Snoop Dogg
Bush (2015)
Doggystyle/I Am Other/Columbia

Snoop Dogg robi co chce i tylko spróbujcie mu tego zabronić! Kalifornijski raper od ponad dwudziestu lat nieustannie każe zaliczać się do grona najbardziej rozpoznawanych reprezentantów hip hopu, a od kilku lat wyraźnie daję nam znać, że osiągnął w nim wystarczająco wiele. Na jego przygody z country albo reggae patrzyliśmy z politowaniem, ale i z sympatią, tak jak na jego problemy z odróżnieniem fikcji od rzeczywistości. Bush to kolejny taki eksperyment, ale tym razem nawet przynoszący pożyteczne rezultaty. Tylko czy aby na pewno jest to eksperyment? W końcu hip hop zawsze grał do jednej bramki z funkiem, prawda?
Najbardziej cieszy mnie fakt, że Calvin Broadus dokonał czegoś, czego nie był w stanie zrobić od czasów No Limit Records, a może nawet od legendarnego Doggystyle’a. Nagrał spójny album. Większość jego ostatnich rapowych albumów przypominała bardziej mixtape’y przepełnione losowo dobranymi do siebie utworami i gościnnymi występami kogo tylko dało się zaprosić. Tutaj, przez czterdzieści jeden minut (doskonała długość albumu przypominająca o czasach, gdy winyl był standardowym nośnikiem) mamy do czynienia z koherentną wiązką utworów powstałych podczas tych samych sesji, w towarzystwie tych samych ludzi. Pojawia się tutaj nawet mniej ostatnio chętny do współpracy z Williamsem Chad Hugo i dosadnie nam przypomina, że nie ma to jak The Neptunes. Chociaż niektóre instrumentale mogą brzmieć aż zbyt podobnie do siebie, to wszystkie zostały dopracowane. Przede wszystkim pod względem low endów, co przecież w funku jest sprawą priorytetową.
Sam Snoop jak to Snoop. Musiałem się zastanowić, czy jest on główną wadą czy zaletą albumu, ostatecznie postawiłem jednak na to drugie. Tekściarzem nigdy nie był wybitnym, a jego wokale są tym lepsze im mocniej podbite przez Charliego Wilsona i innych drugoplanowych bohaterów. Jego niestarzejący się luz, dystans, humor i pewność siebie wciąż jednak mają swój urok, a wyjątkowo słoneczny charakter albumu to jeszcze bardziej sprzyjająca okoliczność. Ze wszystkimi jego plusami ujemnymi i plusami dodatnimi, ciężko mi wyobrazić sobie innego emcee gospodarującego te podkłady za pomocą swej osobowości. Dobrze, że Rick Ross i Kendrick Lamar pojawiają się dopiero na końcu płyty, ich pojawienie się w połowie zbyt mocno wytrącałoby nas z klimatu.
Powiedzmy to co trzeba powiedzieć. Funkującym ekscesom Snoop Dogga i kolegów daleko jest do poziomu klasyków gatunku, a całość płyty uszyta została z dobrze przetestowanych, znanych z disco i p-funku patentów. Bush to także produkt koniunkturalny, bo przecież Snoop na pewno nie zrobiłby nagle całego albumu z Pharrellem, gdyby nie sukcesy „Blurred Lines” i „Happy”. Nawiązując po wcześniejszej twórczości tego duetu, nie znajdziecie tutaj niczego tak zaraźliwego jak „Signs”, tak seksownego jak „Beautiful”, ani tym bardziej tak awangardowego jak „Drop It Like It’s Hot”. To wszystko jest prawdą, tylko co z tego? Snoop Dogg dostarczył nam kawał po prostu dobrej rozrywki, a w lidze przebrzmiałych, wypłukanych z ambicji legend taki wyczyn to jest całkiem niezły wyczyn.



Komentarze