
Jonathan McReynolds
Life Music: Stage Two (2015)
Entertainment One Music

Kiedy w 2012 roku ukazał się album Life Music, nikt nie spodziewał się, że napisany przez ówczesnego studenta krążek zadomowi się na playlistach i w sercach słuchaczy na długi czas, a utwory takie jak „No Gray” czy „Lovin’ Me” będą rozbrzmiewać z głośników amatorów różnych gatunków muzycznych. Z uwagi na to, że minęły trzy lata, warto zrobić rachunek zmian, który prezentuje się następująco — Jonathan McReynolds nie jest już studentem, stał się natomiast ikoną współczesnej muzyki gospel i został pokochany przez przemysł muzyczny, z artystami światowego formatu włącznie. Na jego koncie pojawiło się kilka znaczących wyróżnień (m.in. nominacja do Stellar Award), a jego najnowsza płyta Life Music: Stage Two jest tematem tej recenzji.
Na kolejnym etapie muzycznej wędrówki młodemu artyście z Chicago towarzyszą takie nazwiska jak India.Arie, Israel Houghton oraz Warryn Campbell, których nietuzinkowe głosy i talenty ubogacają zarówno poszczególne utwory, jak i cały album. Jednak to nie znani artyści czynią Life Music: Stage Two płytą, obok której nie można przejść obojętnie, a talent i oddanie Jonathana McReynoldsa, dzięki czemu wszystkie warstwy — muzyczna, tekstowa i duchowa, tak ważne w muzyce chrześcijańskiej, współgrają ze sobą, tworząc spójną i bogatą całość. Trudno nie zgodzić się, że McReynolds jest m.in. artystą gospel, tak samo jak trudno przystać na to, że zaprezentowane na płycie trzynaście piosenek zalicza się tylko do tego gatunku. Otóż utrzymane w delikatnym, akustycznym i popowym brzmieniu „Maintain” znajduje się w sąsiedztwie energetycznych, zatopionych w contemporary christian music „Got My Love” czy „Christ Representers”, gdzie refreny aż proszą się o odśpiewanie przez publiczność na wielkim stadionie. Również bardzo melodyjne i wpadające w ucho „Gotta Have You” lub zarażający pozytywną energią soulowy i bogaty instrumentalnie „Oh!”, które są niczym innym jak materiałem na hity, stanowią kontrast dla ciepłych, otulonych słodyczą i przemyślanymi tekstami ballad, których nie powstydziłby się Jason Mraz („Whole” z Indią.Arie).
Nie bez przyczyny kilka linijek wyżej napisałam, że Jonathan McReynolds jest m.in. artystą gospel. Słuchając drugiego wydawnictwa spod jego ręki, coraz trudniej jest mi się zgodzić z kwalifikowaniem go wyłącznie jako przedstawiciela gatunku, bo zaprezentowany repertuar, choć czerpiący z wielu stylów (o czym można się przekonać w zamykającym płytę „Jesus”), jest wyraźnie zwrócony w kierunku contemporary christian music.
Kolejny krok na muzycznej ścieżce Jonathana McReynoldsa to dowód na to, że ten młody chłopak, który przed trzema laty stał się uosobieniem świeżości i zapowiedzią nowego w muzyce gospel, wszedł na kolejny poziom, na którym jego talent i wiara objawiają się ze zdwojoną siłą. Tylko jedno na pytanie wciąż nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi — czy to jeszcze gospel?


Komentarze