blackstreet

BJ the Chicago Kid coveruje Blackstreet

bj

Gdzie by ostatnio nie spojrzeć, inspiracje muzyką R&B lat dziewięćdziesiątych widoczne są wszędzie. Nawet BJ the Chicago Kid, związany bardziej z neo-soulem (neo-neo-soulem?) znalazł chwilę przerwy w trakcie promocji nadchodzącej nowej płyty, by zaprezentować nam taki oto akustyczny występ. Zanim „No Diggity” zawładnęło listami przebojów na całym świecie, to właśnie „Before I Let You Go” było najważniejszym singlem grupy Blackstreet. BJ całkiem skutecznie przypomina nam dlaczego. Aha, data premiery jego debiutanckiego albumu In My Mind wciąż nie jest znana.

Recenzja: Angie Stone Dream

Angie Stone

Dream (2015)

Shanachie

Angie Stone nie trzeba nikomu przedstawiać. Każdy fan czarnych brzmień powinien ją kochać, a przynajmniej szanować. Z jej muzyki płynie prawda i szczerość od samego początku kariery. Nigdy nie usiłowała przebić się na pierwsze miejsca list przebojów eksponując swoje ciało i nie godziła się wypuszczać średniej wartości materiału zapakowanego w ładne pudełko. Zaskarbiła sobie przez to uwielbienie publiczności. Jako przedstawicielka neo soulu od chwili debiutu nie zdradziła tego gatunku, a jako była życiowa partnerka D’Angelo i autorka kompozycji dla wielu artystów, zyskała uznanie również w środowisku twórczym. Po mało udanym, nazbyt nowoczesnym, ale niezmiennie inteligentnym krążku Unexpected, Angela powraca z nowym wydawnictwem Dream, pokazując niebywałą formę i wojowniczość.

Występ w R&B Divas, zerwane zaręczyny i problemy z córką sprawiły, że media zaczęły nieustannie interesować się życiem Stone, która za bardzo dała się wciągnąć w przemysł muzyczny. Jak sama mówiła „Miałam wrażenie, że ludzie chcą słyszeć tylko złe wieści o mnie, a nie dobre”. Zrezygnowana, postanowiła zrobić krótką przerwę, odpocząć i popracować nad tym, co kocha robić najbardziej, czyli nad nową muzyką. W tym czasie spotkała na swej drodze producenta Waltera Milsapa III, który wskrzesił w niej iskrę nadziei i przywrócił życiowy entuzjazm. Dream jest niezwykle dojrzałym albumem, stworzonym w chwili zwątpienia i przemyśleń o przeszłości. Jest również manifestem wolności i walki o marzenia. Z jednej strony Angie ukazuje swoją swobodną i dyskotekową odsłonę w funkowym „Dollar Bill”, gdzie nie skupia się na poszukiwaniach odpowiedniego partnera, z drugiej zaś seksowną i zmysłową, dając się ponieść fantazjom w tytułowym kawałku. W utworze „Forget About Me” przywołuje demony przeszłości, wypominając związek z D’Angelo — to deklaracja nieustającej miłości, ale też podkreślenie, jak bardzo twórczy był ten etap jej życia. Na uwagę zasługuje duet z Davem Hollisterem z dawnej formacji Blackstreet, z którym w balladzie „Begin Again” wokalistka stworzyła niezwykle romantyczny klimat przy akompaniamencie pulsującego bitu i przenikliwych bębnów. Wiodącym i najbardziej charakterystycznym elementem wydawnictwa jest aksamitny wokal artystki, który z jednej strony waleczny, z drugiej liryczny, w niezwykły sposób potrafi połączyć tradycyjne nuty z nowoczesnym brzmieniem R&B. Ten stylowy głos lśni i wynosi soul na wyżyny jakości muzyki.

