
Myślałam, że na polu muzyki gospel nic, ale to absolutnie nic już mnie nie zaskoczy. A jednak… Odpaliłam najnowszy krążek Tashy Cobbs Leonard
Heart. Passion. Pursuit. i oddałam się dobrze mi już znanemu głosowi artystki, który z niewyobrażalną lekkością przemieszcza się między delikatnym westchnieniem do nieba, a pełnym emocji, donośnym wokalem przedzierającym się prawdopodobnie przez wszystkie warstwy atmosfery, aż tu nagle mój spokój zaburzyło pojawienie się pewnego znanego mi przecież głosu. Pomyślałam sobie
— chwila, nie może być! Tak, z moich głośników wybrzmiała śpiewająca o Bogu Nicki Minaj (kurtyna). Zaniemówiłam na co najmniej minutę. I takim oto sposobem cała bogata warstwa instrumentalno-wokalno-gatunkowa, o której chciałam tu napisać została przyćmiona przez Nicki Minaj. Wybaczcie, że dziś jest tak mało merytorycznie o walorach muzycznych, ale po prostu mnie zatkało.
Komentarze