most records

„Nie mam ciśnienia na udowadnianie czegokolwiek” — Hatti Vatti dla Soulbowl.pl


Tuż po premierze albumu SZUM, wydanego nakładem MOST Records, spotkaliśmy się z Piotrem Kalińskim, aby zadać mu kilka pytań. Złapać się z nim było ciężko, bo — jak się okazało — Kaliński jest obecnie niezwykle zabieganą osobą. W końcu jednak się udało, czego efektem jest ciekawa rozmowa z rozgadanym Hatti Vatti, którą to możecie przeczytać poniżej. Zapraszamy!

Soulbowl: Na początek chcielibyśmy cię zapytać o pierwsze wrażenia po udostępnieniu twojej ostatniej płyty SZUM i czy rzeczywiście był szum po premierze?

Hatti Vatti: Spotkałem się z paroma opiniami, że to jest coś innego i to mnie cieszy, bo tak miało być od samego początku oraz że jest to jakiś progres względem rzeczy, które robiłem wcześniej. Nie chodzi o to, że poprzednie rzeczy nie są autoryzowane przeze mnie, tylko że jest to jakiś naturalny proces artystyczny i takich informacji dostałem rzeczywiście sporo. Widziałem też, że ten materiał zainteresował ludzi, którzy nie śledzą elektroniki na co dzień i pytali, gdzie tę płytę można dostać, ponoć słuchacze Trójki pytają o „Warszawę”.

Natomiast dużo osób mówi, że nadal można poznać, że ty to ty, chociaż dla nas nie jest to takie oczywiste.

Rzeczywiście, również spotkałem się z tym stwierdzeniem. Kiedyś na przykład z partyzanta wrzucałem jakiś swój niepublikowany numer w samochodzie czy na domówce, pytając jak się podoba, bardziej na zasadzie, żeby zobaczyć jakie będą reakcje i za każdym razem słyszałem „aaa, ale przecież to twój numer”. Rzeczywiście więc jest coś takiego chyba, że mam jakąś swoją własną paletę barw muzycznych. Nie wiem czy to dobrze czy źle, może chyba dobrze w czasach generycznego brzmienia soundcloudowo-abletonowego, ale z drugiej strony, jest to też jakieś takie ograniczenie, że na przykład czasami miałem problem, kiedy tworzyłem rzeczy stricte komercyjne, np. reklamówki, aby wyjść poza swoją bańkę muzyczną, ale ja po prostu chyba nie umiem robić inaczej.

A może to taki naturalny rozwój, że to z czasem przyjdzie, jak z każdym kolejnym wydawnictwem, że gdzieś tam sobie poszukiwałeś takiego nazwijmy wspólnego mianownika – brzmienia, które się będzie przebijać?

Nie, tego nie mam. Już od dłuższego czasu w ogóle nie myślę, że coś musi być w muzyce jak ją nagrywam. Już od dobrych paru lat mam raczej strumień świadomości tego, co chce robić i te rzeczy, które są znamienne dla wielu produkcji wychodzą zupełnie naturalnie. Nie jest tak, że sobie myślę „wrzucę jakieś charakterystyczne brzmienie syntezatora, czy pogłos typu X”, ja tak robię; to jest mój naturalny język, to jak jeżdżenie na rowerze. W ogóle o tym nie myślę, przychodzi to naturalnie. Nie mam też od dłuższego czasu ciśnienia na udowadnianie czegokolwiek.

…co słychać na nowej płycie, ale słychać to też na projekcie ze Stefanem Wesołowskim (Nanook of the North – przyp. redakcja).

Czyli?

Że trochę odbiegasz od tej swojej niszy, od tej bańki, o której wspomniałeś.

Nie, nie zgadzam się z tym. Uważam, że płyta ze Stefanem w wielu aspektach brzmi też trochę jak ja solo, oczywiście tylko w połowie, bo to duet, ale słyszę absolutnie te same palety barw jeśli chodzi o elektronikę, której używam w swoim solowym projekcie. W Nanook of the North można powiedzieć, że używam tych niektórych rzeczy bardziej odważnie, jeśli chodzi np. o przestery i bardziej agresywne brzmienia, bo one tam po prostu bardziej pasują i tyle. Ale ogólnie to nie jest tak, że nagle mam jakiś zestaw do robienia tego projektu, czy tego, ba! na płycie SZUM jest jeden taki temat dość czytelny, który nagrywaliśmy ze Stefanem, ale stwierdziliśmy jednak, że on nie pasuje do tej płyty, ale znalazł swoje idealne miejsce na mojej i ten temat, mam wrażenie, jest jednym z ulubionych numerów słuchaczy.

To znaczy?

Temat syntezatorowy w piosence „Hikikomori”. Dosyć wyraźny, więc te projekty dość się przenikają ze sobą, tylko kwestia bardziej, że jak nagrywam z Ffrancis, to nie używam jakiejś ogromnej ilości mocno przesterowanych brzmień, bo to najzwyczajniej w świecie się gryzie z innymi rzeczami, które tam są. Natomiast spokojnie mogłyby tam być – i są, tylko w mniejszym stopniu.


