
Ariana Grande
My Everything (2014)
Republic

Nostalgiczny, niewinny i ściśle korespondujący z latami dziewięćdziesiątymi — taki był świat Ariany Grande jeszcze rok temu, gdy nagle pojawiła się wśród wschodzących gwiazd muzyki pop. Na debiutanckim albumie prezentowała się jako spadkobierczyni stylistyki Mariah Carey, dziedziczka wspaniałego głosu i cukierkowego uroku, podążająca na przekór współczesnym trendom. I choć staroświecki i nieco naiwny obraz namalowany przez Arianę okazał się strzałem w dziesiątkę, to ciężko było uwierzyć, że przetrwa on w starciu z tym, czego od młodej wokalistki oczekiwałby główny nurt muzyki rozrywkowej.
Na My Everything Grande łączy style i nastroje — jedną ręką chwyta się jeszcze swoich wzorców z minionych dekad, ale jednocześnie wykonuje zdecydowany krok w przyszłość. Nie dziwi więc obecność takich utworów, jak EDMowe „Break Free” i stworzone we współpracy z Davidem Guettą „One Last Time”, w którym zwrotki można bez problemu skojarzyć z „Take Care” Drake’a i Rihanny. Amerykanka mknie przez kolejne kawałki, przy okazji angażując się w duety z całą śmietanką wykonawców, o których obecnie głośno. Pojawia się tu The Weeknd w niecodziennej dla siebie, słodkiej i nieco 80’sowej, naprawdę przyjemnej roli oraz Iggy Azalea, z którą Ariana nagrała jeden z największych tegorocznych przebojów. Nie można nie odnieść wrażenia, że Grande jest odrobinę zagubiona pośród zbyt dużej ilości producentów, tekściarzy i innych współautorów jej drugiego albumu. Znika gdzieś w tym tłumie, co więcej — właściwie traci charakter, a jej wokalny występ jest dużo bardziej bezbarwny niż ten zaprezentowany rok wcześniej. Największym zarzutem wobec My Everything jest właśnie pewnego rodzaju bałagan, połączenie wszystkiego w przebojowe nic. Ariana nie decyduje się na zostanie wyłącznie królową dyskotek, nie rezygnuje też z kompozycji inspirowanych najlepszymi latami R&B, a dodatkowo gdzieniegdzie przemyca jakąś tam balladę do zapomnienia.
Grande chce mieć wszystko. I najprawdopodobniej to dostanie. Jej potencjał jest ogromny — frazowanie w świetnym „Be My Baby” nagranym z Cashmere Catem zachwyca, a „Break Your Heart Right Back” mimo ogranego sampla z Diany Ross wypada niezwykle uroczo na tyle innych, tegorocznych utworów z głównego nurtu R&B. Ariana to nadal znakomita wokalistka, lecz wyraźnie niezdecydowana i spłaszczona przez dopieszczone produkcje. Tematycznie nadal nie wychodzi poza granicę nastoletniego wieku, choć jej wyśniony chłopak jest teraz tym złym, który potrafi złamać serce i zafundować przejażdżkę emocjonalnym rollercoasterem. Mimo zapowiedzi My Everything nie przedstawia Amerykanki jako dojrzalszej. Dosyć niezręcznie brzmi najbardziej seksualne na płycie „Hands on Me”, a dużo mniejsza spójność niż w przypadku Yours Truly zaprzecza twierdzeniu, że Grande stała się artystką bardziej świadomą.
Ariana bez wątpienia poszukuje swej drogi i miejsca w muzycznym świecie. Nie należy zapominać, że wywodzi się z tej samej grupy co Miley Cyrus czy Selena Gomez, więc ją także czeka przemiana z nastolatki w kobietę. Właściwie ta metamorfoza dokonuje się na naszych oczach i w porównaniu do koleżanek jest ona najmniej drastyczna i szokująca, a bardziej stonowana, taka w stylu „I’m Not a Girl, Not Yet a Woman”. Ważne, że Grande próbuje wykorzystać swój czas. My Everything to może nie szczyt marzeń, nie to, na co można było liczyć, ale to zdecydowanie jedna z najlepszych popowych płyt tego roku. To zbiór udanych, wpadających w ucho kompozycji — to kolekcja na teraz, na ten sezon. I w tej niezobowiązującej konwencji Amerykanka znowu się sprawdza, co potwierdza chociażby singlowe „Problem”. Mariah Carey najprawdopodobniej ma najlepsze chwile swojej kariery za sobą. Ariana — mam nadzieję — jeszcze przed. I to jeden z powodów, dla których nadal warto uważnie się jej przyglądać.


Komentarze