Relacja: Raphael Saadiq na Festiwalu Pozytywne Wibracje 2011

Data: 24 lipca 2011 Autor: Komentarzy:

raphael-saadiq

Patrząc na sprawę Festiwalu Pozytywne Wibracje od strony logiczno-logistycznej, wszystko powinno pójść nie tak. Bo daleko, bo Białystok to już przecież Rosja, bo line-up trafia do dość wąskiej grupy odbiorców, bo kimże ta słynna gwiazda wieczoru jest, kiedy (prawie) nikt jej nie zna? Jak się jednak okazuje, są na świecie artyści, dla których warto na koncert czekać latami i przebyć setki kilometrów. Takim artystą zapewne jest Raphael Saadiq, który absolutnie oczarował Białystok i dał publiczności taką energię, że ciężko było ustać w miejscu.

Po rewelacyjnych koncertach James Taylor QuartetDe Phazz, headliner był, jakby to delikatnie ująć, nieco spóźniony. Planowany czas koncertu wypadał na godzinę 22.30, całość jednak zaczęła się około 23. Start od mocnego kawałka – ‚Heart Attack’ na dzień dobry poruszył białostocką publikę do tańca, a sam Raphael przywitał zgromadzonych gości promiennym uśmiechem, irytacja wynikająca z długiego czekania ustąpiła miejsca absolutnej salwie radości. Na koncertowo zaaranżowanym ‚Radio’ pod barierkami rozległo się istne szaleństwo. Rewelacyjny był sam kontakt lidera z publicznością – co chwilę rozdawał uśmiechy, całusy, skakał po scenie, ale przede wszystkim – pokazał niezwykły talent instrumentalno-wokalny. Padło też kilka anegdotek, dowiedzieliśmy się na przykład, że inspiracją do napisania piosenki ‚Stone Rollin’’ w wieku jedenastu lat była bardzo obszerna kobieta, która przypominała toczący się kamień.
Na uwagę zasługuje także wysoce profesjonalny zespół Saadiqa, który składał się z czterech instrumentalistów i jednego wokalisty wspomagającego, który notabene sam odwalał kawał niezłej roboty jako wodzirej. Przepięknie zaśpiewał partie Saadiqa w ‚Never Give You Up’.
I dokładnie w momencie, w którym pomyślałam, że przydałby się jakiś starszy klasyk dla fanów, rozbrzmiały dźwięki ‚Be Here’, a następnie ‚Sky, can You Feel Me?’. Wydawać mogłoby się, że to już koniec, kiedy Saadiq zszedł ze sceny, jednakże publika tak długo skandowała ‘Let Him go’, że w końcu po raz kolejny wybiegł i na bis dorzucił ‚Go To Hell’, oraz wspaniale, refleksyjnie zagrane ‚Let The Sunshine’ które było ostatecznym zakończeniem show. Sam Ray sprawiał wrażenie, jakby nie bardzo chciał opuszczać scenę, widać było, że cieszy go widok pobudzonej, szczęśliwej publiczności, jednak w końcu został z niej siłą ściągnięty przez resztę zespołu.
‘Do you love me?’ – padło z jego ust pytanie wcześniej, przed ‚Sure Hope You Mean It’. I odpowiedź była oczywista, bo być może przed koncertem miał zaledwie garstkę fanów w Polsce, ale jestem pewna, że po tym koncercie ich liczba urosła znacznie. Prawdziwa klasa potwierdzona wysoką jakością dźwięków i energii. Kogo nie było, niech żałuje. Dla mnie bezapelacyjnie koncert życia!

Za relację dziękujemy naszej wieloletniej czytelniczce i znajomej, pani samo zło – Amandzie Abramowicz

Komentarze

komentarzy