko i nużąco. Paradoksalnie mocnym akcentem na płycie, oprócz soulowego „Sleeping with the One I Love” i wspomnianego wcześniej „No Time for It”, który próbuje podnieść komercyjnie cały album, jest country song „Ugly”, czyli kolejne wołanie brzydkiego kaczątka o tolerancję i akceptację. Każdy z utworów osobno brzmi solidnie, ale w zestawieniu brak im logiki. Nie wszystkie zabiegi muzyczne można uznać za nieudane. Artystka kończy definicję swojej emancypacji jazzowo-gospelową propozycją, którą chętnie usłyszałbym w niejednym kościele. Z kolei zamykające krążek „I Made It” tworzy klamrę i prezentuje mocny akcent z otwierającym „Crazy”. To niezwykle optymistyczne zakończenie u niejednego słuchacza wywoła żal, że krążek właśnie dobiegł końca.
Ponieważ Tasia stworzyła album w pełni po swojemu, jest za niego również w pełni odpowiedzialna. Powinna wziąć na siebie brzemię panującego na nim chaosu, braku spójności, ale należy ją również pochwalić za wspomniane mocne akcenty. Kolejne utwory przemijają szybko i niestety niezauważalnie. Wokalistka pokazała, że swoboda działania nie zawsze prowadzi do pożądanych efektów, a w tym przypadku samodzielność ujawniła brak muzycznego gustu. Jednak nie wszystko na The Definition of… jest pozbawione smaku. Całościowo album można określić jako retro, na którym szczęśliwie przeważają jazz, blues i R&B, a dźwięki rocka i country doprawiają wydawnictwo do smaku. Fantasia nie uległa więc obecnie panującym wpływom mainstreamowego house’u, lecz pozostała wierna szeroko pojętemu czarnemu brzmieniu, o które zawalczyła i za co należy jej się uznanie.


Komentarze