Tworząc solo masz pełną dowolność, jeżeli chodzi o sposób wyrazu i tego, co chcesz zrobić. Z kolei kolaborując z wokalistkami, bo głównie z nimi pracujesz, starasz się już bardziej wygładzać to brzmienie? Masz w głowie, żeby kompozycje były bardziej piosenkowe?

Nie, zresztą my tylko mieliśmy jedną taką EP-kę z Katee, to było świadome podejście do tej formy, bo po prostu fascynowaliśmy się rożnymi piosenkami z lat 80., 90., już troszeczkę oldskulowymi hiciorami i chcieliśmy z przymrużeniem oka nagrać coś luźniejszego. I to jest jedyna forma, która była bardziej piosenkowa. Natomiast wszystkie inne rzeczy, które nagrywałem, najczęściej powstawały jako instrumentale i dopiero później szukaliśmy wokalu. Ale ogólnie nigdy nie robiłem utworów pod wokalistów. Pochodzę ze szkoły dubowej, czyli selektor puszcza stronę B singla z tzw. „version”, mikrofon jest wolny i można ten numer dowolnie zinterpretować.

A sam fakt, że zazwyczaj współpracowałeś z kobietami, a nie śpiewającymi facetami, ma jakieś znaczenie?

Nie, jest to zupełny przypadek, aczkolwiek współpracowałem trochę z Cianem – więc nie wiem czy to stwierdzenie jest prawdziwe. Ale fakt że ten projekt zaczynałem wiele lat temu z Sarą Brylewską, z która nagraliśmy jeden numer, który wydaliśmy na winylu, co było moim pierwszym wydawnictwem w wytworni Mindset, prowadzonej przez Synkro i Indigo. To była inna era muzyczna, jakieś 10 lat temu, wiec trochę czasu minęło. Sara pojawiła się jeszcze gościnnie na mojej płycie Worship Nothing. Bardzo chciałem aby znaleźli się na niej goście z singli i EP-ek, które poprzedzały album.

A to ty się do nich zgłosiłeś, czy oni do ciebie?

Na samym początku współpracowałem tylko z Brytyjczykami. Indigo, Versa, Synkro… był taki remiks na samym początku mojej przygody z muzyką, który zrobił XXXY, który teraz jest dość znaną postacią, a wtedy był jeszcze jednym z takich zwykłych ziomków z naszej wspólnej sceny. Odrzuciliśmy ten numer, bo nam jakoś nie pasował do wizji. Gdzieś jeszcze go mam. Podobnie odrzuciliśmy numer dość istotnej postaci świata dub-techno, czyli Quantec. Pamiętam, że wtedy chcieliśmy, by ten kawałek został zremiksowany w dość oryginalny sposób, wiec pomyślałem, by zrobił go Andy Stott, który też jest z Manchesteru i cała ta ekipa się nim jarała, natomiast nie miał on wtedy statusu światowej skali producenta. Zrobił zajebisty remiks, który też wyszedł na winylu, a dziś Andy jest gwiazdą festiwalową, światową, co w odniesieniu do tamtego czasu jest dla mnie dość zabawne. To były zupełnie inne czasy, czasy Myspace’a, raczkującej sceny dubstepowej, zupełnie inna era muzyki Internetu. Powstawały nowe gatunki muzyczne…. to była zupełnie inna muzyka, inny odbiór, nie było też specjalnie pieniędzy w tym, więc to wszystko było bardziej zajawkowe. A w Polsce w tym temacie wtedy nic się nie działo, stąd mój wybór, bo tu nie było ani odbiorców, ani jakichkolwiek wydawnictw, wytwórni. Nic nie działało. Kultowe imprezy jak np. My Head is Dubby we Wrocławiu dopiero startowały.

Pewnie to też gdzieś cię tam ukształtowało.

Oj, na maksa! W ogóle moja ulubiona muzyka, to muzyka brytyjska. Lubiłem gitarowe rzeczy, Oasis, Blur… W połowie lat 90. w Anglii działo się bardzo dużo ciekawych rzeczy i oglądałem to wszystko w TV z wypiekami na twarzy, po czym biegłem do sklepu i kupowałem kasety. A później w telewizji pojawiły się fajne rzeczy elektroniczne, to były moje pierwsze zetknięcia; Chemical Brothers z Noelem Gallagherem z Oasis, płyta Dig Your Own Hole – nie miało to nic wspólnego z ich charakterystycznym, obecnym brzmieniem, to było rave’owe, breakbeatowe, zupełnie inne historie. Wtedy też w TV pojawił się UK garage, w wersji lajtowej, 2-stepowej, natomiast zawsze mi się to podobało. Trochę się tego wstydziłem, bo to było takie cukierkowe, a wtedy wszyscy słuchaliśmy gitarowych rzeczy. Był taki numer nawet, „Sweet Like Chocolate”, okropna piosenka z beznadziejnym teledyskiem z czekoladowymi ludźmi. Okropne to było, takie naprawdę najgorsze ścierwo (śmiech), ale miało fajną rytmikę. Był jeszcze Artful Dodger, wczesny Craig David… i to wszystko miało później echa z tymi Brytyjczykami, bo dla mnie i dubstep i UK garage stanowiło zawsze jedno i UK garage lubiłem najbardziej. Dodajmy jeszcze do tego echa dubu jamajskiej emigracji w UK. Jak grywałem jeszcze jako puszczacz płyt, to starałem się kupować garażowe brzmienia, a później okazało się, że moje ziomki w Anglii się wychowali na tym samym i garage jest dla nich super ważny. Już nie mówiąc o takim gościu jak Synkro, który jest ikoną takiego drugiego życia garażu. W Polsce ludzie jarali się drum’n’bass, który był dla mnie zbyt agresywny, mało osób kojarzyło garage i UK dub.

