mos def

Yassin Bey i Talib Kweli nagrywają nowy Black Star, wyprodukowany w całości przez Madliba

Ta wiadomość z pewnością ucieszy wszystkie hip-hopowe głowy. Podczas sobotniego setu, który w Denver grał Madlib, za mikrofon chwycił niespodziewany gość, jakim był Yassin Bay i ogłosił bawiącym się ludziom, że jeszcze w tym roku otrzymamy nowy album duetu Black Star, który raper tworzy wraz z Talibem Kweli. Jakby tego było mało, całością produkcji na tym krążku zająć ma się właśnie kalifornijski producent. O tym, że współpraca pomiędzy nimi układa się naprawdę dobrze, świadczyć mogą, chociażby wspólny album zatytułowany Liberation, jaki w 2007 roku nagrali Madlib oraz Kweli, jak i kilka wspólnych utworów na albumie The Ecstatic, nagranym przez Mod Defa. Na początku roku Talib Kweli ujawnił również zdjęcie widoczne poniżej, na którym przy jednym stole siedzą Yassin Bey, Kanye West oraz Dave Chappelle, a podpis pod fotografią, informujący o tym, że „2018 is looking good”, daje nam kolejny trop, potwierdzający, że w ich obozie dzieją się dobre rzeczy i być może już za jakiś czas będziemy mogli je usłyszeć. Oby jak najprędzej.

Relacja z Hip Hop Kemp 2017

Wbrew czeskiemu hasłu promocyjnemu — „sweet 16” — line-up Hip Hop Kemp 2017 przypominał raczej program zlotu sympatyków geriatrii. Ostatecznie wypadło całkiem nieźle — dla każdego coś miłego. Polskie hasło promocyjne, czyli „festiwal z atmosferą”, odbierałam wcześniej jako trochę serowe, ale szybko zmieniłam zdanie — nigdzie indziej nie widziałam artystów napełniających napojami kubki widzów i zabierających publice telefony, żeby… nagrać się na nie czy zrobić pamiątkową fotkę (piękna sprawa). Hip Hop Kemp, pomimo jego imponującego stażu wiekowego, jest wciąż bardzo kameralnym wydarzeniem.

Pierwszy dzień co prawda lekko krztuśny, a to ze względu na występ Tego Typa Mesa z livebandem. A może raczej Tego Typa Moza? To świetny pomysł, żeby zabrać w trasę nową płytę, swoje największe przeboje oraz Kingę Miśkiewicz i Holaka, a nawet — jak na „komentatora rzeczywistości” przystało — nawiązać do Twin Peaks w „Czy ty to ty”. Ale pyskówka do widzów i sarkastyczne komentarze trochę zepsuły klimat koncertu. Duży kontrast w porównaniu z Rejjiem Snowem, który nie zawiódł i zadbał o przeniesienie swobodnej atmosfery swoich krążków na grunt koncertowy, polewając przy tym napoje widzom i zapraszając na scenę randomowego ziomka z Australii (trzeba było pomóc rapować). Najlepszym występem tego dnia był zdecydowanie Masego. Jego TrapHouseJazz (jak określa sam zainteresowany) był raczej mieszanką funku i future bassu. Jazzu było znacznie więcej chwilę później u Czecha Pauliego Garanda w Radio Spin Hangarze, zwanym też — słusznie zresztą — sauną. Jednak to energia i tak zwana „osobowość sceniczna” Masego doprawione szczyptą altowego saksofonu (momentami słabo słyszalnego, ale jednak) i hiciorem „Send Yo Rita” (opartym na samplu „Señority” Justina Timberlake’a) dały wybuchową, rozgrzewającą mieszankę, zaskakującą chyba nawet dla samej publiczności.

