Zacznijmy od faktów. Tak, Justin Timberlake jest doskonałym wokalistą, świetnym tancerzem i radzi sobie całkiem nieźle jako autor piosenek i producent. Do tego ma aparycję, która nie rani. Dzięki swojemu entuzjazmowi, udało mu się także przyciągnąć do siebie rzesze młodych słuchaczy, którzy uwierzyli w to, że ten chłopiec z boybandu, który opinii publicznej jest nowym królem popu i muzycznym zbawcą. Ten wręcz idealny obraz burzy jednak jeden istotny element. Jest nim przeolbrzymie ego Justyna, któremu wydaje mu się, że jeśli 2 lata temu udało mu się nagrać dobry album, to już wszystko mu wyjdzie. I tak może grać w filmach, ba!, być poważnym aktorem, komikiem projektantem mody, gospodarzem dużych gal i imprez, a nawet nowym Martinem Scorsese, Stone’em i tylko słodki Xenu wie, kim jeszcze. Justyno, siadaj i już nic nie gadaj, bo to naprawdę nie jest tak artystyczne, ani zabawne, jak by ci się wydawało. Oto jedna z najnowszych reklamówek, promująca Timberlake’ową linię odzieżową William Rast, wyreżyserowana OCZYWISCIE przez Justina. Bo on potrafi wszystko, tak?! Proszę. Na pewno potrafi zrzynać. Biedny Scorsese, biedni Urodzeni Mordercy, na których gwałtu dokonał przeambicjonowany koleś w loczkach z N’sync. To kiedy fabuła?


Komentarze