Wydarzenia

Recenzja: SZA Z

Data: 5 maja 2014 Autor: Komentarzy:

SZA

Z (2014)

Top Dawg

SZA zbiera literki. Po zeszłorocznej eSce przyszła pora na poważniejsze i bliższe koncepcji płyty długogrającej Z. Nie ma się co dziwić, że po pozytywnych recenzjach i umocnieniu się w świadomości odbiorców sceny alternatywnego R&B dziewczyna idzie za ciosem i kuje żelazo póki gorące.

Zwłaszcza, że w jej muzycznej koncepcji właściwie nic się nie zmieniło. I nie żeby miało. Nadal czaruje słuchaczy minimalistycznym syntezatorowym R&B, cloud rapową fantazją na neo-soulu i mgliście oplecionymi subtelnym wokalem bitami. Wciąż też jest przeciętną wokalistką o przyjemnej barwie głosu i dobrym songwriterskim zapleczu, która dzięki umiejętnym trickom produkcyjnym potrafi wyeksponować swoje atuty. Znacząco zmienił się natomiast jej entourage — od podpisania kontraktu z Top Dawg w otoczeniu piosenkarki pojawiło się sporo ciekawych osób, jak choćby jej utalentowany kolega z wytwórni — Isaiah Rashad, którego udziałem stał się jeden z niewątpliwie najmocniejszych punktów krążka, marszowo płynące „Warm Winds”. Na Z pojawiają się zresztą także dwie rapowe rewelacje ostatnich lat — Chance the Rapper i sam Kendrick Lamar, którzy swoimi krótkimi zwrotkami wnoszą na płytę znacznie więcej charakteru niż SZA w ciągu ponad 40-minutowego biegu albumu (pomimo swoich znaczących rozmiarów absurdalnie promowanego przez wytwórnię jako epka).

I właśnie to, co doskwiera temu materiałowi najbardziej to brak wyrazistości. SZA, mimo ogromnych aspiracji, tworzy raczej przyjemną muzykę do windy, aniżeli całościowo zajmujący, a co dopiero fascynujący, słuchacza materiał. Wyważona produkcja wraz z eterycznym wokalem piosenkarki składa się rzecz jasna na pewien ujmujący klimat, w którym jednak wszystkie istotne elementy, począwszy od songwritingu, przez charyzmę przekazu, aż po sam przekaz, nieodwracalnie gubią się i giną. Spod tej nieregularnie utkanej mgiełki da się jednak po kilku odsłuchach wyłowić kilka ciekawszych momentów, jak wyprodukowane przez Toro y Moi, elektryzujące „HiiiJack” czy oparte na „Mandocie” Marvina Gaye’a, jazzujące „Sweet November”.

Komentarze

komentarzy