king krule

King Krule kolejną gwiazdą 4. edycji World Wide Warsaw!

Człowiek wielu twarzy i wielu muzycznych pseudonimów – King Krule przyjedzie do Polski na swój pierwszy klubowy koncert! Wychowany w Peckham, borykający się z edukacyjnymi problemami i od najmłodszych lat eksperymentujący z muzyką. W wieku zaledwie 23 lat, Archy Marshall aka King Krule może zapisać na swoim koncie trzy studyjne albumy (w tym jeden wydany pod własnym nazwiskiem), a także kilkadziesiąt utworów, które nagrywał pod kilkoma różnymi aliasami, m.in Edgar, the Beatmaker, DJ JD Sports czy Zoo Kid, żeby wymienić najważniejsze z nich. Artystyczna płodność Brytyjczyka może zatem budzić zasłużony podziw!

Ze swoim debiutanckim krążkiem “6 Feets Beneath the Moon” zjechał cały świat – teraz przyszła kolej na promocję znakomitej, inspirowanej wieloma gatunkami płyty “The Ooz”, o której w samych superlatywach rozpisywały się Pitchfork (“najbogatszy i najbardziej wciągający krążek londyńskiego muzyka, nagrany do tej pory”) , Clash Magazine czy Drowned in Sound (“brutalistyczne i jednocześnie piękne muzyczne krajobrazy, nic dodać, nic ująć – arcydzieło”). Mało kto spodziewał się, że po tak wysoko zawieszonej poprzeczce, Krule’owi uda się zaskoczyć odbiorców i wynieść swoją twórczość na nieosiągalny przez wielu poziom. Brytyjczyk doskonale żongluje stylistykami, zanurzając słuchaczy w odmętach noir-jazzu, serwując im powolne post-punkowe granie, doprawione charakterystycznym wokalem i szczyptą nienagannej elektroniki. Wszystko to, osadzone jest w dusznej, introwertycznej estetyce, gdzie niezwykle ważną rolę odgrywa warstwa liryczna. To właśnie tam King Krule przemyca swoje życiowe, często niełatwe historie.

Doskonała okazja do sprawdzenia na żywo ogromnego talentu, jaki drzemie w tym młodocianym artyście już 16 lutego w stołecznej Progresji, w ramach czwartej edycji festiwalu World Wide Warsaw. Sprzedaż rozpocznie się dnia 24.11 na serwisie Going.

Recenzja: Mount Kimbie Love What Survives

Mount Kimbie

Love What Survives (2017)

Warp Records

Początki Mount Kimbie sięgają jeszcze czasów sprzed dekady. Swoją działalność sceniczną grupa rozpoczęła w 2008 roku wydaniem epki Maybes, która poprzedzała doskonałe Sketch on Glass. Dominicowi Makerowi i Kaiowi Camposowi bliżej wówczas było do dubstepowych brzmień. Spodziewano się, iż ich droga potoczy się zupełnie inaczej, a wyjście z podziemia oznaczać może akceptację praw, którymi rządzi się nieco bardziej mainstreamowa muzyka. Scenariusz ten okazał się jednak daleki od rzeczywistości, bo wstąpienie do Warp Records najwyraźniej tylko poszerzyło muzyczne horyzonty duetu.

Love What Survives to trzeci długogrający album Mount Kimbie. Obracając tytułowe hasło i biorąc pod uwagę to, jak zmieniła się ich muzyka, możemy zadać pytanie: kochać to, co zostało, odnosząc się do ich wcześniejszych wydawnictw, czy kochać to, co nam dają, w całości i bez retrospekcji? Wydaje się, że przy próbie znalezienia odpowiedzi na to pytanie i próbie zrozumienia albumu, należy kierować się trzema pojęciami: dojrzałością, ekscytacją oraz eksperymentem. Właśnie te elementy nieustannie będą przewijać się przez Love What Survives.