Drugi dzień to dla mnie zdecydowanie koncerty, które nie były najważniejszymi w programie. Zaczęło się od Little Simz. Świetny kontakt z publicznością, anegdotki i ogromna żywiołowość, nawet mimo dość skromnej frekwencji pod sceną. Wciąż jednak czekam na tak wyraźne kawałki w repertuarze jak choćby „Picture Perfect” czy „Dead Body”. Jeszcze lepiej wypadli kempowi weterani z Kontrafaktu. Oczywiście, to koncert z serii „złote przeboje” — bez bisów, bo sam był jednym długim bisem (z obowiązkowym, ulubionym przez Polaków, „JBMNT”; ale i z wieloma innymi, nazwijmy rzecz po imieniu — bangerami). W porównaniu z takimi Jedi Mind Tricks było o wiele więcej mocy. Rytmus udowodnił, że jego pozycja na czesko-słowackiej scenie hip-hopowej nie jest bezpodstawna; i ja za rok równie chętnie obejrzę powtórkę, choć rozumiem, że po kilku-kilkunastu latach może nudzić. Największy banger to jednak Quebonafide, który dał niesamowicie energetyczny występ, okrążając z zachwyconą widownią cały świat w jedną godzinę. Możecie mieć swoje zarzuty do Quebo, ale jego zaangażowanie i swego rodzaju teatralność wygrały wszystko, nawet jeżeli „nie zagrał Euforii, buuuu”.

Mimo bardzo dziwnego „be right back” w połowie koncertu Kool G Rapa (koncert dość osobliwy — dj rapera wypadł lepiej od samego rapera; hiciory od House of Pain i Tribe Called Quest znacznie bardziej rozgrzały publikę) i poprawnego Mos Defa (samo zastępstwo za Commona raczej nikogo nie uraziło — może prócz tych, którzy na Kempa nie pojechali — niemiecki out4fame spotkała zresztą dokładnie ta sama sytuacja), trzeci dzień był bardzo dobry. Na uznanie zasługuje oczywiście Grammatik. Eldoka i Jotuze do spółki z Noonem dali wspaniały wspominkowy koncert, który można by w skrócie nazwać „Grammatik gra Światła Miasta”. Atmosfera była tak podniosła i wzruszająca, że nawet konferansjerzy z Czech, zwykle obojętni albo nawet lekko ironizujący o polskich występach, krzyczeli po koncercie w tłum „zróbcie halas” (jeszcze raz: HALAS). Dla mnie największym highlightem, zarówno tego dnia, jak i całego festiwalu, był najbardziej dopracowany wizualnie, ale też najmniej kempowy Alltta. Kawałki z tegorocznego „The Upper Hand” w domu brzmią jak rapowa wersja Ratatat (czyt. bez szału), ale koncertowo to petarda. Obłędne biciwa od 20syla: chiptunesy, french touch, funk, nawet odrobina PC Music w towarzystwie doskonałej nawijki Mr. J. Medeirosa stworzyły razem niesamowity show, w wyniku którego cała sala dała się porwać do ekstatycznego tańca. Arturze Rojku, chyba wiesz, co masz robić. — MajaDan

Na Hip Hop Kemp przyjeżdża się głównie dla dwóch rzeczy — świetnej muzyki i niepowtarzalnego klimatu. Dla klimatu, na który składają się przyjaźnie nastawieni ludzie i lecący zewsząd rap. Wiadomo, dodatkowy urok nadają temu miejscu takie detale jak wypady nad jezioro, Kaufland czy dostępne w Czechach różnorodne specyfiki. W tym roku, mimo licznych narzekań uczestników, klimat był, i to naprawdę niezwykły. Co do muzyki, trudno zatrzeć złe wrażenie, jakie wywarł na fanów tegoroczny line-up. Oliwy do ognia dolał fakt odwołania Commona na krótko przed występem, ale trzeba przyznać, że organizatorzy spisali się na medal, błyskawicznie zastępując go Yasiinem Beyem. Bezbolesna zamiana, no chyba że ktoś gnał do Hradca specjalnie na Commona… wtedy to inna sprawa.