Wspominane przeze mnie wcześniej obawy przed wydaniem kiepskiej płyty spod skrzydeł wytwórni Shanachie nie sprawdziły się. Angie bezsprzecznie kroczy własną ścieżką i, wychowana w muzycznej rodzinie gospel, nie poddaje się obecnie panującym trendom. Wydawnictwo osadzone między nowoczesnym Unexpected a tradycyjnym The Art of Love & War jest solidne zarówno pod względem gatunkowym (artystka pozostaje wierna swoim muzycznym korzeniom), jak i pod względem tekstowym, gdzie Stone prezentuje wysoką formę i zadziorność. Łatwo jest zdobyć uznanie śpiewając smutne utwory, ale żeby były autentyczne, trzeba przejść przez setki życiowych prób. Stojąc na rozdrożu, artystka potrafiła rozliczyć się z nieszczęściami i pokazać je światu już jako kobieta bogata w doświadczenia i świadoma swoich wartości. Jej naturalność przekształciła się w fenomen, dzięki czemu do dziś pozostaje symbolem do naśladowania dla wielu ludzi.

Video-wywiad: Blackstreet (MERJ)

Blackstreet
Trochę nam się zeszło, ale jest! Video-wywiad z Blackstreet (MERJ) do obejrzenia po skoku. (więcej…)

Teddy Riley reaktywuje Blackstreet i Guy?


Na to wygląda. Teddy Riley – jedna z ikon współczesnego r&b, ojciec chrzestny New Jack Swingu – w jednym z ostatnich wywiadów otwarcie wypowiedział się na temat powrotu dwóch kultowych zespołów, do których należał. Według zapewnień muzyka prace nad nowym albumem Blackstreet już trwają. Z duma oświadczył, że prace te związane są z konkretną wizją całości, nie z sytuacją, że wpadli na pomysł jednego singla i kombinują czym zapełnić resztą krążka. Myślę, że takiemu perfekcjoniście jak Riley można tutaj zaufać i uwierzyć, że faktycznie tak jest. Jeśli chodzi o reaktywację Guy, to póki co nie dotyczy ona nowych nagrywek, ale planów wyruszenia tria w pierwszą od dawna wspólną trasę koncertową, w której miałaby uczestniczyć również inna legenda r&b – New Edition. Na koniec mała wycieczka przez produkcyjne c.v. bohatera newsa.

Throwback video: Blackstreet

Po dwóch miesiącach odcięcia od świata powracam do was radośnie : ) Nie wygląda mi na to, żeby ktoś za mną tęsknił. Cieszę się jednak, że się nie nudziliście. Nie wiem czy znajdę  teraz dla siebie miejsce na stronie bo w końcu aaktt pisze najlepsze recenzje, emm! jest najbardziej zgryźliwa, Lejdi K najmocniej promuje polską muzykę, stereo robi najlepsze wywiady a Filip zasypuje was newsami (to wszystko wnioski z komentarzy czytelników). Będę się jednak rozpychać łokciami żeby gdzieś się w tę rozpędzoną maszynę medialna wcisnąć.

Na powitanie coś, czego słuchałam kiedy zabrakło mojego starego komputera, który  musiałam zostawić u mamy. Uzupełniałam wówczas swoje zbiory płytowe i grzebałam w tych nagraniach, które już posiadam. Trafiłam na Blackstreet. I to wcale nie na utwór „No Diggity”. A no i to jest oczywiście dział Throwback video a nie Krok w tył. Kroki w tył i na boki mogą robić inni. Ja idę do przodu.