Nie bez znaczenia pozostaje droga, jaką pokonali muzycy, aby stworzyć płytę. Zaczęli od dubstepu, niebawem przechodząc do form bardziej wymagających i eksperymentalnych, wciąż jednak skutecznie łącząc to z pierwotnymi inspiracjami. Wydanie Crooks & Lovers to pierwszy, ale wciąż nieduży krok w stronę kształtowania swojego nowego stylu. Próbowano wówczas przypisywać ich do nurtu IDM, jednak zerwali z tą niewygodną łatką po Cold Spring Fault Less Youth. Wydawnictwo to nie tylko umocniło ich pozycję na scenie, ale i udowodniło, że w przypadku tego duetu prędzej można mówić o Intelligent Music niż o Intelligent Dance Music. Cold Spring Fault Less Youth wyznaczyło ścieżkę Love What Survives, które jeszcze dobitniej zrywa z dawnym wizerunkiem. Trudno jednak uznać album za kontynuatora stylu. Sami muzycy podkreślają, że nową płytę widzieli początkowo jako tabula rasę, starając się odciąć od tego, co zrobili wcześniej i co okazało się sukcesem. Ich niechęć do spoczywania na laurach i chodzenia utartym szlakiem doprowadziła do niezwykłego eksperymentu, jakim z pewnością jest ostatnie wydawnictwo od Mount Kimbie.

Skoro do nowego albumu podchodzą jako do czystej kartki, to jak wobec tego wygląda sam proces twórczy? Dominic Maker i Kai Campos nie są muzykami nagrywającymi w trasie. Sam etap powstawania albumu, mimo że przepełniony jest improwizacjami i eksperymentami, wymaga odpowiedniej atmosfery i skupienia. Po trasie promującej Cold Spring Fault Less Youth potrzebowali niemalże roku przerwy, aby ponownie zasiąść do tworzenia. Love What Survives to materiał, który częściowo tworzyli, przebywając w jednym zamkniętym pomieszczeniu w Los Angeles. Dla nich muzyka to swoista komunikacja niewerbalna, dlatego też nie wyobrażają sobie tworzenia na odległość. Efektem tego jest dialog między dwoma dojrzałymi muzykami, którzy nie odrzucając jednak młodzieńczego szaleństwa, stworzyli niezwykle eksperymentalny materiał.

Love What Survives na pewno nie jest albumem konceptualnym — duet raczej stroni od robienia muzyki z góry zaplanowanej, zostawiając sobie dowolność w twórczości. Mimo to utwory łączy warstwa muzyczna. Dominic Maker oraz Kai Campos postawili na żywe instrumenty, co odróżnia ostatni krążek od tworzonych głównie na maszynach Cold Spring Fault Less Youth oraz Crooks & Lovers. Z drugiej strony ów zakres instrumentów znacznie zawęzili, starając się wykorzystać każdy z nich w najciekawszy sposób. Nieraz nastrojowe organy, gitarowe riffy i surowy bas zlewają się w całość, tworząc niezwykłe podkłady lub są wykorzystane jako sampel. Na pewno nie możemy narzekać na brak różnorodności. Przykładowo „Poison”, czyli piękny fortepianowy loop, przeplata się z przypominającym twórczość Joy Division „You Look Certain (I’m Not So Sure)”. Łagodna „Marilyn” wyróżnia się na tle budzących dziwny niepokój „Four Years and One Day” czy „Delta”. Dominic Maker oraz Kai Campos stworzyli rodzaj kolażu muzycznego. Niekoniecznie zapewni on szeroką popularność grupie, ale może doprecyzować grono słuchaczy. Z płyty na płytę odbiorca Mount Kimbie musi być coraz czujniejszy i wrażliwszy na detale. Niektóre utwory na Love What Survives porównać można do sztuki ready-made. Wyjście ze studia, rejestracja rozmów, dźwięków natury, będących później składnikami takich utworów jak „We Go Home Together” czy „Delta” przypomina pracę dadaistów tworzących kolaże z nieoczywistych elementów.