Tak, chyba Joy Orbison zaczął reaktywować to brzmienie postdubstepowe.

Tak, nawet kupiłem tę 12” i dużo osób bawiło się przy tym. Pamiętam, to był duży i niespodziewany hit wydawcy w Hot Flush, które słynęło z bardzo deepowego brzmienia. Był fajny, trochę śmieszny i imprezowy, kolorowy i taneczny – czuło się że, ten debiutancki singiel rozpoczyna coś nowego. Od „Hyph Mngo” bardzo dużo się zmieniło w tym świecie. Trochę ludzi zaczęło też się bawić w ten nieszczęsny future garage.

Jest jeszcze wspomniany postdubstep…

Tak, no ale chodzi o takie historie stricte garażowe, takie drugie życie przestrzennego UK garage.


A kojarzysz, kiedy ta wajcha w głowie się przestawiła i stwierdziłeś, że chcesz robić elektronikę?

Myślałem o tym jakiś czas temu i nie jestem w stanie sobie przypomnieć jak to się stało, bo jak byłem nastolatkiem, to niespecjalnie słuchałem elektroniki, wychowały mnie głównie dubowe rzeczy i strasznie długo i namiętnie tego słuchałem. Pamiętam, że mega szokiem było dla mnie to, co poznałem z niemieckich labeli typu Scape, jakieś 10-15 lat temu. Był taki projekt Rhythm & Sound i to mi zryło beret całkowicie. Stwierdziłem, że to jest to i chciałem robić coś takiego. Miałem parę razy takie zrywy w życiu, pamiętam je, bo były to momenty takie, że słyszysz jeden numer czy set i myślisz: TO JEST TO. Chcę to robić. Chcę podążać tym środkiem ekspresji. To było jedno, a drugie to była taka audycja w BBC Radio 1, Dubstep Warz na Breezblock. Był tam Kode9, Pinch, Mala, Distance… To była taka audycja, że nie mogłem po niej spać. Pierwszy raz słyszałem wtedy taką muzykę i nagle wjechała dwugodzinna audycja The Best Of brytyjskiego undergroundu, grana przez nich samych i pamiętam, że było to wstrząsające doświadczenie. Kolejną rzeczą był set FabricLive od dBridge i Instra:mental, czyli rzeczy bardziej drum’n’basowe, syntezatorowe. Wtedy też tempo trochę mi się przestawiło i pojawiła się większa fascynacja syntezatorowymi brzmieniami, które jednocześnie miały trochę szybsza motorykę. Miałem takie uczucie, że to jest to. Grałem seta z taką muzyką parę dni temu i miałem ubaw po pachy.

Czy w ostatnim czasie trafił się taki artysta, zjawisko, brzmienia, które miałyby realny wpływ na to, co teraz robisz, tak jak tych 10 lat temu? Czy raczej wszystko stało się już taką jednolitą papką?

Szczerze mówiąc, to o wiele mniej śledzę teraz muzykę. Kiedyś miałem więcej czasu, też przez wzgląd na pracę, jaką wykonywałem, mogłem kilka godzin dziennie przy obróbce zdjęć słuchać audycji, całych setów. Parę lat temu nowa muzyka przestała mnie też jakoś porywać, nie znalazłem nic takiego, co by zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Z rzeczy, które mi się mega podobają, ale nie mają jakiegoś wielkiego przełożenia, jest taki producent Rival Consoles. Inspirują mnie aktualnie koledzy, z którymi pracuję, przecinam się. Są to często i inspiracje, i rzeczy wynikające ze spotkań, przemyśleń. Dużo się wtedy uczysz, podłapujesz.

A która z osób, z którą współpracowałeś, wniosła najwięcej nauki u ciebie?

Mikołaj Bugajak.

(śmiech) W końcu krótko i na temat! Ale wróćmy do SZUMU. Spytaliśmy cię o odbiór wydawnictwa z zewnątrz, a ciekawi nas również twoje osobiste zdanie. Bo wiadomo, że praca nad albumem to jest jakiś proces twórczy: na początku masz pomysł, który sukcesywnie przeobraża się w konkrety, pojawiają się pierwsze utwory, później zbierasz je wszystkie, zatwierdzasz ostateczny kształt i oczekujesz momentu wypuszczenia wydawnictwa. Czaso i pracochłonne. Naturalne więc, że  interesują cię te wszystkie reakcje i emocje zwrotne. Pytanie, jak osobiście do tego podchodzisz? Jest to już któreś twoje legalne wydawnictwo, któraś z kolei wytwórnia. To jest dla ciebie przełom, czy wyłącznie kolejny kroczek w karierze?

