Wydarzenia

Recenzja: SOHN Tremors

Data: 12 kwietnia 2014 Autor: Komentarzy:

SOHN

Tremors (2014)

4AD

Między nową falą współczesnego R&B a jego amerykańskim rodzicem zdaje się zachodzić taka sama, a przynajmniej bardzo podobna zależność jak pomiędzy wyodrębnioną przed czterema dekadami europejską odmianą jazzu (zwanej czasem ECM-owską) i jej odpowiednikiem za oceanem. W obu przypadkach ewolucja gatunkowa toczy się właściwie dwutorowo: wizja amerykańska jest bliższa wieloletniej tradycji czarnej muzyki, a europejska chwyta się własnych, bardziej progresywnych korzeni — w przypadku jazzu — muzyki klasycznej, a przy R&B — elektroniki czy trip-hopu. Europejskie podejście do muzyki jest ponadto znacznie mniej bezpośrednie, subtelniejsze i stawia na zupełnie inne środki wyrazu. Niech najlepszym przykładem tej analogii będzie debiutancki krążek londyńczyka zamieszkałego na stałe w Wiedniu, tworzącego pod pseudonimem SOHN. Album Tremors został właśnie wydany przez bastion brytyjskiej alternatywy — 4AD. „The times they are a-changin” — cytat z Dylana aż ciśnie się na usta.

Choć Tremors jest płytą bardziej niż użyteczną w żmudnym i powoli postępującym procesie klasyfikowania nowego gatunku, jego artystyczna siła jest w istocie niewielka. SOHN uznał najwyraźniej za słuszne przepisanie na swój debiut w skali jeden do jednego stylu, który już kilka lat temu wykształcili James Blake, Jamie Woon i ich amerykańscy duchowi sojusznicy How to Dress Well czy The Weeknd. To samo w sobie nie stanowi zarzutu — największą ułomnością krążka jest dopiero utrata znacznej części subtelności, które nierzadko miały decydujące znaczenie dla wielkości nagrań jego poprzedników. To czyni Tremors przyjemnym, ale niedoskonałym i powierzchownym kontynuatorem nowobrzmieniowych tradycji.

W przeciwieństwie do Blake’a, który potrafi pisać kompetentne, nieoczywiste melodie, przyozdabiając je nierzadko jedynie symbolicznie syntezatorowymi pasażami, SOHN tworzy proste, ale nieszczególnie zapadające w pamięć piosenki, które zabarwia dopiero na etapie produkcji przy pomocy future garażowych aranży. Niedociągnięcia na poziomie wyrazu wykonawczego i melodii postanowił więc zakryć niezręcznymi glitchowymi zasłonami. Jego maksymalistyczne ciągoty prowadzą do zbyt wielu mechanicznych momentów i zdehumanizowanych loopów, które na tyle zakłócają przekaz wokalny, że Tremors staje się właściwie niezdatne do odbioru na poziomie emocjonalnym porównywalnym z płytami Blake’a. SOHN jest sprawnym wokalistą, ale brakuje mu charyzmy, dzięki której udałoby mu się skutecznie zwrócić na siebie uwagę słuchacza i przebić się przez syntezatorowy mur, którym się otoczył. Samo zestawienie jękliwego falsetu z post-klubową elektroniką w 2014 roku nie jest już wszak niczym nowatorskim. Najmocniejsze punkty krążka to paradoksalnie te, które bezpośrednio nawiązują do brzmienia brytyjskiej sceny R&B — „Artifice” to pod każdym względem skóra zdjęta z debiutu Jamiego Woona, a tytułowy numer mógłby bez wątpienia znaleźć się na debiucie Jamesa Blake’a w niemal niezmienionym kształcie.

Mimo licznych niedociągnięć, płyty słucha się całkiem przyjemnie i amatorzy europejskiej odmiany R&B z pewnością znajdą tutaj coś dla siebie. To z całą pewnością nie jest krążek, który jakkolwiek wpłynie na oblicze tegorocznej i przyszłej muzyki, ale jeden z wielu podobnych projektów na rodzącej się powoli scenie.

Komentarze

komentarzy