Radio 1 Established 1967

Brytyjskie Radio 1 świętując swoje 40 urodziny wydało specjalne wydawnictwo, na którym 40 współczesnych, młodych i oryginalnych wykonawców zabrało się za swoje wersje przebojów z 40 lat istnienia tegoż radia. Czego i kogo my tu nie mamy ! Od Girls Aloud ze swoją interpretacją Teenage DirtBag grupy Wheatus, przez Jamesa Morrisona, Robbie’ego Williamsa, aż po takie indie grupy jak Klaxons (których uwielbiam!) czy Maximo Park wykonujące przeboje … R&B ! Wydaje się to być całkiem nteresujące, non? Nie dość, że sam pomysł świętowania urodzin stacji jest niebanalny, to wszyscy uwielbiamy chyba covery, bo jak to mawiał inżynier Mamoń, najbardziej w ucho wpadają te rzeczy, które już raz się słyszało. Niestety przerażająca większość nowych wersji utworów zawartych na albumie Radio 1 Established 1967 jest nudna, wtórna i na wspomnienie o oryginale, aż żal wiadomo co ściska. Jednak jest na nim kilka utworów zasługujących na uwagę i parę słów omówienia. A zatem do rzeczy:
The Streets „Your Song” – Jestem bardzo wyczulona na wszelkie interpretacje tego utworu, ponieważ Your Song Eltona Johna to moim zdaniem jedna z najpiękniejszych piosenek w naszej galaktyce. Wersję Ewana McGregora z filmu Moulin Rouge chcę mieć puszczoną na pogrzebie, ewentualnie na jakimś mym ślubie, jeszcze nie zdecydowałam. Skubaniec Skinner ma szczęście, bo wyszedł z tego trudnego zadania obronną ręką i słysząc jego cover nie myślę, aby zesłać na niego pruszkowsko-londyńską mafię w celu wiadomym. Streetsy, jak już udowodniły chociażby w Never Went To Church, potrafią być liryczni i uroczo sentymentalni. Taka jest także ta interpretacja Your Song. Zdecydowanie warto się z nią zapoznać.

Maximo Park „Like I Love You” – Ronię łzę nad brakiem charakterystycznego uderzenia The Neptunes w tym kawałku, bo perkusja w porównaniu z oryginałem wydaje się tu być słabiutka. Nie ma tu też pokrzyków Pharrella. Nie tęsknię za to za Justyną i myślę, że taka indie-rockowa wersja Like I Love You w ostatecznym rozrachunku daje radę, nie sądzicie ?

Amy Winehouse „Cupid” – Amy i reggae. ZNOWU. Jak widać crack to żadna zabawa, to rutyna. Cupid jest podobnież autorstwa Johnny’ego Casha. Niech spoczywa w spokoju z dala od tego wiejącego nudą coveru. edit: ktos życzliwy wytknął mi poważne niedopatrzenie. Oczywiście Cupid jest utworem Johnny’ego Nasha, który żyje i ma się świetnie. W odróżnieniu od Amy i jej powtarzalności. W każdym razie mea culpa, perdono i w ogóle będę leżeć krzyżem w nadzieji, że ktoś odpuści mi ten karygodny grzech.

Corinne Bailey Rae „Steady As She Goes” – Corinne ma swoim koncie niebanalne wersje SexybackaVenus As A Boy Bjorkowej, jednak tu dziewczę wyraznie się nie popisało. Utwór brzmi praktycznie tak samo jak oryginał The Raconteurs, z tym że na wokalu zamiast Jacka White’a, mamy Bailey Rae i też nie jest to szczytowe osiągnięcie jej wokalistyki. Zawiodłam się lekko. Zresztą sami sprawdzcie.

Z ciekawszych rzeczy należołoby wymienić jeszcze The Gossip i ich wersję Careless Whisper, Klaxons w utworze No Diggnity Blackstreet, Hard-Fi i dzieło życia Britney Spears, czyli Toxic, Just Jacka Lovefool i wymieniane już Girls Aloud, które pokazały się z bardzo ambitnej, konkretnej strony. Jestem pod wrażeniem. Nudą wieje za to od Lily Allen i jej wersji Don’t Get Me Wrong oraz Mutyi Bueny prowadzącej na drzewo Fast Car Tracy Chapman. Tego się tak łatwo nie wybacza. Na resztę spuszczę zasłonę milczenia.