Dla mnie jest to na tyle ważne, że bardzo chciałem nagrać album solo. Nie żebym miał problem, tylko po prostu potrzebowałem mieć output tylko dla siebie, wyrazić się tylko i wyłącznie instrumentalnie i na bieżąco, bo dużo rzeczy, które nagrywałem wcześniej, wychodziły wiele, wiele później. A płyta, która teraz wyszła, była gotowa już przed świętami Bożego Narodzenia, skończyłem ją nagrywać jesienią. Trochę leżakowała, ale nie chcieliśmy robić czegoś takiego, że wydajemy tylko kompakt, a winyl o wiele później. Strasznie nie lubię takiego promocyjnego podejścia, że coś się rozwleka, teaseruje, wymaga od ludzi zbytniej atencji. Bardzo chciałem, żeby to wyszło na czasie – jest płyta i koniec, proszę.

A jeśli chodzi o sam koncept, to działaliście dwutorowo — czyli MOST miał coś do powiedzenia pod kątem okładki, daty wydania, samego materiału, czy to był twój pomysł, a wytwórnia tylko pomagała w realizacji?

W zasadzie od samego początku wszystko robiliśmy razem, zawsze się z nimi konsultowałem. Natomiast wszystkie rzeczy jeśli chodzi o koncepty, pochodziły ode mnie, co z kolei oni przekuwali na okładkę czy klip. Wszyscy byliśmy bardzo zgodni co do naszych wizji. Pokrywały się w 99%. Były pomysły, żeby była zabawa z tracklistą, by była zakodowana, niejasna, by przekaz był poukrywany i nie była to kolejna nudna płyta.

A to też miało pokazywać sam fakt, że jest ona elektroniczna, czyli składa się z symboli — niemal jak w Matrixie?

Trochę tak, chcieliśmy po prostu odrobinę utrudnić życie słuchaczom (śmiech). Ale jak dobrze przyłożysz nakładkę, to wszystko jest widoczne.

Na Worship Nothing jeden z utworów miał tytuł „Sopot”, a tutaj znajdujemy „Warszawę”. Jest w tym jakiś ciąg logiczny?

Tak, są to piosenki o miejscach, w których mieszkam, które są dla mnie ważne i mam do nich ogromny stosunek emocjonalny. Dla mnie miejsca są cholernie ważne, też jeśli chodzi o muzykę: gdzie ona jest robiona, o czym jest. Oczywiście to nie było jakieś bardzo zamierzone, wyszło naturalnie. W ogóle zauważyłem, że często dużo rzeczy w mojej twórczości jest bardzo spójnych ze sobą, a wynikają z przypadku. Co też pokazuje mój charakter, że jestem uparty i konsekwentny. Może czasem chaotyczny, ale jednak bardzo, wręcz chorobliwie, sfokusowany na tym, żeby wszystko się trzymało kupy.


A skoro już został poruszony temat miejsc, to — jak powszechnie wiadomo — sporo podróżujesz. Europa, Japonia, Korea, Grenlandia, Bliski Wschód. Czy któreś z tych miejsc wywarło na tobie wymierny wpływ, mający przełożenie na twórczość?

Tak, jak najbardziej ma to przełożenie. Siłą rzeczy człowiek inspiruje się otoczeniem, w którym przebywa, i jest tak oczywiście nie tylko z muzykami. Natomiast same miejsca nie wpływają szczególnie na konkretne brzmienie jako takie, bardziej w kontekst utworów… choć przyznam, że rzeczywiście jest jedno takie, które ma taki wpływ i jest to Japonia, która jest dla mnie bardzo specyficzna i wyjątkowa.

Pozostając jeszcze na chwilę w klimacie podróży, to zastanawiamy się, jak odbierasz powroty do Polski? Czy są rzeczy, za którymi tęsknisz i cieszysz się, że wracasz, no i z drugiej strony, czy są kwestie, które cię w naszym kraju irytują, tak na dzień dobry?

Lubię Polskę, ale to jest taka trudna miłość. Uważam, że Polska to naprawdę ciężkie miejsce do życia. Największy problem jest w tym, że ten kraj jest brzydki. Nie chodzi mi oczywiście o przyrodę, bo ta jest piękna i nią się zawsze zachwycam, mamy stare miasta, trochę ciekawych, modernistycznych budynków, ale jako ogół, Polska jest po prostu brzydka. Osobiście kocham niemieckie relikty w północnej Polsce i takie otoczenie jest dla mnie naturalne, bardzo egzotycznie czuje się w Kazimierzu i Białymstoku – są takie bardzo polskie, wschodnie. Do tego jest dostrzegalny problem międzyludzki. Bym powiedział, że uprzejmość i serdeczność to jest tu raczej rzadkość, niż reguła i coś powszechnego, no i właśnie to mi czasami bardzo przeszkadza. Natomiast bardzo lubię polską muzykę oraz to w jakim kierunku obecnie się ona rozwija. Niezal jest naprawdę niezalem. Potrafimy doceniać rzeczy bardziej undergroundowe i to jest fajne.

Jakich artystów byś więc wskazał jako tych, którzy w najbliższym czasie zrobią sporo szumu, a może nie są tak powszechnie kojarzeni?

