fot. A. Rawicz / cgm.pl
Wyobraźcie sobie przedstawienie zrealizowane tak doskonale, że stoicie jak zahipnotyzowani nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Już? Świetnie, ponieważ właśnie taki był piątkowy koncert Sade w łódzkiej Atlas Arenie. Wydarzenie, w którym miałam szczęście uczestniczyć.
Sade na scenie miała pojawić się o 20, jednak z powodu problemów ze sprzętem początek przesunięto o godzinę. Tym sposobem parę minut przed godziną 21 na sali zapanowała ciemność. Z głośników zaczęły wydobywać się pierwsze dźwięki „Soldier of love”, na ekranie pojawiły się wizualizacje znane z teledysku, a po chwili cały zespół wyjechał w górę na platformach będących elementem sceny. Publiczność oszalała, i tak już było przez kolejne 2 godziny, bo właśnie tyle trwało to niesamowite widowisko, łączące w sobie elementy kina i teatru. Artystka ciepło się z nami przywitała, przepraszając za to, że musieliśmy czekać na mrozie i wyraziła nadzieję, że wszystkim obecnym to wynagrodzi. Wyglądała olśniewająco, ubrana cała na czarno ze skromnie związanymi włosami z tyłu. To samo tyczy się zespołu, klasa i elegancja – tak najkrócej można określić ich cały wizerunek sceniczny.
fot. Marcin Bąkiewicz/ wp.pl
Po otwierającym utworze usłyszeliśmy „Your Love Is King”, a następnie „Skin” z ostatniego albumu. Podczas, robiącego ogromne wrażenie wykonania „Love Is Found” Sade uraczyła nas swoim ciekawym tańcem znanym z klipu, zresztą wielokrotnie w trakcie całego show mogliśmy podziwiać ją tańczącą.
Zespół dyskretnie zniknął ze sceny po wykonaniu „In Another Time”, zostawiając nas z filmem przywodzącym na myśl musical „Chicago” i lata 20/30ste – z członkami grupy w rolach głównych. Po tym niespełna pięciominutowym, zachwycającym wstępie zespół, w nowych strojach ponownie pojawił się na scenie. Okazało się, że była to zapowiedź znanego szerokiemu gronu odbiorców klasyku „Smooth Operator”. Na takim utworze nie można było spokojnie usiedzieć w miejscu, w efekcie byłam jedyną stojącą i poruszającą się w rytm muzyki osobą pod sceną. Każde wykonanie spotykało się z ogromnym aplauzem i lekką ekscytacją, że możemy być i uczestniczyć w pierwszym w Polsce, efektownym widowisku – koncercie Sade.
Gdy na scenę opuszczono czerwone kotary, z głośników popłynął dźwięk saksofonu otwierający utwór „Is It a Crime”, tak fenomenalny, że nastąpiła długa owacja na stojąco. Osoby, które widziały wykonanie „Soldier of Love” podczas promocji płyty w amerykańskiej telewizji mogą się zastanawiać jak Sade Adu brzmiała na koncercie w Polsce. Już odpowiadam – brzmiała tak jak kiedyś, czyli pięknie, perfekcyjnie, jej wokal zapierał dech. W utworach takich jak „Jezebel”, „Pearls” czy wspomnianym wczesniej „Is It a Crime” pokazała światową, najwyższą klasę. W niczym nie ustępował jej doskonały zespół, profesjonaliści w każdym calu. Na szczególną uwagę zasługuje Stuart Matthewman, zachwycający grą na saksofonie, czasem jednak zamieniał go na gitarę. Panowie w chórkach, czyli Leroy Osbourne,Tony Momrelle i ich wokale dopełniali doskonałe brzmienie boskiej Sade.
W trakcie „Paradise” publiczność w końcu wstała, zaczęła klaskać i tańczyć. W pewnym momencie wokalistka zniknęła ze sceny, a Leroy i Tony zachęcali nas do wspólnego śpiewania „Nothing Can Come Between Us”. Po spokojnych „Morning Bird” oraz „King of Sorrow” nastąpił moment, na który bardzo czekałam – mowa o „The Sweetest Taboo”. Osoby z dalszych rzędów próbowały przedostać się pod scenę, żeby zobaczyć artystów z bliska, zrobić zdjęcie czy nagrać krótki fragment występu.
fot. Marcin Bąkiewicz/ wp.pl
Skład na zakończenie koncertu wykonał kompozycję „By Your Side”. Każdy z panów został przedstawiony przez Sade na środku sceny, towarzyszyła temu krótka anegdotka dotyczącą jego osoby bądź roli w zespole. Widać było, że wszyscy są ze sobą bardzo zżyci i darzą się ogromnym szacunkiem. Artystka podziękowała nam za obecność i ciepłe przyjęcie, zespół się ukłonił i opuścił scenę. Oczywiście po takim koncercie publiczność nie zamierzała jeszcze opuszczać Atlas Areny więc po paru minutach krzyków i oklasków artyści wrócili. Na bis wykonali wspaniałe „Cherish The Day”, dla którego tłem był czarno biały Nowy Jork wyświetlany na ekranie, a specjalna kolumna będąca elementem sceny wyniosła Sade, ubraną w czerwoną suknię, w górę, skąd śpiewała praktycznie do końca utworu. Oprawa wizualna, nad którą tak się rozpływam jest dziełem Sophie Muller, która współpracuje z zespołem od lat 80tych. Duże brawa za to co udało jej się osiągnąć.
To co zespół zaprezentował w piątek w Łodzi można by opisać wieloma przymiotnikami, a każdy z nich byłby synonimem słów: piękny, zachwycający, doskonały. Taki właśnie był ten koncert, przerósł moje oczekiwania, a były naprawdę wysokie. Po cichu liczę na to, że kiedyś jeszcze będę mogła zobaczyć ich na żywo, bo są warci każdej wydanej złotówki.
Za relację dziękujemy naszemu dobremu redakcyjnemu duchowi – Magdzie Kelm





Komentarze