Masego, Oddisee czy Kool G Rap, nie ma co narzekać na ilość i różnorodność artystów z zagranicy. Faktycznie było w czym wybierać, bo oferta i spora, i różnorodna. Mimo to na wielu z tych koncertów czegoś zabrakło. W przypadku Kool G Rapa występ bardziej rozkręcił sam DJ. Wielkich rzeczy spodziewano się również po Yasiinie Beyu, tymczasem to, co działo się przed jego koncertem na scenie głównej całkowicie przyćmiło występ headlinera. Trzeba przyznać, że nieoczekiwanie ten dzień należał do Alltty! 20syl oraz Mr. J. Medeiros zrobili chyba najlepsze show tej edycji. Zgadzam się, że ich styl odbiega od samego Kempa, a szczególnie od artystów, którzy grali ostatniego dnia, bo już bliżej im do Masego. Przynajmniej była jakaś okazja, żeby się poruszać przed dosyć statycznym Beyem. Tegorocznym wygranym, jeśli chodzi o zagraniczne gwiazdy, jest dla mnie Rejjie Snow. Nie dość, że był szczerze zachwycony możliwością grania przed kempową publicznością, to dał znakomity koncert. Irlandczyk zawsze zaskakiwał różnorodnością w swojej twórczości, bo jeśli przyrówna się klimat singlów „1992” i „Flexin”, to można zacząć się zastanawiać, czy to oby ta sama osoba. Nieco obawiałam się, jak owa stylistyczna różnorodność przełoży się na koncertowe flow rapera, ale bez problemu przechodził od wolnych bitów po energiczne, a nawet nowoszkolne brzmienia.

Mimo że na mainie dominowali artyści zagraniczni, a na terenie Kempa proporcje Polacy-Czesi były raczej równomierne, to dla mnie Kemp muzycznie został zdominowany przez Polaków. O taki Kemp walczyliśmy? Być może, ciężko zaprzeczyć, że w tym roku polscy artyści zaskoczyli naprawdę pozytywnie.

Zaczęło się od QueQuality showcase. Quebo jak mało kto stawia na „młodziaków”, także mieliśmy okazję usłyszeć, jak brzmi załoga z jego wytwórni. Bokun, VBS, Emes i Kartky, a na koniec PlanBe udowodnili, że warto było do Hradca przyjechać dzień wcześniej. „Jak koncerty, to z rozmachem” — tak chyba obecnie brzmi dewiza Tego Typa Mesa, która przyświeca mu przy organizowaniu koncertów. Cały zespół z Holakiem, Kinga Miśkiewicz, Stasiak no i sam Mes, występami na żywo tylko potwierdza to, iż forma się go trzyma. Poza tym, że zaliczył mocny progres w rapie, progres zaliczył także jego wokal (ale żeby od razu Anthony Kiedis…). Akcja ze zdenerwowanym na fana Piotrem była równie dziwna co śmieszna, ale Artyście takie rzeczy się wybacza. W zupełnie innym klimacie odbył się występ naczelnego podróżnika polskiego hip-hopu, Quebonafide. Ten koncert można streścić w kilku słowach: pozytywna energia, pozytywny Quebo, skacząca publika i „Madagaskar”. Nieco później na scenie zawitał najmocniejszy obecnie jeden z mocniejszych polskich składów, czyli PRO8L3M. Oskar i Steez w Hradcu zagrali koncert prezentujący przekrojowo dotychczasowy dorobek duetu. Jak było? Jeśli ktoś kiedykolwiek był na show tych dwóch panów to chyba nie ma wątpliwości, że ten dzień należał do nich. Najpierw czarowali publikę takimi numerami jak „Księżycowy krok”, by za chwilę pobudzić słuchaczy mocnym uderzeniem, czyli „VHS” czy „Molly”. Magia!

Mój pierwszy Kemp i pierwszy koncert @pro8l3m

Post udostępniony przez Paulina Lubowiecka (@polazofia)

Z kolei Grammatik zabrał swoich słuchaczy w niezwykłą wspominkowo-muzyczną podróż. W tym wypadku sama atmosfera okazała się ważniejsza od tego, w jakiej formie są Eldo i Jotuze. Dawno nie byłam na tak poruszającym, sentymentalnym koncercie. Co prawda miałam okazję zobaczyć całą trójkę na tegorocznym Openerze, ale to właśnie Kemp był dla nich lepszym miejscem na powrót. Miejmy nadzieję, że Grammatika będzie można jeszcze gdzieś zobaczyć. Tegoroczny Festiwal z Atmosferą zakończyłam w hangarze na koncercie Małpy i Mielzkiego. Mimo ogromnej sympatii do obydwu raperów, Rottenberg zdecydowanie nie należy do zapętlanych przeze mnie płyt. Panowie chyba sami wyczuli, że nie jest to typowo kempowy materiał, urozmaicając go co i rusz wrzutkami z solowych dokonań. Backspin pękał w szwach, ale co tam, dla tak dobrego koncertu można było się przemęczyć, bo Małpa i Mielzky doskonale zamknęli występy tegorocznej reprezentacji polskiej na Kempie. — Polazofia