Może powiem, na kogo płyty czekam. Bardzo bym chciał usłyszeć płytę Bartosza Kruczyńskiego. Bardzo mnie ciekawi nowy album Mikołaja Bugajaka. Słyszałem nową płytę Stefana Wesołowskiego i jest świetna. Myślę, że dobrze by było, gdyby Daniel Drumz w końcu wydał follow up do poprzedniego albumu. Fajne rzeczy robi również Karolina Rec, czyli Resina. Bardzo jestem też ciekaw solowej płyty 1988, producenta SYNÓW. Do tego zawsze mnie ciekawią rzeczy, które wychodzą w polskim rapie. Nie słyszałem jeszcze debiutanckiej płyty Coals, ale stawiam duży hajs, że to będzie objawienie.

A na jakie koncerty chodzisz?

Chodzę zazwyczaj na takie, które mogą mnie czymś zaskoczyć i nie do końca mnie muszą fascynować płytowo. Często pojawiam się na koncertach artystów, których twórczość nawet niekoniecznie znam, jedynie coś wybiórczo i są to zazwyczaj historie, gdzie pojawia się jazz w różnych odmianach. Tak samo lubię słuchać i chodzić przy okazji na koncerty artystów, którzy robią muzykę jakiej do końca nie rozumiem i nie potrafię przeanalizować jako producent. Dlatego często są to rzeczy klasyczne lub wprost odwrotnie – etniczne, ludowe. Bardzo lubię też występy i płyty ludzi z mocno innych kultur muzycznych jak np. Indie, Turcja czy Nunavut. Obca jest mi naomiast kompletnie kultura klubowa, jest to coś, czego do końca nie rozumiem, przez to też w tym nie uczestniczę.

A jakie plany koncertowe na rok 2017 szykujesz w ramach najnowszego projektu?

Plany koncertowe są takie, że na pewno zrobimy tour po największych polskich miastach. Teraz w planach jest Gdańsk, później będziemy grali na Spring Break w Poznaniu, na pewno też  pojawimy się z chłopakami na kilku letnich festiwalach, plus zagramy w Pradze, w jednym z najciekawszych klubów w Europie. Ogólnie chciałbym grać jak najwięcej, bo czuję, że się dopiero rozkręcamy i jako zespół mamy jeszcze wiele do powiedzenia.

W występach na żywo towarzyszą ci na scenie Paweł Stachowiak i Rafał Dutkiewicz. Skąd koncept na zespół i dlaczego akurat ta dwójka?

Od dłuższego czasu chciałem spróbować sił z zespołem i przenieść rzeczy z komputera na żywe instrumenty. Nie jestem jednak instrumentalistą, mam także tylko dwie ręce, więc jak nadarzyła się okazja, to naturalnie z tego skorzystałem. Poza tym cała ta płyta jest dla mnie nowym otwarciem. Może chciałem nie tyle wymyślić siebie na nowo, co zrealizować rzeczy, które niemal od zawsze chciałem zrobić, ale jakoś nigdy nie było ku temu okazji. Natomiast co do samego zespołu, to od dłuższego czasu śledziłem poczynania Rafała Dutkiewicza jako genialnego perkusisty, szczególnie w pamięci utkwił mi koncert Skalpela w Warszawie i kiedyś nadarzyła się okazja, by porozmawiać o wspólnym graniu, na co sam Rafał zareagował bardzo entuzjastycznie. Więc był już perkusista. Z kolei co do Pawła, to byliśmy jakiś czas temu w Seulu z Night Marks Electric Trio, gdzie Paweł pojawił się w zastępstwie na basie, no i też rzuciłem między wierszami czy nie byłby zainteresowany kolaboracją, na co znów usłyszałem pozytywną odpowiedź. Do tego się okazało, że Rafał i Paweł znają się osobiście i chcieli od dłuższego czasu zrobić coś razem, ale jakoś nie było okazji, także byli bardzo ucieszeni, że w końcu będą mieli możliwość zagrać w jednym projekcie. Więc znów okazało się, że przez przypadek wszystko zbiegło się idealnie. Dla mnie jest to ogromny zaszczyt i chciałbym z nimi grać jak najdłużej, a nawet nagrać kolejną płytę.

Czyli podczas występów na żywo też będą ci towarzyszyć?

Zdecydowanie. Jeśli chodzi o live, to występujemy jako zespół, natomiast DJ sety gram standardowo solo.


Chcielibyśmy jeszcze zapytać o związek z NinĄ, czyli Narodowym Instytutem Audiowizualnym, ponieważ premierowy koncert SZUMU nie był pierwszym koncertem, który tam zagrałeś. Dlaczego więc ponownie tam i skąd te zażyłości?

Ja tam po prostu lubię grać. Jest tam bardzo profesjonalna obsługa, odpowiada mi sala tej wielkości, do tego nagłośnienie jest świetne. Już po pierwszym doświadczeniu z NinĄ wiedziałem, że jest to ekipa, która dobrze produkuje wydarzenia muzyczne. Między innymi dlatego też są partnerem wydawnictwa, ponieważ udostępnili swoje archiwa, których fragmenty znalazły się na albumie. Stąd też chcieliśmy, żeby premierowy koncert i zapowiedź płyty odbyły się właśnie tam.

