
Naughty Boy
Hotel Cabana (2013)
Naughty Boy / Virgin EMI

Co ma wisieć, nie utonie, a co jest sprawdzonym wytrychem, zawsze działa. Albumy koncepcyjne dają szansę na obronienie muzycznej zawartości przez wytłumaczenie jej zamierzoną konstrukcją projektu. Zdarzy się czasem, że pomysł na płytę przerośnie ją samą, a wtedy zostaje tylko plątanie się w gąszczu eksplikacji i niesmak po zawiedzionych oczekiwaniach.
Naughty Boy swój pierwszy album wydał późno, bo aż w osiem lat po rozpoczęciu działalności muzycznej. Na Hotel Cabana zebrany został materiał zarówno całkowicie premierowy, jak i znany od kilku lat — chociażby „Never Be Your Woman” znany słuchaczom R&B i popu od 2010 roku.
Jest więc dużo i różnie. I tu właśnie pojawia się miejsce, żeby przypomnieć słowa producenta i „reżysera” — jak sam siebie nazywa Naughty Boy — płyty. W wywiadzie udzielnym dla „Watford Observer” mówi, że album jest jak hotel, gdzie — tak jak goście zatrzymują się tylko na chwilę — tak samo muzycy pojawiają się w jednym utworze, by ustąpić miejsca koledze po fachu w następnym tracku. Każda piosenka to osobny, niezależny utwór, jednak cała płyta opowiada historię, jest relacją z podróży. Tako rzecze sam Shahid Khan. Jak mają się założenia wobec efektu końcowego?
Nie wiem, czy udzielenie odpowiedzi jest w ogóle możliwe — bo czy całość może wyrazić zbiór utworów poddanych identycznemu schematowi budowy? Po otwierającym Hotel Cabana „Act I” ma się ochotę na dużo. Na dużo więcej, niż jest w efekcie dane. Intro i „Welcome to Cabana”, czyli drugi w kolejności utwór, roztaczają przed słuchaczem wizję godzinnego seansu z tłustym kawałkiem hip-hopowo-popowego mięcha z dewiacjami w stronę egzotyki. I tak jest, rzeczywiście — aż do momentu, kiedy na pierwszy plan wysuwa się melodia powierzona żeńskiemu wokalowi. Momentalny spadek ciśnienia i atmosfera ze ZBoWiD-u.
Spośród gąszczu wokalistek zaproszonych do współpracy z producentem tylko Emeli Sandé jest w stanie umiejętnie zgrać się z instrumentalną partią płyty. Sprawdza się zarówno w „Wonder”, jak i „Lifted”, czyli drugim singlu będącym zdecydowanie najmocniejszym punktem albumu. Jest energetyczny, taneczny, ale zaopatrzony w wielowarstwowe instrumentarium i dysonansowe zakręty. To apartament pośród pokoi w hotelu Naughty Boya, które dobijają jedynie do niewygórowanego standardu.


Komentarze