raphael saadiq

Recenzja: Raphael Saadiq Jimmy Lee

Jimmy Lee

Raphael Saadiq

Columbia / Sony

Ośmiu długich lat było trzeba, by Raphael Saadiq, niewątpliwie jedna z najważniejszych postaci współczesnego R&B, wypuścił długogrającego następcę retrosoulowego Stone Rollin’. Choć w zasadzie o następstwie nie moży być mowy — stylistycznie i kontekstowo dzieli te dwa krążki wszystko. Mimo tego to nadal Saadiq i, co chyba najważniejsze, ten sam Saadiq, którego kochamy.

Jimmy Lee to w zasadzie epitafium, album zadedykowany i napisany z perspektywy zmarłego brata muzyka, który przegrał życie z uzależnieniem narkotykowym. To najbardziej osobisty tekstowo krążek Saadiqa, który przez lata uciekał od mieszania swojego życia prywatnego z muzyką, aż w końcu znalazł się w punkcie, gdy potrzebował tego, by móc oddzielić przeszłość grubą kreską. Szczególna perspektywa Saadiqa znalazła odzwierciedlenie także w oprawie muzycznej, która eksploruje wachlarz tych samych brzmień, które nadawały pęd trwającej już przeszło trzy dekady karierze artysty. Jimmy Lee został skrojony jako specyficzne song cycle, progresywne, śmiało mieszające gatunki, dosłownie łamiące jeden drugim dzięki nagłym przejściom między utworami — przywodzącym kasetowe mikstejpy czy przełączenie kanałów telewizyjnych. Warto zauważyć, że Saadiq (z wyjątkiem A Seat at the Table Solange) od prawie dwóch dekad niemalże nie produkował rzeczy będących blisko współczesnego brzmienia — na Jimmy’m Lee> wykorzystuje więc trochę oldschoolowych, a trochę archaicznych rozwiązań, które przedstawia jako ponadczasowe, co czasem udaje mu się znakomicie (m.in. w funk-soulowym „So Ready” czy zbudowanym na klasycznym hiphopowym bicie chilloutowym „I’m Feeling Love”), a momentami nieco gorzej (zwłaszcza w triphopowym „Glory to the Veins”, które mimo pewnej ułomności doskonale wpisano w bieg krążka). Niemniej, pomimo drobnych mankamentów Jimmy Lee to znakomita płyta — zarówno koncepcyjnie, kompozycyjnie, jak i producencko.

Choć konstrukcja krążka może z początku wydawać się chaotyczna, w rzeczywistości kolejne utwory dopasowano do siebie rozmyślnie, a specyficzny przebieg albumu staje się przy kolejnych odsłuchach jego wyróżnikiem, a w końcu nawet atutem. Podobnie jak promujące płytę słodko-gorzkie midtempo „Something Keeps Calling”, tak i cały album rozpisano jako grower. Saadiq jest na krążku niewątpliwie bardziej doświadczony życiem i zaangażowany niż przed dekadą, zabawa konwencją nie jest już dla niego najważniejsza (choć zestawienie podbitego futurystycznym bitem „My Walk” z tradycyjnym charakterem inspirowanego pieśniami afroamerykańskich niewolników „Belongs to God” można tak właśnie potraktować), a każdy z kolejnych utworów na swój sposób uzmysławia słuchaczowi bezwzględność otaczającej nas rzeczywistości. Jak wspominane „Something Keeps Calling” i pozornie jedynie beztroskie „So Ready” opowiadające o bezradności w walce z nałogiem czy empatyczne „This World Is Drunk” oraz „Kings Fall” wiążące uzależnienie bezpośrednio z odrzuceniem („He’s always feeling left out / and he always left his friends out / he never understood why”). Dwa spośród najmocniejszych momentów krążka Saadiq pozostawił jednak na sam koniec — najpierw w poruszającym, przestrzennie wyprodukowanym „Rikers Island” zwieńczonym uduchowionym, chóralnym refrenem artysta odnosi się do nadproporcji Afroamerykanów w amerykańskich więzieniach („Too many niggas in Rikers Island / Why must it be? / Too many niggas in Rikers Island / Set ’em free”) przez utrzymywanie napędzanych przez wielki biznes post-kolonialistycznych mechanizmów społeczno-prawnych. Faktyczną myśl przewodnią Jimmy’ego Lee przynosi jednak dopiero ostatnie „Rearview” z wieloma pytaniami zadanymi głosem Kendricka Lamara — „How can I change the world, but can’t change myself?” i odpowiedzią Saadiqa wracającą do słuchacza jak bumerang w kilkudziesięciosekundowym pulsującym fadeoucie — „Your life is in your rearview”…