Yassin Bey i Ferrari Sheppard ujawniają odsłuch swojego wspólnego albumu

Z małą obsuwą, ale wreszcie jest! Zapowiadany początkowo na 9 grudnia, album zespołu Dec. 99th. który tworzą Yassin Bey oraz odpowiedzialny za produkcję Ferrari Sheppard ujrzał właśnie światło dzienne. Data jest nie przypadkowa, gdyż również dzisiaj panowie zagrają w nowojorskim Harlem Apollo Theater pierwszy z serii czterech koncertów, zaplanowanych na przełom 2016 i 2017 roku. Wydawnictwo zatytułowane December 99th dostępne jest, póki co jedynie za pomocą serwisu Tidal, a odsłuch tradycyjnie znajdziecie poniżej. Wszystkim, którzy nie są subskrybentami tego serwisu, w całości sprawdzić mogą jedynie utwór „Balde In The Pocket” pokazujący mniej więcej jakiego brzmienia spodziewać się możecie po całości.

 

Yasiin Bey zapowiada jeszcze więcej nowych albumów

mannie-fresh

Na początku tygodnia informowaliśmy was o nadchodzącym, pierwszym od siedmiu lat albumie Yasiina Beya. Okazuje się, że zaplanowana na 9 grudnia premiera Dec. 99th to początek całej kampanii wydawniczej rapera. Podczas wczorajszej audycji w radiu WNL Mos Def przyznał się do posiadania w zanadrzu jeszcze dwóch kompletnych, gotowych do wydania albumów! Jeden z nich zatytułowany jest Negus In Natural Person i będzie to rasowy, solowy krążek. Natomiast drugi, noszący tytuł As Promised, to zapowiadana od bodajże trzech lat płyta nagrywana w duecie z legendarnym nowoorleańskim producentem Manniem Freshem — dawniej pod szyldem OMFGOD. Jeszcze nie znamy dat premier dopiero-co-zapowiedzianych projektów, ale 21 grudnia, podczas rzekomo pożegnalnego koncertu rapera w The Apollo Theater, zebrani szczęśliwcy będą mogli usłyszeć na żywo piosenki ze wszystkich trzech nowych albumów. Jeżeli muzyk faktycznie przechodzi w najbliższym czasie na emeryturę, to trzeba przyznać, że robi to z niebywałym przytupem.

Mos Def, znaczy się Yasiin Bey, z nowym albumem w grudniu

dec99

Listopad dobiega końca, dla wielu muzycznych mediów oznacza to definitywne zakończenie 2016. Rolling Stone czy Consequence of Sound opublikowały już swoje listy najlepszych albumów roku, nie zważając na obfite już grudniowe plany wydawnicze, jak i ewentualne niespodzianki pokroju D’Angelo w 2014. Taką właśnie niespodziankę postanowił nam sprawić raper każący się nazywać Yasiin Beyem, choć dla nas zawsze będzie Mos Defem. Materiał zatytułowany December 99th wyjdzie 9 grudnia (póki co za pośrednictwem Tidala) i będzie pierwszym albumem rapera od 2009 roku. W zasadzie nie będzie to tyle solówka, co projekt powstały w ścisłej współpracy z producentem Ferrari Sheppardem. Sytuacja tym ciekawsza, że muzyk jeszcze w styczniu ogłosił przejście na emeryturę, a większość mijającego roku spędził przetrzymany w Republice Południowej Afryki z powodu zarzutów dotyczących posiadania fałszywego paszportu. Zapewne nie zdążył odnieść się do zaistniałej sytuacji w tekstach na December 99th, ale z pewnością znalazł wiele więcej interesujących tematów do ugryzienia.

1. „N.A.W.”
2. „Blade In The Pocket”
3. „SPESH”
4. „Local Time”
5. „Tall Sleeves”
6. „Seaside Panic Room”
7. „Shadow In the Dark”
8. „It Goes”
9. „Special Dedication”

Nowy teledysk: A Tribe Called Red „R.E.D.”