Nie sposób pominąć kluczową dla albumu kwestię gości. Mount Kimbie postawiło na sprawdzonych muzyków. Łagodność Micachu i Balency kontrastuje z emocjonalnym Jamesem Blakiem czy brzmiącym jak szaleniec Kingiem Krulem. W przypadku kawałków gościnnych szczególnie słychać, iż dla duetu ich podkłady to bardzo elastyczne tworzywo, któremu jedynie nadali pewien rys. Decyzję co do ostatecznego kształtu tworzywa pozostawili wokalistom. Mount Kimbie wielokrotnie podkreślali, że dla nich featuringi nie polegają na wynajęciu wokalisty-rzemieślnika, a raczej na współpracy z wokalistą-artystą, który może dowolnie wpływać na piosenkę.

Tytuł Love What Survives odwołuje nas do wspominanej już dojrzałości muzyków. Traktując tytuły dosłownie, możemy powiedzieć, że wcześniej duet za umykającą młodość starał się obwiniać zimną wiosnę. Tym razem hasło brzmi zupełnie inaczej. „Love what survives” — mówią do nas coraz bardziej świadomi wieku i przeszłości muzycy, jednocześnie zaznaczając zmianę myślenia. Zamiast próby oskarżenia mamy wezwanie do tego, aby starać się iść do przodu i kochać czy doceniać to, co na tej drodze do bliżej nieznanego celu pozostało.

O tym jak dobra jest to płyta, będziecie mieli okazję przekonać się na żywo na koncercie Mount Kimbie, który odbędzie się już 11 listopada w warszawskim Niebie, a wszystkie informacje o wydarzeniu znajdziecie tutaj.

Nowy teledysk: Mount Kimbie feat. King Krule „Blue Train Lines”

Mount Kimbie z King Krulem współpracowało już w przeszłości. Wspólnie wydali chociażby świetne „You Took Your Time”. Skład znowu powraca w utworze „Blue Train Lines”, jest może nieco mniej energicznie i pozytywnie niż ostatnio, ale zdecydowanie równie ciekawie i dobrze. Elektroniczny podkład idealnie współgra z tak charakterystycznym wokalem pochodzącego z Londynu Krule’a. Jeszcze bardziej fascynujący jest sam teledysk — mroczny i tajemniczy, być może po pierwszym obejrzeniu nie do końca jasny. W video przeplatają się ujęcia naukowego gabinetu, zdjęcia ciał nieboszczyków oraz dokumentów. Obraz autorstwa Rafy Fellnera i Tegena Williamsa nawiązuje do ich badań nad ostatnim członkiem Indian Yahi z Kalifornii. Warto dodać, że „Blue Train Lines” to już trzeci singiel promujący nowy album Love What Survives Mount Kimbie, który ukaże się na początku września. Poza tym kawałkiem jak na razie duet wypuścił numer „We go home together” z Jamesem Blakiem oraz „Marilyn” z Micachu. Do Polski z nowym materiałem przyjadą w listopadzie, jedenastego wystąpią w warszawskim Niebie, a dwunastego w krakowskim Kwadracie.

Nowy utwór: King Krule „Easy Easy” (20syl Remix)

artworks-000067822928-95515d-t500x50020syl wziął się ostatnio za remiksowanie i trzeba przyznać, że wychodzi mu to całkiem nieźle. Po udanych remiksach Rihanny czy Kendricka Lamara (do sprawdzenia tutaj), przyszedł czas na obiecującą rudowłosą postać prosto z Wysp Brytyjskich. Mowa oczywiście o King Krule, niespełna dwudziestoletnim młodzieńcu, którego zeszłoroczny debiutancki album 6 Feet Beneath the Moon spotkał się z bardzo przychylnymi recenzjami. 20syl postanowił zająć się pochodzącym z wspomnianego albumu singlem „Easy Easy”, nadając numerowi nieco bardziej pogodnego wydźwięku i osadzając go w bliższych sobie klimatach. Efekt sprawdźcie sami.