Raphael Saadiq w gotowości

W kolejnym singlu z krążka Jimmy Lee Raphael Saadiq eksploruje lekki taneczny funk spod znaku The Foreign Exchange. Nic dziwnego, że numer zwizualizowano równie słonecznym i witalnym teledyskiem! Głównym bohaterem nadal jest mężczyzna, którego poznaliśmy przed miesiącem w klipie do osobistego „Something Keeps Calling”, być może tytułowy Jimmy Lee, który po raz kolejny doświadcza czegoś na kształt iluminacji podczas zmagań z nałogiem, z którego nie potrafi wyjść.

Raphael Saadiq wizualizuje „Something Keeps Calling”

Ktoś kiedyś powiedział mi, że zawsze, gdy wykonawca nie pojawia się osobiście w swoim teledysku, czuje się oszukany. Poczułby się tak i oglądając klip do „Something Keeps Calling” Raphaela Saadiqa, bo jego bohaterami są aktorzy, a samego artysty na ekranie nie zobaczymy. Rzecz jednak zrealizowano z niezwykłą dbałością o sferę wizualną w stylu nowoczesnego kina arthouse’owego. To doskonałe dopełnienie gorzkiego utworu traktującego o mierzeniu się z nałogiem. Tymczasem nowa płyta Saadiqa Jimmy Lee ukazała się wreszcie w miniony piątek.

#FridayRoundup: Raphael Saadiq, Missy Elliott, Brockhampton, Rapsody i inni

Niewiarygodnie zasypał nas premierowymi wydawnictwami ostatni weekend sierpnia. Nie tylko po latach nowe wydawnictwa wypuścili Raphael Saadiq i Missy Elliott, ale ukazały się wypatrywane przez nas płyty Brockhampton, Rapsody i Olivii Nelson. Ponadto epka od Toro y Moi, kolejny krążek Jazzmei Horn, nieoczekiwany afrobeatowy album Jidenny i pożegnalna płyta Jeezy’ego. Słowem — jest czego słuchać!


Jimmy Lee

Raphael Saadiq

Columbia

Choć Raphael Saadiq nie zasypiał gruszek w popiele od wydania Stone Rollin’ w 2011 roku, osiem długich lat zajęło mu wypuszczenie nowego kolejnego krążka. W międzyczasie zawitał do Polski na koncert, zapowiedział drugą część kultowego Ray Ray, której premiera nie doszła finalnie do skutku, czy otrzymał nominację do Oscara. Dziś w internecie pojawiła się jednak nareszcie wyczekiwana od dawna nowa płyta Jimmy Lee, na której 53-letni już artysta przepracowuje rozmaite traumy, których nie miał okazji poruszyć na wcześniejszych krążkach i patrzy z dystansem na swoją karierę sceniczną, jednocześnie gotów stawić czoła przyszłości. To być może najbardziej osobista płyta w dyskografii Saadiqa. Muzycznie prym wiedzie oczywiście neo-soul, ale umiejętnie przyprawiony progresywnymi inklinacjami od trip hopu, przez rock, muzykę taneczną, aż po bluesa. To płyta, nad którą zdecydowanie trzeba pochylić się w nadchodzącym tygodniu! — Kurtek


