
The Internet
Feel Good (2013)
Odd Future Records

Jako jeden z odłamów kolektywu Odd Future, The Internet to reprezentanci smukłego i delikatnego neo-soulu, który w ich wykonaniu polega na improwizacji i sporej wolności aranżacyjnej. Ich drugie wydawnictwo to krążek pełen miłosnych opowieści i romansów przyozdobionych smukłym głosem Syd i wyrafinowaną produkcją Matta Martiansa, który jest głównym odpowiedzialnym za warstwę muzyczną i strukturę brzmieniową Feel Good. Syd oprócz śpiewu, dokłada też oczywiście swoje trzy grosze do warstwy produkcyjnej, lecz tym razem jej ambicje wyraźnie były bardziej skierowane w stronę jej wokalnych aspiracji. Pytanie, które się nasuwa to — czy grupa więcej na tym zyskała, czy straciła?
Przesłuchując płytę od pierwszego do ostatniego utworu, moje odczucia są mieszane. Z jednej strony lekki i przyjemny głos artystki potrafi przyprawić o uśmiech na twarzy, ale z drugiej wydaje się, że sporo jej jeszcze brakuje do miana wokalistki z prawdziwego zdarzenia. Słychać to zwłaszcza w utworach „You Don’t Know” i „Higher Times”, gdzie śpiewający gościnnie koledzy po fachu Tay Walker i Jessy Boykins III pokazują młodszej koleżance jak brzmi prawdziwy czarny wokal na neo-soulowym podkładzie. Podczas gdy obydwaj panowie wywołują u mnie jakiekolwiek emocje, Syd w większości przypadków pozostawia mnie obojętnym. Sama barwa głosu to jednak nie wszystko — brakuje zarówno zmian tempa i wysokości tonacji, jak również jakiejkolwiek różnorodności w sposobie śpiewania — podobnie jak w przypadku Earla Sweatshirta, któremu często zarzuca się brak dynamiki i ospałość w rymowaniu.
Idąc dalej w las, sytuacja wcale nie ulega poprawie. Gdy w głośnikach wybrzmiewa „Runnin”, a Walker ponownie czaruje swym urokliwym wokalem, Syd po raz kolejny wypada przy nim co najmniej przeciętnie. Jest to na tyle zauważalne, że niełatwo oprzeć się wrażeniu, iż to Tyler jest tym, który przykuwa tutaj największą uwagę, a głos wokalistki nie jest w stanie przebić się na pierwszy plan. Teoria twierdząca, że gdy robi się wszystko naraz, nie jest się dobrym w żadnym z elementów, nabiera tutaj znaczenia. Wydaje się, że Syd jest zdecydowanie lepszą producentką i DJ-ką, niż wokalistką. Ma spory potencjał, ale brakuje jej odwagi, by rozwinąć skrzydła i pokazać co potrafi.
Oprócz udostępnionych wcześniej, zdecydowanie oryginalnych singli „Dontcha” i „Partners in Crime Part II”, reszta kawałków sprawia wrażenie zbyt podobnych do siebie. Jako że celem było skomponowanie albumu opartego o improwizacje i odejście od typowych zasad aranżacji, krytyki nie kieruje w zamiary i aspiracje, lecz w wykonanie i końcowy efekt. Podczas gdy ograniczenie się do konkretnych środków przekazu w połączeniu z improwizacją może zaowocować czymś specjalnym, w tym przypadku zabieg nie zadziałał zbyt skutecznie. Dwudziestojednoletnia wokalistka i niewiele starszy Matt są jednak na tyle młodymi artystami, że z pewnością opanują w przyszłości tę sztukę w stopniu co najmniej zadowalającym. Ten trzynastotrackowy longplay to miła i satysfakcjonująca wycieczka po spektrum miękkich i przyjemnie brzmiących instrumentów, lecz podczas podróży zauważalny jest brak konkretnej wizji i umiejętności nadania charakteru zrealizowanemu materiałowi. Album, zupełnie jak głos Syd, jest dobry tylko do pewnego poziomu, którego nie jest w stanie jeszcze przeskoczyć.


Komentarze