
Nie chcę przypadkiem stworzyć nowej serii postów pod szyldem „każdy powód do napisania o Kanye jest dobry”, ale ostatnio dość mocno wróciłem do jego drugiego, i moim zdaniem najlepszego do tej pory, krążka – laTeRegistration (uwielbiam Kejnowe CAPS-y)…
Jest faktem, że od czasu Graduation Ye, świadomie lub nie, coraz bardziej dzieli swoich fanów. Przede wszystkim muzycznie – bo najpierw przy okazji w/w krążka mocniej niż do tej pory uderzył w elektroniczną nutę, a na 808s and Heartbreak nie tylko zaczął notorycznie używać vocodera, ale też śpiewać(!); ale także (jakkolwiek to nie zabrzmi) ideologicznie, ze względu na coraz bardziej kontrowersyjne wypowiedzi i zachowanie. Spekuluje się, że muzyk ma problemy z alkoholem, choć bardziej niż to, wszystkich uderza mocno przerośnięte ego gwiazdora.
Tak! kanYeWest niewątpliwie ma zbyt duże ego, ALE (co chyba ważniejsze) potrafi robić naprawdę świetną muzykę. I choć w pewnym sensie okrada trochę artystów wcześniejszych pokoleń, to zazwyczaj nie robi tego bezmyślnie i po omacku. W utworze, który wygrzebałem (choć nie do końca, bo znalazłem go właściwie na samym wierzchu tytułowej „muzycznej szuflady”) dostało się akurat Otisowi Reddingowi (genialnemu swoją drogą). Ale nie został poturbowany na tyle, aby móc mówić o poważnych obrażeniach czy muzycznym świętokradztwie, jak to wcześniej kilka razy się Westowi przydarzyło, chociażby z „Diamonds Are Forever” Shirley Bassey i „Spirit in the Dark” Arethy Franklin. Nikt nie jest nieomylny, jednak kreatywności i talentu Kejnowi odmówić się nie da. Te niewielkie (choć zapamiętywalne) potknięcia rekompensują mu w 100% takie genialne kawałki jak właśnie „Gone”.


Komentarze