Wydarzenia

Recenzja: V V Glitch

Data: 16 listopada 2015 Autor: Komentarzy:

avatars-000171289904-81htrg-t500x500

V V

Glitch (2015)

Yoy Records

Brytyjka chowająca się pod pseudonimem VV Brown jest niezwykle charyzmatyczną i oryginalną osobowością. Wyraz tego dała na debiucie Travelling Like The Light, gdzie pokazała swój indywidualizm i pierwsze syndromy młodzieńczego buntu. Już wtedy dała się poznać jako zadziorna dziewczyna, która nie waha się sprzeciwić panującej niesprawiedliwości. Na Samson & Delilah nie zabrakło pomysłowości i oryginalnego brzmienia, dzięki czemu wydawnictwo nie jest udziwnione czy przejaskrawione. Brown zaczęła wówczas eksperymentować z wokalem, który przypominał głosy z kościelnych chórów, ale nie był jednocześnie efekciarskim chwytem. Glitch kontynuuje tę tradycję, ale klerykalne brzmienie przeradza się w groteskową demoniczność, co może wprawić słuchacza w przerażenie. Zdaje się wręcz, że artystka swoim głosem, sprzeciwiającym się złu tego świata, zabrnęła o jeden krok za daleko. To prawie tak, jakby skracając swój pseudonim do V V pozbawiła jednocześnie najnowszy album dobrego smaku.

Glitch jest przekombinowanym zbiorem niezrozumiałych i nazbyt futurystycznych kompozycji. Jest swoistym śmietnikiem, do którego wrzucona została mieszanka klubowego, dance-popowego brzmienia oraz elektrycznej gitary, czego przykład słychać w „Money Sex Power”. Na domiar złego całość okraszona została techno-operowym wokalem V V rodem z horroru. Pomimo bogactwa nut, album jest jednostajny i monotonny z nielicznymi tylko przerywnikami w postaci ballady „Ultraviolet” czy promocyjnego tanecznego singla „Shift”. Zbyt eksperymentalny charakter płyty i powtarzalność dźwięków powoduje otępienie i groźbę popadnięcia w niebezpieczny trans. Na jednym krążku nagromadzona została taka dawka negatywnych zjawisk i emocji, że nie sposób udźwignąć tego ciężaru, a wszechobecny hałas i sakralny wokal powodują przygnębienie i smutek. Nieprzyjaznych zjawisk nie przedstawia się wprawdzie przy pomocy entuzjastycznej muzyki i wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że świat nie zmierza w dobrym kierunku, ale chaotyczny i nazbyt awangardowy sposób wyrazu jest przytłaczający. Panujący na krążku gwar porównać można do ulicznego zgiełku, z którym spotykamy się na co dzień, a nie potrzebne jest kolejne bombardowanie słuchacza i tak już obciążonego negatywnymi informacjami płynącymi z każdego źródła. Można pokusić się o porównanie Brytyjki do Dawn Richard z tą jednak różnicą, że o ile równie oryginalna Amerykanka na swojej płycie Blackheart potrafiła nagromadzone w sobie negatywne emocje w sposób przyjazny dla ucha zaprezentować przy pomocy mocnego wokalu i nowoczesnej produkcji, o tyle Brown w krzykliwy sposób próbuje zmusić słuchacza do swoich racji, nie pozostawiając mu możliwości wyrobienia własnego zdania.

VV Brown jest w pełni świadoma problemów z jakimi obecnie zmaga się świat, a za swoją działalność charytatywną powinna zostać nagrodzona. Jednak przy całej tej walce z niesprawiedliwością zabrnęła za daleko, a próba wyjścia poza schemat i wojowniczo-rebeliancka postawa do rzeczywistości skończyła się deformacją jej oryginalności i popadnięciem w dziwactwo. Zamiast nękać i atakować słuchacza negatywnie nacechowanymi utworami, z których głos oburzenia wylewa się z każdym wersem, V V powinna skupić się na pozytywnych aspektach swojej działalności i odnaleźć w sobie siłę do tworzenia budujących i optymistycznych utworów lub przynajmniej w sposób zrozumiały dla innych opowiedzieć o nurtujących ją, ważnych zagadnieniach.

Komentarze

komentarzy