Ty Dolla $ign
Free TC (2015)
Atlantic

Tytuł, okładka, historia z przedstawieniem tracklisty przez telefon — dedykacja dla uwięzionego brata zdominowała okoliczność premiery albumu Ty Dolla $igna. To piękny gest, który mógł jednak narazić promocję oczekiwanego przez słuchaczy debiutu, potencjalnie niesłusznie odebranego jako wydawnictwo okolicznościowe. Dowodzi to też trochę o pewności siebie i charakterze Kalifornijczyka, a na pewno dowodzi tego sama muzyczna zawartość. Jeżeli artysta na swój pierwszy longplay zaprasza gości do prawie każdego utworu i nawet przez chwilę nie daje zapomnieć kto jest gospodarzem — oznacza to, że Tyrone Griffin coś faktycznie musi w sobie mieć.
Mój główny problem z Ty$em był do tej pory taki, że ciężko było sklasyfikować i ustalić czy jest on jeszcze raperem, czy już wokalistą r&b. Na Free TC muzyk wciąż stara się zaprowadzić pokój między dwoma światami, ale tym razem już wiem, który z nich jest jego planetą-matką. Ty$ to jednak bardziej romantyczna (na swój sposób) ballada w akompaniamencie akustycznej gitary Babyface’a. Ty$ to natchnione gospelem „Miracle” poprawione powodującym dreszcze prince’owskim falsetem w „Whenever”. Ty$ to duet z R.Kellym, w którym jesteśmy świadkami spotkania ucznia ze swoim mistrzem. Ty$ to posiadacz nieciekawego, przepalonego, raperskiego głosu, który jednak potrafi obrócić w atut i wykorzystać jego potencjał w stu procentach. No i sprawić, że każdy napisany przez niego hook przez długi czas pozostanie w naszej pamięci.
Trochę słabiej jest z samymi tekstami. Poza kilkoma motywacyjnymi hymnami i garstką obserwacji na temat rodzinnego miasta, muzyk stara się być następcą późnego Kelly’ego w kategorii dość powierzchownego poruszania spraw damsko-męskich. Kochanki czekające w każdym amerykańskim mieście, bezpruderyjny seks w łazience, oraz niepalenie zioła w domu matki dziewczyny jako szczyt możliwości zaangażowania w poważniejszy związek (serio). Owszem, jest to wszystko konsekwentne i całkiem wiarygodne, a Ty$ nie musi starać się być kimś innym nagrywając posse-cut ze swoimi rapowymi znajomymi. Wciąż jednak warstwa tekstowa pozostaje ostatnim z powodów, dla których można by sięgnąć po album.
Natomiast sama produkcja kusi na prawie każdym kroku. Jeśli odstrasza was wieloletnia znajomość muzyka z oszczędnym DJ Mustardem, możecie ten strach przełamać. Sam Dijon produkuje tylko dwa utwory, zresztą w obu dając z siebie trochę więcej niż zazwyczaj. Dominują tutaj jednak kompozycje pełne duszy, przestrzeni i troski o drobiazgi. Instrumentale czerpią inspiracje głównie z r&b lat dziewięćdziesiątych, ale nie brakuje w nich eksperymentalnego neo-soulu (Sa-Ra i Thundercat w outro), lokalnego patriotyzmu w postaci g-funkowych elementów i wstawek z talkboxem (Battlecat!), a staranne smyczkowe wykończenia nadają nastrój rodem z barokowego popu. Czasem trafi się prosty trapowy banger, ale nie szkodzi — przykładowo „Blasé” jest tak brutalnie ascetyczne, że aż awangardowe i hipnotyzujące. Tak szczerze to jedynym poważnym grzechem muzycznym jest tutaj „Bring It Out To Me”, które zbyt niebezpiecznie zbliżyło się do retoryki Davida Guetty i radia Eska.
Free TC to materiał pełen sympatycznych niespodzianek i drobnych rozczarowań. W ostatecznym rozstrzygnięciu jestem jednak bardzo pozytywnie zaskoczony Tyrone’em i jego zawartą na debiucie ofertą. Wydawanie pierwszego albumu dopiero w wieku 30 lat mogło się wydawać dziwne. Sądzę jednak, że artysta wybrał właśnie odpowiedni moment i optymalnie spożytkował nabyte wcześniej doświadczenie.



Komentarze