Yasiin Bey (czy jak ktoś nadal woli – Mos Def) staje się ostatnio coraz bardziej aktywny na polu muzycznym, co może oznaczać, że plotki o nadchodzącym albumie mogą w końcu okazać się prawdą. Tym razem raper pojawił się gościnnie w numerze elektronicznego tria o budzącej fajne skojarzenia nazwie A Tribe Called Red. Panowie nie mają za dużo wspólnego z bujającym jazzem nowojorskiego tria, bo ich produkcje to mocne bangery, której cechą charakterystyczną jest częste wplatanie motywów muzycznych rdzennych kanadyjskich Indian, zwanych First Nations. Nie inaczej jest w opisywanym właśnie utworze „R.E.D.”, gdzie usłyszeć możemy również indiańską grupę bębniarzy, działającą pod nazwą Black Bear, ale również mającego kanadyjsko-irackie korzenie MC znanego jako Narcy. Cała ta mieszanka osobowości promuje zbliżający się powoli, najnowszy krążek grupy, zatytułowany We Are the Halluci Nation, który trafić ma do sklepów 16 czerwca. Sprawdźcie klip!

Nowy utwór: Yasiin Bey „Dec 99th – Local Time”

mos-def

Mos Def może się nazywać Yasiin Bey, czy jakkolwiek inaczej, ale dla mnie zawsze będzie Mosem. Raper zapowiedział w styczniu, że niedługo odejdzie od nagrywek i zawiesi mikrofon na kołku, co więcej, zrezygnuje też z aktorstwa.”Odchodzę od tak wyglądającego dziś muzycznego biznesu i też z Hollywood, od zaraz. (…) W tym roku wypuszczę swój ostatni album i to wszystko.” — powiedział.

Jestem sceptyczny co do takich deklaracji bo wiadomo jak zwykle się one kończą, ale szkoda by było… Na razie możemy posłuchać „Dec 99th – Local Time”, być może właśnie z rzekomej ostatniej płyty. Jak stwierdził Mos przy okazji udostępnienia numeru — „Czas lokalny jest zawsze teraz. Wieczność to teraźniejsze zdarzenie” i o tym właśnie jest ten utwór. Bit raczej oszczędny, ale klimatyczny. Do posłuchania niżej.

Nowy utwór: Mos Def & Ski Beatz „Sensei On The Block”

mos-def-sensei-on-the-block

Mos Def znów jest Mos Defem. Artysta kojarzony przede wszystkim z numerami takimi jak „Travellin Man”, „Ms. Fat Booty”, „Kalifornia” czy „Mathematics” oraz tworzonym z Talibem Kweli składem Blackstar, po niespełna czterech latach wraca do pierwotnego aliasu, rezygnując już chyba na stałe z mniej medialnego pseudonimu Yasiin Bey. Utwór „Sensi On The Block”, za którego produkcję odpowiada Ski Beatz, to nawiązanie do wczesno-mosdefowego vibe’u, którym zdecydowanie wyróżniał się na krajowej scenie. Nowojorski MC wraca więc do korzeni, a w kontekście powrotu do pierwotnej ksywki, samo nasuwa się stwierdzenie,  że starych drzew się nie przesadza.

Kompozycja nie jest może tak udana, jak chociażby (również wyprodukowany przez Ski Beatz) „Cream Of The Planet”, ale to wciąż ten sam Mos Def, co z końcówki lat 90′. Oba utwory poniżej.

EDIT: Dzięki czujności jednego z fanów potrzebne jest sprostowanie. Poniższy utwór, którego Ski Beatz wypuścił w ostatnich dniach, to tak na prawdę track zrealizowany jeszcze w 2011 roku, kiedy to Mos Def był rzeczywiście Mos Defem. Więcej na Okayplayer.

 

Poznaj drugą część projektu Yasiin Gaye

yasiin gayeDoczekaliśmy się publikacji drugiej części projektu Yasiin Gaye, za którym stoi Amerigo Gazeway. Pozytywne komentarze pierwszej odsłony przedsięwzięcia powinny pojawić się również przy okazji odsłuchu The Return: Side Two. Klasyczne zwrotki Mos Defa znalazły podatny grunt na kompozycjach z dorobku legendy Motown Records. Zresztą – koncepcje znacie doskonale, sprawdźcie zatem efekt finalny.