Iconology

Missy Elliott

Atlantic

Missy Elliott wzięła nas wszystkich z zaskoczenia! Gdy w lipcu pisaliśmy, że raperka wygląda i czuje się znakomicie i jest gotowa, by wypuścić nową muzykę, nie przypuszczaliśmy, że stanie się to przed końcem wakacji. Epka Iconology to co prawda zaledwie cztery nowe tracki, ale to wciąż najbardziej obszerne wydawnictwo w karierze artystki od krążka The Cookbook z 2005 roku. Jednocześnie rozpoczynający wydawnictwo numer „Throw It Back” zrealizowano kolorowym teledyskiem przywodzącym na myśl klasyczne klipy Misdemeanor. Niestety, nie jest aż tak różowo — wielu może odstręczyć surowe brzmienie wydawnictwa i powtarzalność fraz zapożyczona z trapu. Nie są to produkcje ze złotej ery Timbalanda, z jakimi kojarzyliśmy Missy i które w dużej mierze zbudowały jej barwną legendę. Brakuje earwormowych refrenów i charyzmatycznych, quirkyrapowych zwrotek. Niemniej, na pewno damy nowej inkarnacji Elliott szansę i wam radzimy zrobić to samo! — Kurtek


Ginger

Brockhampton

Question Everything / RCA

Nie ma wątpliwości, że Brockhampton to jeden z najmocniejszych składów hip-hopowych. Przy okazji Iridescence pisaliśmy, że pomimo zmian w zespole i bardziej eksperymentalnego brzmienia niż tego znanego z trylogii, Brockhampton wciąż pozostają sobą. Wydaje się, że tym razem wśród szorstkich bitów znajduje się więcej przestrzeni, a na albumie zdecydowanie więcej miejsca zajmują piosenkowe, lżejsze momenty. Jak zapowiadał Kevin Abstract, Ginger nastrojem porównać można do „Hey Ya” OutKast – chłopaki tematy depresji, miłości czy trudnej przeszłości wykładają w pozornie weselszy, lecz wciąż poruszający sposób. — Klementyna


Eve

Rapsody

Jamla / Roc Nation

Kiedy w 2017 roku wyszedł numer „Power”, na którym obok Rapsody pojawił się Kendrick Lamar , będący wówczas w swojej szczytowej kondycji, raperka nie tylko nie przygasła przy gościu, ale charyzmą i surowością linijek zdarzało jej się dominować. Już wtedy czułem, że w artystce tkwi olbrzymi potencjał, ale to najnowszy krążek, zatytułowany Eve, pozwala jej jak nigdy wcześniej rozwinąć skrzydła i popisać się wszechstronnością. Z jednej strony zatem „Cleo” atakuje nas z zaskoczenia wściekłymi, chłodnymi linijkami położonymi pod instrumental samplujący „In the Air Tonight” Phila Collinsa, z drugiej „Ibithaj” to próba ożenienia Wutangowego olschoolu ze smukłym R’nB (za które na tracku odpowiada sam D’Angelo), zaś „Ryena’s Interlude” to miniatura w klimacie poezji spoken word. Tropów brzmieniowych jest jeszcze więcej, ale w tym wszystkim esencją dalej pozostają przesycone afroamerykańskim feminizmem teksty, które sięgają zarówno po bigbootypraising i radosne body positive, jak i (znacznie częściej) po bardzo bezpośrednie, agresywne próby rozliczenia się z Ameryką za krzywdy wyrządzone czarnoskórym kobietom. Nie bez powodu nazwy tracków na albumie to kobiece imiona. Rapsody celuje nie tylko w solidnie skonstruowany rapowy krążek, ale przede wszystkim  w wyraźny manifest.  — Wojtek