Ostatnio też miałeś okazję przeprowadzić wywiad z autorem animacji, która była wyświetlana podczas twojego koncertu premierowego. Czy możesz powiedzieć coś więcej o tym spotkaniu?

To znaczy nie ja przeprowadzałem wywiad, tylko był to wywiad z panem Witoldem Gierszem i ze mną. To było niesamowite doświadczenie, bo to znowu jest historia z serii tych, które dzieją się przypadkowo, ale mają wpływ na to, co się dzieje później, ponieważ film, który wybierałem („Gwiazda” – przyp. redakcja) i z którego najwięcej samplowałem, należy do osoby z którą po paru miesiącach się widzę osobiście i mam okazję na ten temat porozmawiać. Do tego to było bardzo ciekawe spotkanie, ponieważ pomimo znaczącej różnicy wieku (Witold Giersz w tym roku skończył 90 lat – przyp. redakcja), to w bardzo wielu aspektach się zgadzaliśmy. Mogę więc śmiało powiedzieć, że to było jedno z ciekawszych spotkań, w jakich miałem kiedykolwiek okazję uczestniczyć.

 

 

„Wiele osób mi mówiło: odpuść tę płytę” – Duit dla Soulbowl.pl

duit-wywiad

Przyznam szczerze, że od zawsze chciałem przeprowadzić rozmowę z artystą, podczas której trwa swobodny dialog, ja nie zerkam do ściągi, by wzrokiem odhaczać to, na co już padła odpowiedź, a pytający nie traktuje wywiadu jak przesłuchania. Trochę musiałem poczekać, lecz jak już się udało, to trafiło na rzeczywiście ciekawego rozmówcę. Jeszcze w listopadzie spotkałem się Piotrkiem Krygierem, którego większość z Was kojarzy z aliasu Duit, i pod którym wspomniany producent od blisko 8 lat tworzy, by porozmawiać… dosłownie o wszystkim. Lista przygotowanych pytań przypomniała o swoim istnieniu grubo po ponad godzinie dyskusji, i to tylko po to, by się upewnić, czy aby jakiegoś wątku jeszcze nie poruszyliśmy. Poniżej możecie więc przeczytać zapis rozmowy z człowiekiem niezwykle otwartym i serdecznym. Z artystą świadomym swoich możliwości, ale i z pokorą podchodzącym do drzemiącego w nim potencjału. Zapraszam do lektury.

Dźwięku (Soulbowl): Na jakim etapie swojej muzycznej wędrówki się obecnie znajdujesz?

Duit: W tym momencie mam etap, gdzie kminie co rewolucyjnego wymyślić, mam teraz takie myśli, że zrobiłem tę płytę, to teraz czas przygotować zupełnie coś innego. Marzę, żeby w ogóle stworzyć niemal nowy gatunek, co jest prawie że niemożliwe, ale chciałbym wypracować swój bardzo indywidualny styl…

Ale ty masz indywidualny styl.

No troche mam (śmiech), ale chciałbym, żeby to było takie, że nigdzie tego nie wsadzisz, nie zaszufladkujesz.

To w dzisiejszych czasach będzie ciężko.

Wiesz co, mimo wszystko jest to realne. Trzeba mieć tylko czas, spokój i otwartą głowę, usiąść i zacząć kombinować. I teraz mam taki etap, że bardzo bym tego chciał, a jednocześnie mnie to blokuje. Za bardzo się na tym skupiam i przestaje to iść, dlatego też warto zacząć tworzenie bez jakiejkolwiek spiny i myślenia, że coś muszę.

A myślisz, że autorska płyta dla producenta, to jest takie najwyższe stadium samospełnienia?

Dla mnie jest. Powiem ci, że wiele osób mi mówiło odpuść tę płytę, teraz się inaczej działa, teraz epki i single, bo widać taką tendencję. Albumy owszem, ale coraz rzadziej.

No i rzeczywiście ciężko się z tym nie zgodzić, zwłaszcza, że teraz wychodzi multum albumów, które od jakiegoś czasu są regularnie udostępniane głównie w piątki, i ciężko za tym nadążyć, ciężko też na spokojnie się w coś wsłuchać, kiedy za następnych kilka dni do obiegu trafia kolejna porcja muzyki.

Zdecydowanie jest tego za dużo, dlatego, no były myśli czy ta płyta w ogóle jakoś zaskoczy i odbije się szerszym echem. Teraz można się przebić, albo byciem ultra oryginalnym, albo – nie ma się co oszukiwać – mainstreamem i dobrą promocją. Ale tak wracając do poprzedniego pytania, to tak, ja wiedziałem, że chce wydać swoją płytę i to było u mnie na tapecie przez ostatnie 5 lat. Ta płyta przez ten czas bardzo się zmieniała i dorastała, ale ja wiedziałem, że co by się nie działo, to nie wydam epki, nie będę wypuszczał singli, tylko ma być długogrający materiał. Uważam, że każdy producent będzie spełniony wydając swój album. Niemniej teraz już wiem, jak będę w najbliższym czasie działać, że nie będę silił się na kolejną płytę. Teraz faktycznie mam w planach epeczke. Album może później.