Nowy utwór: Mannie Fresh & Yasiin Bey „Let’s Go”

yasiin-bey-mos-def-mannie-fresh-lets-go

Dla każdego kto czekał cały ten czas na wspólny album YasiinaMannie Freshem mamy świetną wiadomość. Producent pojawił się na spotkaniu Microphone Check radia NPR, gdzie pomiędzy swoimi opowieściami oraz dwudziestominutowego setu zagrał utwór właśnie z OMFGODBKNOLA. Kawałek nie jest ani trochę rozczarowaniem, a wręcz przeciwnie — na to czekaliśmy! Produkcję nowoorleańczyka można opisać prostym hashtagiem #Świeżość. Gorąco zachęcamy do zapoznania się z przedsmakiem owocu tej kolaboracji, której data premiery nadal niestety jest owiana tajemnicą. Let’s go, let’s go, let’s get it.

Yasiin Gaye – zapowiedź drugiej cześci

yasiin gaye

Nadchodzi druga część obsypanego pochwałami projektu Amerigo Gazewaya. Lutowa premiera konceptualnego albumu udowodniła, jak fantastyczne efekty rodzą się z połączenia hip hopu i soulu. Zmotywowany Gazeway dokonuje właśnie ostatnich szlifów drugiej odsłony projektu Yasiin Gaye. Póki co, możemy nacieszyć się kolejną reinterpretacją „Travellin Man” Mos Defa oraz sprawdzić wideo promujące. Warto czekać.

Mos Def x Marvin Gaye – premiera części pierwszej

yasmarvin Zgodnie z obietnicą dostajemy cierpliwie przez wielu wyczekiwany projekt Amerigo Gazawaya. Yassin Gaye jest zestawem kilkunastu utworów, będących zręcznym połączeniem dorobku Mos DefaMarvina Gaye’a.  Wszystko wskazuje na to, że możemy spodziewać się drugiej porcji mashupów. Skupiając się jednak na części pierwszej, która zawiera wyłącznie jeden ze zwiastujących singli, można śmiało wystawić wydawnictwu najwyższe noty. (więcej…)

Nowy utwór: Yasiin Gaye – „Anna’s Love Song” (Soul Mates Tribute)

marvin-gaye-yasiin-anna-gor

Poznajemy kolejny singiel zapowiadający projekt nadzorowany przez Amerigo Gazewaya, Yasiin Gaye. Druga próba zespawania wybiórczego dorobku legendy soulu z charyzmatycznym raperem wydaje się być równie udana, co za pierwszym razem. „Anna’s Love Song” mieści w sobie hołd Marvina dla Anny Gordy Gaye – prywatnie siostry założyciela Motown Records, Berry’ego Gordy’ego („Anna’s Song”) oraz kilkunastoletniego singla (więcej…)

Nowy utwór: Yasiin Gaye „Inner City Travellin’ Man”

yasmarvin

Wybornie zapowiada się nadchodzący projekt Amerigo Gazeway‚a. Artysta, znany dotychczas z połączenia Fela Kuti i De La Soul oraz The Pharcyde i A Tribe Called Quest, postanowił tym razem zespolić ze sobą dokonania Marvina Gaye‚a i Mos Defa.  Zwiastujący singiel „Inner City Travellin’ Man” brzmi świetnie i rokuje udane wydawnictwo. Do 25 lutego jeszcze trochę czasu, dlatego koniecznie miejcie rękę na pulsie.

Yasiin Bey nagrywa album z Mannie Freshem?

To jedno z najbardziej zaskakujących ostatnio ogłoszeń z cyklu „raper A zapowiada wspólny projekt z producentem B”. Yasiin Bey, legenda alternatywnego hip hopu, która zawsze pozostanie dla nas Mos Defem, łączy siły z Mannie Freshem – niezapomnianym animatorem nowoorleańskiej sceny rapowej, ojcem sukcesów Lil’ Wayne’a, czy Juvenile’a. Co natchnęło Yassina do współpracy z legendą baunsu? Jak sam raper tłumaczy – wieloletnia fascynacja tym, jak Mannie potrafił adaptować nowoorleańskie tradycje muzyczne na potrzeby tworzenia hip hopu. Pierwszy singiel (plus teledysk) z nadchodząego projektu podobno już wkrótce. Czekam i liczę na udaną kolaborację „dwóch światów”, porównywalną z tegorocznym dziełem Killer Mike’aEl-P.

