Suplement: Najlepsze płyty 2010 wg Soulbowl.pl

Data: 31 grudnia 2010 Autor: Komentarzy:

suplement3

Rok 2010 był muzycznie szczodry, ale chyba mimo wszystko niekoniecznie dla czarnej muzyki, dlatego postanowiliśmy wrócić do zaprezentowania jedynie 25 najlepszych albumów w formie listy (w opozycji do aż czterdziestu w zeszłym roku), ale że kilka krążków, które uważamy za warte polecenia, nie zmieściło się w ostatecznym zestawieniu, pragniemy zaprezentować ten oto suplement, gdzie znajdziecie indywidualne typy każdego z redaktorów, których zabrakło w redakcyjnej 25-ce! Kolejność, tym razem, alfabetyczna.

Autre Ne Veut, Autre Ne Veut

Czarna muzyka w ostatnich latach zdecydowanie częściej łapie się eksperymentalnych prądów, aniżeli miało to miejsce w przeszłości. Coraz częściej łączy się ją z elektroniką czy indie popem otrzymując trudne do zdefiniowania muzyczne mieszanki. Jedną z nich jest amerykański projekt Autre Ne Veut, który zabiera nas do roztańczonych lat 80tych w swój alternatywny, pokręcony sposób. Nieokiełznane elektroniczne pokłady mnożące się bogactwem warstw i nakładające się nawzajem, soulujące chórki połączone z twardym, zdartym głosem wokalisty i zimna, new wave’owa atmosfera tworzą bardzo interesujące dzieło.

AAKTT

Black Milk, Album of the Year

Producent z Detroit powrócił z nowym albumem po niezwykle ciężkim dla siebie roku i wszystkie te emocje zawarł na krążku. Black Milk wypracował brzmienie, w którym słychać klasykę rapu i muzyczne dokonania artystów swojego rodzinnego miasta. Ma też przy tym ucho na nowe pomysły i dźwięki. Mamy tu mocarne, zupełnie wyjątkowe brzmienie bębnów nie podobne do niczego innego, uzyskane przy pomocy cichego bohatera krążka Daru Jones’a. Przy całym swoim producenckim kunszcie Milk rozwinął się również jako raper. Rymuje pewnie, co chwila rzucając cięte wersy.

EMES

Toni Braxton, Pulse

Może i ostatni album Toni Braxton nie był przełomowym osiągnięciem czarnej muzyki tego roku, ale jeśli kochaliście Toni 5, a nawet 15 lat temu to z pewnością po tym krążku wasza miłość do wokalistki nie zgaśnie. Przepełniony w większości mid-tempo balladami o wzlotach i upadkach w miłości, Pulse to porządna porcja mocnego i przepełnionego pasją żeńskiego R&B. Niektórzy po prostu nie potrzebują producentów z topowej półki ani wpasowywania się w obecne trendy, by zrobić naprawdę dobry album.

FILIP

Drake, Thank Me Later

Wielu mówi, że Thank Me Later zaczyna się tam, gdzie skończyło się 808s & Heartbreak – i coś w tym jest. To nie jest typowy album mainstreamowego rapu. Nie pobawicie się do tych piosenek w klubie. Nie znajdziecie tu bluzg, lejących się szampanów, ani zatrudnionych wokalistek, by śpiewały refren (coby się lepiej w radiu przyjęło, co nie?). Melancholijnie, refleksyjnie, a nawet lekko w depresyjnym klimacie. Bardzo dobra rzecz.

FILIP

Brad Mehldau, Highway Rider

O jazzie na Soul Misce piszemy co prawda bardzo okazjonalnie, a jeśli już piszemy to raczej o czarnym funkującym plumkaniu. Brad Mehldau reprezentuje jednak zupełnie inny rodzaj jazzu – bardziej stonowany, poważny, z wirtuozerskim zacięciem. Nowa płyta, wydana w marcu tego roku przez Nonesuch Records, przez wielu już została okrzyknięta jego opus magnum. To dość tajemniczy i niepokojący krążek, który mimo swojej czysto jazzowej natury, czerpie bardzo wiele z symfonicznego dziedzictwa muzyki klasycznej. Miejscami układny i staranny, czasem zupełnie nieprzewidywalny.

AAKTT

Lloyd Miller & the Heliocentrics, Lloyd Miller & the Heliocentrics

Po Mulatu Astatke Brytyjczycy z The Heliocentrics zaprosili do współpracy kolejnego przedstawiciela niemainstreamowego jazzu. Po ethio jazzie przyszła pora na Lloyda Millera, który zasłynął z łączenia muzyki orientalnej (dokładnie muzyki z Persji) z jazzem. Krążek to wspaniała wycieczka w nieznane, bogate instrumentarium (sitar, tabla) poszerzają przestrzeń dźwiękową a ich brzmienie wprowadza w swoisty trans. Panowie odwalili kawał dobrej roboty.

ROUX SPANA

Natu, Gram duszy

Walczyłam o to, żeby płyta Gram duszy znalazła się w top 25, nie udało się. Nie omieszkam jednak wspomnieć o niej w moich suplementach. Do albumu zdecydowanie trzeba dojrzeć i wracać do niego. Czy jest na sali osoba, która pokochała go po pierwszym odsłuchu? Zgłaszać się. Natu tutaj zaskakuje nie tylko dźwiękami, ale też mocno osobistymi tekstami, jej wokal momentami uspokaja, ale często daje kopa. Podkłady ponownie podrasował Envee, czyli nie ma byle jakiej fuszerki. Polski majstersztyk, polecam.

LEJDI K’

Rihanna, Loud

Kto się lubi bawić i tańcować zapewne wie, czemu poświęcam Riri swój czas i miejsce tutaj. Mało o niej w misce, ale to tylko dlatego, że nadal ma czerwone włosy. Album typowo imprezowy, pełny mocnych bitów, banalnych tekstów, ogólnie przerost formy nad treścią. I co z tego, że czarności na nim zaledwie kropla? Co z tego, że kozia chrypka Barbadoski nie mija? Jedno jest pewne, słysząc w klubie singlowe utwory nie da się usiedzieć w miejscu i o to jej zapewne chodziło. Aha, nie zapomnijcie złożyć jej życzeń 20 lutego.

LEJDI K’

Quadron, Quadron

Duński duet nagrał rewelacyjną płytę. Melodie w wykonaniu Coco Maja Hastrup Karshøj są lekkie i niewymuszone, jej barwa pełna i głęboka. Robin Hannibal tchnął w muzykę ogromne pokłady słońca i ciepła. Każdy utwór jest inny, ma się wrażenie, że inspiracje duetu z północy sięgają dalej niż tylko do soulu. Płyta, której słucha się więcej niż jeden raz, a utwór „Average Fruit” to zdecydowanie jedna z piękniejszych kompozycji tego roku.

ROUX SPANA

Zo!, Sunstorm

Świetnie zaaranżowana muzyka, która została przekuta na piękne utwory. A to nie zawsze się udaje. Zo! Penetruje muzyczne gatunki począwszy od jazzu, przez funk, a kończąc na broken beacie tworząc swoje własne brzmienie pełne groovu, emocji i poezji. Wszyscy goście spisali się na medal, lecz od pierwszych dźwięków wiadomo kto jest pierwszoplanową postacią krążka. Przy tym płyta zaskakująco spójna jak na album producencki. Do Zo! powinna ustawiać się kolejka po bity, a jeszcze wszystko przed nim.

EMES

Komentarze

komentarzy