Czyli ogólnie poczułeś pewnie ulgę, kiedy wiedziałeś, że płyta jest skończona, wypalona, masz ją w rękach? Bo wiem z rozmowy z innymi producentami, że to jest tak, że od czasu kiedy materiał jest gotowy, do momentu wydania go na fizycznym nośniku mija trochę czasu, a w międzyczasie zaczyna ci się on nudzić i myślisz o kolejnych produkcjach, nowych projektach i tak dalej.

No i o tym poniekąd mówię, bo już miałem totalnie dość, ale kiedy w końcu pojawiła się wersja fizyczna i moja dziewczyna Ania wrzuciła to do swojego odtwarzacza CD w samochodzie, to gdy słuchałem numeru po numerze, to pomyślałem: dobra, to jest właśnie to! Duma, to byłem ja! Później, po krótkim czasie, znów wróciłem do zapieprzania i tworzenia nowych rzeczy. Choć wiadomo, chce się tym wydawnictwem trochę pocieszyć, w planach są koncerty, nad którymi też intensywnie myślałem.

No właśnie, pytanie jak grać ten materiał? Bo wśród utworów są „gołe” produkcje,  ale są też numery z wokalistami. Masz już przygotowany koncept tego jak to będzie wyglądało w wersji na żywo?

Maaam, najlepszy na świecie (śmiech). Nie mogę za bardzo ci zdradzić szczegółów, ale ambicje mam wielkie. Jeśli to wyjdzie tak jak sobie założyłem, to będzie piękne przedsięwzięcie.

Tak zmieniając nieco temat, ty się oficjalnie przyznajesz do tego, że lubisz pop, co nie jest zbyt popularną deklaracją wśród producentów elektroniki.

Zgadza się i tak szczerze mówiąc mam ostatnio ochotę spełnić się w takich brzmieniach. Uwielbiam elektronikę, ale nie słucham jej zbyt dużo w ostatnim czasie. Chętnie bym zrobił również jakiś filmowy projekt. Mam na koncie kilka takich rzeczy, w których są jedynie orkiestrowe brzmienia.

I ty te rzeczy tworzysz z sampli czy wygrywasz na poszczególnych instrumentach?

Nie, nie. Ja to wygrywam – jest taki program jak Kontakt i do niego są banki brzmień, np. smyczki, które zostały nagrane przez nowojorską orkiestrę. I jeżeli umiesz odpowiednio z nich korzystać, można osiągnąć realistyczne brzmienie. Jest to dla mnie naprawdę piękna sprawa. Wiesz to są gdzieś moje plany, by z czasem uciekać trochę od dużej ilości elektroniki.

Ale z elektroniką wciąż jesteś kojarzony. Twój najczęściej odtwarzany numer, przynajmniej według YouTube’a to „Halayo”, czyli bardzo elektroniczny numer.

Zgadza się, ale ciągły rozwój i nieustanna chęć robienia czegoś innego, skłania mnie do tego, żeby zacząć eksplorować też inne obszary muzyczne.

I chyba rozpocząłeś te poszukiwania na debiutanckim krążku. Jaki więc był zarys Twojej płyty, czy miałeś jakiś koncept już od początku jej tworzenia? Czy z biegiem czasu i pracy nad nią to ewoluowało?

Wyglądało to tak, że miałem plan stworzyć melancholijną płytę. Miały się na niej znaleźć takie utwory jak „Midnight”, „Himm”, „Everyday”, ale z czasem ewaluowało to trochę i powstawały utwory bardziej piosenkowe. Oczywiście wspominałem w którymś z wcześniejszych wywiadów, że ta płyta to efekt 29 lat pracy, ale to jest oczywiście symbolika, ponieważ naprawdę powstawała około 4 lat.

A który utwór był tym ostatnim, którym postawiłeś kropkę nad i?

Numer z Dawidem Podsiadło „Synapses”. To znaczy to był ostatni utwór, na który dograł się wokalista. Natomiast taki ostatni ostatni, to było „The Miracle”.

W jaki sposób dobierałeś sobie wokalistów? Jakby nie było masz na swoim krążku dwa mocne nazwiska Podsiadło i Jesse Boykins.

Odnośnie Boykinsa wyglądało to tak, że najpierw pojawiła się kompozycja, pod którą szukałem wokalistów. Razem z Rafałem Groblem (szef wytwórni MOST – przyp. redakcja) wypisaliśmy sobie 5 nazwisk, które by do niej pasowały. Wybraliśmy spośród nich jedno i wysłaliśmy zapytanie do Jessego, który usłyszawszy moją produkcję odpisał, że bardzo chce się do niej dograć. Z Dawidem było zresztą bardzo podobnie, czyli wysłaliśmy mu gotową kompozycję, i jeśli mnie pamięć nie myli, to po jednym czy dwóch dniach mieliśmy już dograne wokale.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że okładka jest nieprzypadkowa. Czy chodzi więc o odniesienie do barwności samego materiału, czy jest tu jakieś inne ukryte znaczenie?

