
Zigmonty
Posiłki (2014)
Siła-z-pokoju

Czym się karmisz, człowieku? Czym? Czym wypychasz swe trzewia, słuchaczu płyty Posiłki, do której Zigmonty nakryły do stołu? Czy zgrzebny to posiłek, czy czekają cię wrzody — bo odgrzane kotlety rzadko na żołądek są balsamem?
Smaczne to, ale jakby już przez kogoś przeżute. Niby kolacja to obfita, a dań od siebie nie sposób odróżnić. Składniki Posiłków serwowanych przez krakowsko-gliwicki konglomerat opatrzyły się już dawno Sistars po Sile sióstr, przejadły się Fiszowi po Piątku 13, a i L.U.C wyczerpał wystarczająco na PyyKyCyKyTyPff to, co serwują nam Zigmonty — oczywiście w odpowiednio zbalansowanej formie.
Kulinarna przygoda zamienia się więc w podróż do lat dwutysięcznych, gdy mieszanka neo-soulu, hip-hopu i lingwistycznych harców (które u Białoszewskiego byłyby zaledwie wprawką) jakoś poruszały, coś tam szeptały o zmianie, o nowych kierunkach, o poszukiwaniu nowych brzmień. Od tego czasu minęła dobra dekada, a przez ten czas i kotlet stałby się podeszwą, a komponenty składające się na Posiłki zaczęły trącić wtórnością.
A szkoda, bo zadatki na kunsztownych kreatorów smaku wysłyszeć tutaj można. Smakowita sekcja dęta i wokal, który roztapia serce sprawdziłyby się na pewno w innej, mniej zapatrzonej w przeszłość konfiguracji. A wtedy już prosta droga od od od od mdłej wieczerzy do do do do artystycznego fajerwerku.


Komentarze