Mos Def, Kanye West i inni „Pride N Joy” – zapowiedź klipu

Choć jest to pierwotnie utwór Fat Joe’a, wiedziałam, że Mos DefKanye łatwiej Was przyciągną. Weteran Fat Joe zaprezentował nam całkiem pokaźną listę gości, którzy wzbogacą jego kawałek „Pride N Joy”. Co więcej, w sieci umieszczony został 30-sekundowy trailer, a w nim: Kanye West, Roscoe Dash, Ashanti, Miguel, Jadakiss, Busta RhymesDJ Khaled. Najciekawsze jest to, że wszyscy mają wziąć udział w klipie. Najczęściej, kiedy już dochodzi do takiego projektu, któryś z artystów ostatecznie nie pojawia się na planie. To nie koniec rewelacji: reżyserować będzie… Hype Williams. Będzie hit.

Relacja: Pharoahe Monch i Yassin Bey na Adidas Originals Rocks the Floor

Marka Adidas nie ma ostatnio szczęścia jeśli chodzi o szacunek wśród polskich hiphopowców. Firma odzieżowa, która w latach osiemdziesiątych zapracowała w Ameryce na status symbolu kultury hip hop, rok temu wstrząsnęła nami przez akcję z zamalowaniem muru na warszawskich Wyścigach na rzecz reklamy. Adidas Originals Rocks the Floor nieoficjalnie miało być rekompensatą za ten strzał w ubraną w Superstara stopę. Teoretycznie znakomitą, bo związaną z wystąpieniem na żywo dwójki wielce szanowanych w środowisku raperów – Pharoahe MonchaYassina Beya, który dla nas zawsze tak naprawdę pozostanie Mos Defem. Praktycznie niestety – nie do końca udaną.
Kto miał dziś styczność z kimkolwiek zainteresowanym tym wydarzeniem, ten na pewno słyszał o ogromnej, wręcz absurdalnej, obsuwie. Absurdalnej w takim sensie, że zagraniczne gwiazdy wieczoru zaczęły grać półtorej godziny po… planowanym zakończeniu imprezy. Czas oczekiwania między koncertem O.S.T.R.’a (też zresztą opóźnionego), a koncertem gwiazd ze Stanów był udręką dla każdego, któremu zależało na miejscu prawie pod samą sceną. Wypowiadane przez prowadzącego imprezę Rufina „jeszcze pół godziny”, tudzież „jeszcze minuta-osiem” w połączeniu z brakiem jakiejkolwiek informacji na temat przyczyn obsuwy, wywoływało wśród publiczności oburzenie i wprowadzało stadionową atmosferę w negatywnym tego słowa znaczeniu. Kiedy wreszcie na scenę wkroczyli Pharoahe Monch wraz ze swoim DJ’em, publiczność odzyskała dobry humor, dostała w końcu to na co w większości przyszła. Tylko co z tego, jak już spora część osób nie miała sił dobrze się bawić?
W tym momencie dała znać o sobie kolejna wielka wada imprezy – nagłośnienie. Kto jest fanem Faraona ten dobrze wie, że jest on arcymistrzem precyzyjnego, technicznego składania wersów – sporo radości ze słuchania rapera zostało nam odebrane, gdyż ciężko było zrozumieć linijki, jeśli nie znało się ich na pamięć. Koncert nie był na dodatek zbyt długi – trwał niby standardową godzinę, ale przeplatany był długimi przerwami między utworami, bynajmniej słabo wykorzystanymi na nawiązanie kontaktu z publicznością. Każdemu słuchaczowi Moncha z pewnością któregoś jego przeboju zabrakło. Oczywiście było też trochę pozytywów, wśród nich przede wszystkim osoby towarzyszące, czyli utalentowany Boogie Blind na deckach, oraz śpiewająca refreny MeLa Machinko. Powiedziałbym, że wokalistka wręcz ukradła show raperowi. Wielkim plusem było też wykonanie „Simon Says” – koncertowy mega-przebój najmocniej zabujał publiką, a dodatkowo mocno ją rozbawił, gdy Pharoahe chciał urzeczywistnić treść niektórych linijek na pani Machinko. Zaraz po „Szymonie” raper przerwał koncert, żeby złożyć hołd dla zmarłego rok temu Nate Dogga, co było oczywistym syngałem do wspólnego wykonania rawkusowskiego „Oh No!” wraz z drugim bohaterem wieczoru, czyli z Yassinem Beyem.

