
Na Jimette Rose wpadłem jakieś dwa tygodnie temu, święcie przekonany, że mam do czynienia z wschodzącą piosenkarką. Okazało się jednak, że jej debiutancki krążek ukazał się w styczniu tego roku (!), a ona sama do początkujących wokalistek nie należy. Współpracowała m.in. z Shafiq’em Husayn’em przy jego „En’-A-Free-Ka” oraz z Georgią Ann Muldrow. I tutaj zaczęły się problemy. Słuchając pani Rose od razy nasunęły mi się skojarzenia z wspomnianą wyżej Georgią. Także pomyślałem o Muhsinah’e, Joy Jones oraz Jill Scott. Tyle skojarzeń na początku nie wróży dobrze. Jednak chciałem dać szanse “The Barber’s Daughter” i dziś cieszę się, że to zrobiłem.
O samej muzyce można powiedzieć, że czerpie dosłownie z każdego gatunku powiązanego z kolorem czarnym. Jazz, blues i tak dalej, można by wymieniać bez końca. Odważne i ciekawe aranżacje na chórki dodają kompozycjom dodatkowego charakteru i głębi. Usłyszymy produkcje zagrane na instrumentach, jak i te wsamplowane, którym tłustości odmówić nie można. Jimetta zaś brzmi świetnie. Całe te porównania po drugim-trzecim przesłuchaniu znikają. Zostaje tylko mocny, pełny głos Pani Rose, który przekonuję w stu procentach. Ostatecznie „The Barber’s Daughter” okazało się bardzo dobrą płytą, do której można wracać kilka razy. Warto sprawdzić, bo w końcu dobrego soulu nigdy nie za dużo.
Poniżej parę kompozycji, które mi przypadły do gustu, a całość możecie przesłuchać tutaj.


Komentarze