Wydarzenia

Recenzja: Ciara Jackie

Data: 5 maja 2015 Autor: Komentarzy:

Ciara

Jackie (2015)

Epic

Bardzo chciałbym kiedyś móc z czystym sumieniem stwierdzić, że oto Ciara wreszcie wydała płytę, która w pełni odzwierciedla drzemiący w niej potencjał. Potencjał, który, trzeba przyznać, objawia się bardzo różnorodnie i także z tego powodu jej dotychczasowej karierze zdaje się przyświecać określenie hit-or-miss. Niestety każdy celny strzał w jej przypadku okupiony jest przynajmniej kilkoma pudłami, ale za to, jeśli trafia w tarczę, to zazwyczaj w samo sedno.

Tak było z promującym Jackie singlem „I Bet” będącym być może najdojrzalszym, najbardziej elokwentnym i najbardziej osobistym momentem jej dyskografii, a ukrytym w prostej, niemal akustycznej formie R&B-popowej ballady, na tyle jednak plastycznej, że da się ją z powodzeniem przekuć na rasowego dancefloor killera, co stało się ciałem w nieuwzględnionym na trackliście Jackie remiksie z towarzyszeniem T.I.’a. Numer, kontynuujący z powodzeniem tradycję rewelacyjnego „Body Party”, był znakomitym zwiastunem płyty, która, zgodnie z doświadczeniem (ale zdrowym rozsądkiem już niekoniecznie) nie mogła okazać się przełomem. I niestety przełomu nie ma — jest Ciara ze swoimi wzlotami i upadkami w niezbyt koherentnej całościowo mieszance bardziej i mniej klasycznego R&B, które, i to należy od razu zaznaczyć, ani razu jednak nie przekracza granicy dobrego smaku.

Nie robi tego nawet zadziorne, dyskotekowe „That’s How I’m Feelin'”, które dla każdego rozumnego słuchacza musiało wydać się odrobinę podejrzane, gdy na trackliście przy tytule pojawiło się nazwisko Pitbulla. Ten być może prewencyjnie został na szczęście bezpardonowo zamknięty w niespełna półminutowym mostku w połowie utworu, z którego aż do samego końca nie udało mu się wymknąć. Większą szkodę wyrządziły tu natomiast powierzchownie melodyjny refren i równie generyczna produkcja. To jest zresztą największą bolączką płyty, na której ciekawe rozwiązania w tym zakresie można policzyć na palcach jednej ręki. Ale czego się spodziewać, jeśli za większość utworów na krążku odpowiadają Dr. Luke i Harmony Samuels, a z istotnym wyjątkiem „I Bet”, najciekawsze propozycje wyszły spod palców, emerytowanego wydawałoby się, Polowa da Dona i produkcyjnego duetu The Underdogs. Słuchając szóstego już krążka Ciary, ponad 10 lat po jej hitowym debiucie Goodies, niestety odnoszę wrażenie, że mimo pewnych zawirowań, niewiele się u niej muzycznie zmieniło — crunk umarł, ale składniki, z których wokalistka buduje swoją muzykę pozostają w dalszym ciągu takie same — zmienia się tylko forma i określające ją kolejne etykietki. No i naturalnie macierzyństwo zobowiązuje — Ciara, jak każda świeżo upieczona śpiewająca mama, zapotrzebowanie na hymn celebrujący nowo odkryty sens życia zgłosiła u nieśmiertelnej Diane Warren.

Wcześniej jednak udaje się jej zaprezentować kilka udanych refrenów — najpierw w dość kanciastym, ale nigdy klaustrofobicznym umiarkowanie klubowym bangerze „Stuck on You”, a następnie w wywołanym już wcześniej pośrednio „Fly” rytmicznie nawiązującym do klasycznego już „1, 2 Step”, ale w swoim wyjątkowo chwytliwym hooku sięgającym znacznie dalej. Wisienką na torcie pozostaje natomiast utwór, który bezceremonialnie odrzucono przy okazji poprzedniego krążka, mimo że pierwotnie miał przecież być jego najważniejszą, bo tytułową, częścią — „One Woman Army”. Śmiała maksymalistyczna produkcja, energiczny bit i refren, równie ekspresyjny co w zeszłorocznym megahicie Ariany Grande „Break Free”, mogą sugerować EDM-owy banger, ale w wykonaniu Ciary, mającej już na swoim koncie numery takie jako „Work” czy „Turntables” (z być może najlepszego jak dotąd w jej dyskografii, choć nadal nierównego Fantasy Ride), to raczej wersja beta kolejnej odsłony współczesnego R&B.

Komentarze

komentarzy