W ten sposób koncert Moncha płynnie przeszedł w koncert Mos Defa. Zmienił się protagonista, ale główny czarny charakter, zwany nagłośnieniem, pozostał ten sam. Zrozumienie słów posiadacza jednego z najtrudniejszych do rozgryzienia akcentów wśród raperów, było jeszcze większym wyzwaniem niż rozumienie poprzedniego występującego. Na szczęście dała o sobie znać zasada, według której mowa ciała stanowi główną część komunikacji ludzkiej. Pod tym względem artysta dawał z siebie bardzo wiele, w końcu rzadkim widokiem jest mc tańczący na scenie do rapowanych i śpiewanych przez siebie utworów. Widać było, że bardzo dobrze się przy tym bawił i jego występ wymykał się spod stereotypu hiphopowego koncertu z raperem i dj’em w rolach głównych i jedynych. Robił na scenie show, które mogło porwać również widzów nieznających albumów rapera, gdyby tylko nie nieszczęsne nagłośnienie i zmęczenie oczekiwaniem. Za to ci wierni fani z pewnością byli rozczarowani niezagraniem przebojów z nagranego z Talibem Kweli albumu Black Star. Można było się pocieszać świadomością, że właśnie on, Mos Def ze swoim czerwonym mikrofonem zagrał nareszcie koncert dla Polaków, ale czy to ma sens? Tym bardziej miałem prawo wymagać, by wszystko tego sobotniego wieczoru zostało zapięte na ostatni guzik.
Głód, zmęczenie i rozczarowanie dawały mocno znać o sobie, kiedy o trzeciej nad ranem na zebrany tłum czekała jeszcze jedna niespodzianka – wielka bitwa pod szatniami. Z czasem negatywne emocje jednak opadły i jako wieloletni słuchacz hip hopu trochę ucieszyłem się, że mogłem odhaczyć kolejne dwa nazwiska z listy raperów, których chciałem zobaczyć na żywo. Problem w tym, że w chodzeniu na koncerty nie chodzi chyba o ich zaliczanie, a o dobrą zabawę przy tym. Organizatorzy (nie mylić ze sponsorem swoją drogą) odebrali nam sporo tej zabawy. Mogło być pięknie.

adidas Originals Rocks the Floor!

adidas-originals-rocks-the-floor_logo

Po obfitym w niezapomniane koncerty roku 2011, ledwo rozpoczęty 2012 już teraz podwyższa poprzeczkę. Mos Def w Warszawie? Dzięki adidas Originals Rocks the Floor jak najbardziej tak!

(więcej…)

Mos Def aka Yasiin Bey w Polsce po raz pierwszy!

Olbrzymia radość więc lecimy z samymi konkretami. Mos Def wystąpi na imprezie adidas Originals Rock The Floor, która odbędzie się w dniach 2-3 marca w warszawskim Soho Factory. Bilety w sprzedaży na stronie Ticket Pro od 25 stycznia. Oczywiście jak wszystko będzie jasne, poinformujemy Was o szczegółach!

Nowy teledysk: Mark Ronson & Erykah Badu, Yasiin Bey i więcej “A La Modeliste”

regeneration-poster-thumb-473xauto-8917-1

O samym numerze i projekcie mówiliśmy w październiku. To, że jest świetny – wiadomo. Same gwiazdy – wiadomo, Badu (?!) – wiadomo, obrazek jednak do tej pory był tajemnicą. Dzisiaj odsłonili karty. Patrząc na video, pragnie się być w tej zadymionej i obskurnej knajpie, pożyczyć Erykah jakiś ładny T-Shirt, przytulić Mos Defa, panów od trąbek zabrać na obiad, a Marka Ronsonka? Sami wiecie. Taki Jam mi się marzy. U mnie zachwyt.