Rick Ross
Mastermind (2014)
Maybach Music Group/ Def Jam

Nowy album Ricka Rossa to kolejny pokaz tego jak bogaty, majestatyczny i kompletnie bezrefleksyjny może być hip hop. Popisy lirycznej próżności i monotematyczności ze strony gospodarza zapełniają imponujące przepychem podkłady topowych producentów, a kupieni zaproszeni goście rzucają kompromitujące gospodarza wersy. Jak bardzo luksusowo wszystko wokół by nie brzmiało, mamy do czynienia z czysto rzemieślniczym rapowym albumem. OK, właśnie zrecenzowałem Mastermind. Przy okazji zrecenzowałem również poprzedni album Rossa, jeszcze wcześniejszy, oraz prawdopodobnie każdy jego następny.
Zaraz, zaraz, czymś na pewno nowy krążek Rozaya się wyróżnia, nie licząc braku kolejnej części „Maybach Music”. Choćby kontrowersyjnym od chwili zapowiedzi „Nobody”. Parafraza klasycznego utworu Notoriousa B.I.G. poza żenującym refrenem Frencha Montany nie wypada tak źle jakby mogło się wydawać — aczkolwiek trochę to smutne, że udawanie Biggiego to szczyt lirycznych umiejętności Rossa. Raper puszcza oczko do oldschoolowców jeszcze kilka innych razy. Jeśli raper chciał w ten sposób zaskarbić sobie ich zaufanie to obawiam się, ze efekt może być odwrotny.
„Sanctified”? Minimalistyczny westcoastowy banger od DJ’a Mustarda połączony z wokalami Betty Wright (prawdziwej Betty Wright, nie sampli wokalnych!) to chyba najbardziej kreatywna produkcja w całej dyskografii klawisza — szkoda tylko, że najmniej istotnym elementem tego utworu jest jego własna zwrotka. Blado wypadła też głośna kolaboracja z dawnym arcywrogiem, Young Jeezym. „War Ready” nie sprawia wrażenia wiekopomnego momentu dla historii południowego rapu, ale najzwyczajniej nudzi. Dodajmy jeszcze wyjątkowo dobre gościnne występy Jaya Z i Lil’ Wayne’a — i to już chyba wszystko, co zapamiętałem z sesji z Mastermind.
Nowy album Ricka Rossa to kolejny pokaz tego jak bogaty, majestatyczny i kompletnie bezrefleksyjny… oh wait. Odsyłam do pierwszego akapitu.



Komentarze