Wydarzenia

Recenzja: Rick Ross Black Market

Data: 12 grudnia 2015 Autor: Komentarzy:

digit

Rick Ross

Black Market (2015)

Maybach Music

Mimo drastycznych spadków sprzedaży, kilku kontrowersyjnych wersów i decyzji prywatnych, pozycja Rick Rossa na scenie hip-hopowej wydaje się być stabilna. Głowa Maybach Music bacznie śledzi bieżące trendy, dostosowując zawartość swoich projektów do sytuacji rynkowej, opierając je każdorazowo na formule balansu najnowszych patentów i charakterystycznego, zbudowanego na błyszczącym przepychu warstwy muzycznej, południowego stylu produkcji. Specyficzne, bluesowe, chropowate flow prowadzi utwory przez gęstwinę raz nijakich i durnych, a raz błyskotliwych i ciętych linijek. Plejada gwiazd gościnnie, zastęp najgorętszych producentów, przebojowe single — układ powtarza się z każdym kolejnym wydawnictwem. Niestety taka tendencja skutkować może tylko lenistwem i śmiercią kreatywności.

Po fatalnym, ubiegłorocznym Mastermind wartość artystyczna muzyki rapera z Miami nie mogła upaść niżej, aby nie zacząć obawiać się o dalsze losy swojej kariery. Kolejne, całkiem zjadliwe albumy i mixtape’y przyprowadziły Rozay’a z powrotem do jego klasycznego schematu i niezłego poziomu. Jednakże od czasów God Forgives, I Don’t z 2012 roku, twórczość artysty nie zasługuje na inny przymiotnik, aniżeli przyzwoity. Na swoim najnowszym krążku Black Market Ross bardzo topornie odtwarza to, co sprawiało, że jego albumy były smaczną porcją wygodnej rozrywki.

Najlepsze pozycje z płyty spokojnie mogłyby znaleźć się na innych czołowych materiałach rapera. Przyciągają ucho ładnym, żywym brzmieniem i przytulną przestrzenią, aczkolwiek nie wprowadzają nawet najmniej odczuwalnego powiewu świeżości. Charyzma zmusza do koncentracji na każdej zwrotce, a przemyślane aranżacje celnie uzupełniają wizję gospodarza. Pięknie brzmiące bębny i zdumiewająco płynne linie basowe takich numerów jak „Silk Road”, „One of Us” z kapitalną zwrotką gościnną Nasa, „Black Opium” z pomysłowym jak dawniej DJem Premierem, czy bezkompromisowo bujające „Foreclosures” bez wątpienia wwiercają się w pamięć na długo po ich zakończeniu. Jest to niestety bardzo ładnie opakowana kopia wszystkiego, co słyszeliśmy na albumach sprzed pięciu czy nawet siedmiu lat.

Kolejną, prawdopodobnie najwyraźniejszą wadą Black Market są nowoczesne, minimalistyczne cykacze, które nigdy nie były mocną stroną reprezentanta Florydy. O takich kawałkach jak „Color Money”, „Ghostwriter” czy „D.O.P.E.” chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. Pomimo przepastnej, świetnej rzemieślniczej roboty w zdecydowanie dobrym guście, mając w pamięci poprzednie dokonania Rick Rossa, naprawdę ciężko oddać się tym najmocniejszym fragmentom w większym stopniu, aniżeli jednorazowemu przesłuchaniu (poza drobnymi wyjątkami). Owszem, szanujmy dobrze wykonaną pracę, ale konsekwentnie gańmy powtarzalność i odcinanie kuponów od uprzednio uzyskanej przy okazji bezpośrednio następujących po sobie bliźniaczych projektów, jakości.

Komentarze

komentarzy