Kiedy podczas produkowania piosenek na płytę odczuwałem zmęczenie, wchodziłem na różne blogi w poszukiwaniu ciekawych grafik. Spośród nich wybrałem jedną; skrzydło Dürera, które godziło wszystkie moje wyobrażenia na temat płyty. Ono z jednej strony symbolizuje motyw latania, wolności, a z drugiej strony jest urwane. Od razu stwierdziłem, że to pasuje do mojej muzyki. Łączy dwie sprzeczności. Jeśli chodzi o haft, który pojawił się w wersji limitowanej płyty, to pewnego dnia mojej dziewczynie kupiłem książkę belgijskiego projektanta Driesa Van Notena, i ta okładka miała właśnie taki nadrukowany haft. Pomyślałem, to jest to! Poukładało mi się to – skrzydło i haft, no i zrobiliśmy haftowane skrzydło, czerpiąc z tych dwóch inspiracji. Natomiast od pomysłu do wykonania, to zajęło nam blisko pół roku. Reasumując, okładka nie jest przypadkowa, wszystko sobie zaplanowałem.

Z kolei jeśli chodzi o teledyski, bo to też gdzieś moja obserwacja i nie wiem czy to potwierdzisz, ale o ile okładka jest bardzo kolorowa, to w klipach dominują raczej chłodne barwy: szarości, czerń i biel. To też zamierzone? Skąd ten dysonans?

Już ci mówię. Był pomysł, żeby okładka łączyła się z teledyskami i rzeczywiście taki był mój zamysł. Ta kobieca postać z pierwszego teledysku imituje rękoma ruchy skrzydeł i próbuje się wznieść i dosłownie tuż przed zamknięciem teledysku usunęliśmy scenę, gdzie spada kolorowe piórko i miało tym samym symbolicznie przenieść nas do drugiego teledysku, gdzie pojawiać się miała postać ze skrzydłem. Ale przez to, że się bardzo dużo pokomplikowało musieliśmy zmienić całą koncepcję.

Kończąc już naszą rozmowę powiedz, co cię napędza w życiu? Co ci daje codzienną mobilizację do tego, by robić to, co de facto robisz?

Może to nie będzie oryginalne, ale to właśnie muzyka mnie napędza do tego, by chciało mi się więcej i więcej. Ja po prostu kocham ją robić. Niektórzy lubią odpocząć sobie gdzieś w spokoju, zrelaksować się po swojemu, a dla mnie właśnie takim odpoczynkiem jest robienie muzyki – siedzenie i kombinowanie z brzmieniem. To jest tak jak z książką lub filmem, zaczynasz czytać lub oglądać i wchodzisz w ten świat, który zastajesz. Dla mnie takim czymś jest muzyka. Ostatnio też faktycznie zacząłem uczyć się odpoczywać i cieszyć się wolnym czasem, chodząc po lesie, albo po parku, wyciszając się. Zaczynam też przygodę z medytacją, znajomi mnie w to wprowadzili. Polecam!

Ja z kolei polecam wyjazd w Bieszczady. To bardzo oczyszczające.

Cholera, nigdy nie byłem!

Więc życzę ci takiego tripu, tak samo jak kolejnych sukcesów muzycznych. Dzięki za rozmowę!

Nowy teledysk: Duit feat. Govales „Understand In Time”

duit-govales

Duit przedstawia swój drugi wideoklip z debiutanckiego LP Now I’m Here. Tym razem dostajemy obrazek do utworu „Understand In Time” z udziałem nowojorskiego wokalisty Govalesa. Teledysk to niezwykła fuzja klasycznego westernu, opery i dystopijnej opowieści. Zaskakująca wizualnie narracja podkreślająca napięcie między bohaterami oraz monumentalne środki wyrazu połączone ze zwrotami akcji sprawiają, że „Understand In Time” ogląda się z wielką uwagą. Miłosna historia opowiadana przez Govalesa, w warstwie lirycznej utworu, nabiera drugiego dna. Reżyserem klipu jest Piotr Matejkowski, a za produkcję odpowiadają MOST Records i Papaya Films. W wideo zobaczyć można także samego artystę oraz grono związanych z nim postaci.

Odsłuch: Duit Now I’m Here

okladka_duit

Po kilku obiecujących singlach zapowiadających debiutancki album Duita, w końcu doczekaliśmy się premiery pierwszego długograja w dorobku jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich producentów elektronicznych młodego pokolenia. Album to trzynaście dopieszczonych w każdym detalu kompozycji i plejada gości z Polski i USA. Wspólnie z artystą opowiadają oni emocjonalne historie brzmieniowo osadzone na styku nowoczesnego r&b i popu. Tak o wydawnictwie mówi sam artysta:

Ta płyta to dla mnie 29 lat pracy, wyczekiwana tyle samo. 100 lat poprawek i dopieszczania. Zero kompromisów i nie oglądania się za siebie. Chciałem, aby była ona zrobiona całkowicie po mojemu i taka właśnie jest.

Poniżej całość do odsłuchu, a wersję fizyczną płyty można od dziś nabyć na terenie całej Polski w sklepach sieci Empik, a także w wybranych sklepach muzycznych w Polsce i zagranicą oraz online na www.mostrecords.cowww.prosto.pl