
Z hitami lat dziewięćdziesiątych jest często niemały problem. Niby wszystkie kojarzysz – pamiętasz teledysk, nucisz refren, itd. Jak Cię jednak ktoś spyta o nazwę wykonawcy/utworu nierzadko przybijasz piątkę z własnym czołem i przeklinasz dziury w pamięci, odpowiadając: „daj mi chwilę, za sekundę sobię przypomnę”
Mija pół godziny – w tym czasie zdążyłem przejrzeć wszystkie strony z rankingami największych przebojów XX wieku i obejrzeć czterdzieści klipów na „jutubie”, wciąż nie uzyskując odpowiedzi. W desperacji, dzwonię do znajomej, która podobnie jak ja dorastała przy kanałach muzycznych na kablówce. W tym momencie pojawiają się schody, bo przecież muszę jej wyśpiewać choćby fragment tego numeru, żeby miała szansę mi pomóc. Mówię, jaki mam problem i zaczynam: ” Ok, to leciało mniej więcej tak – oo nananananana o nanana…”. Nie daliśmy rady, poddałem się.
Nie minęło kilka dni, a znalazłem się na wytwornym balu w kieleckim Chilloucie. Ludzi multum, gadamy o piłce, przyglądam się jakimś policzkom i nagle słyszę TEN numer. Na prędkości dobijam się do Dj’a i zdyszany wrzeszczę, żeby mi powiedział jak się nazywa ta kobieta, która wyje przez głośniki… „Diana King kolego! Co Ty, takiego klasyku nie słyszałeś do tej pory?”
„L-L-Lies” pochodzi z drugiego albumu Diany – Think Like a Girl z 1997 r. Nie sposób wymienić choćby połowy okazji, przy których każdy z nas słyszał ten numer – począwszy od dyskotek na koloniach, wiejskich festynów i stłumionych dźwięków z wnętrza budek z hamburgerami. Mimo to, Diana wciąż buja i wprowadza w dobry nastrój. Słuchamy!


Komentarze