Back to You

Olivia Nelson

Hear This

Autorka jednej z naszych ulubionych epek z zeszłego roku wypuszcza kolejny minialbum (tym razem bardziej zbliżony do standardowego rozmiaru). Back to You po raz kolejny zgrabnie łączy R&B z popem. Połączenie to poddaje tym razem dominacji minimalistycznych bassowych aranży przywodzących na myśl Kelelę. Olivia Nelson nadal jednak stawia na klasyczne, można by rzec — staromodne, piosenki. Brak aranżacyjnych plot twistów może zniechęcić. Jeżeli jednak przedkładacie ładne melodie nad fajerwerki, to na nowym wydawnictwie Olivii z pewnością kilka takich melodii znajdziecie. — Maja Danilenko


Smartbeats

Toro y Moi

Toro y Moi

Toro Y Moi zaprezentował nowe EP zatytułowane Smartbeats. Projekt został wydany we współpracy z firmą Smartwater i zawiera kolaboracje z Nosaj Thing, Empress Of, Washed Out i Madeline Kenney. Wszystkie utwory inspirowane są zasadą „smartwater” i zostały napisane jako uzupełnienie aktywności fizycznej, do których lubisz się spocić. Artyści zaangażowani w projekt, to podobno głęboko wierzący bio zwolennicy, szukający alternatywnych sposobów odnowy biologicznej. Temat od długiego czasu na topie, ale ja jednak wolę poćwiczyć przy swojej playliście, a nie do wodno-elektrycznych dźwięków napisanych na potrzeby konkretnej firmy, która próbuje zwiększyć swoją popularność poprzez uruchomienie nowego programu kulturalnego, mającego na celu połączenie muzyki popularnej z najnowszymi osiągnięciami w nauce i technologii. — Forrel


Love and Liberation

Jazzmeia Horn

Concord Jazz

Debiutancki album Jazzmei A Social Call zapewnił jej w ubiegłym roku nominację do Grammy. Wokalistka z Teksasu dołączyła tym samym do grona najbardziej wyróżniających się jazzowych głosów młodego pokolenia. Jednocześnie wsłuchując się w jej najnowsze dzieło – Love and Liberation, słychać dojrzałość i świadomość kierunku, w jakim chce ona podążać. Na krążku znajdziemy zarówno autorskie utwory, jak i covery, wśród których są m.in. „No More” Jona Hendricka i „Green Eyes” Erykhi Badu. Macie ochotę na trochę jazzu w tradycyjnym wydaniu? Odpalcie album Jazzmei Horn. W końcu takie imię zobowiązuje. — Mateusz


85 to Africa

Jidenna

Epic

Jidenna, wokalista, producent, gentleman o afrykańskich korzeniach wraca z drugim albumem w swojej karierze. Po bardzo umiarkowanym sukcesie krążka The Chief muzyk zdecydował się zamienić R&B w radiowym wydaniu na soczysty afrobeat. Jego nowe wydawnictwo to 11 utworów promowanych takimi singlami jak „Tribe” czy „Sufi Woman”. Wśród gości pojawili się m.in. GodlLink czy Seun Kuti. Czy muzyczna podróż do Afryki to aby dobry pomysł na wskrzeszenie kariery? Nie mówię nie — Adrian


TM104: The Legend of the Snowman

Jeezy

YJ / Def Jam

Ostatnia część serii Thug Motivation może być zarazem ostatnią płytą Jeezy’ego. To już jedenasty krążek w jego dyskografii i jeżeli rzeczywiście miałby być tym pożegnalnym, to lepszego momentu nie mógł sobie wybrać. Dziś jest tylu młodych raperów z Atlanty, którzy wyznaczają trendy w amerykańskim i światowym hip-hopie, że właśnie teraz jest czas na zawieszenie mikrofonu na kołku i ostateczne przekazanie im pałeczki. Być może Jeezy właśnie tak sobie pomyślał, tego nie wiem. Wiadomo tyle, że dostajemy osiemnaście tracków, gościnnie między innymi CeeLo Green, Meek Mill i John Legend, a produkcyjnie gospodarza wspierają np. Lex Luger i J.U.S.T.I.C.E. League. — Dill


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Raphael Saadiq z drugą zapowiedzią Jimmy Lee

Minął miesiąc od premiery subtelnego „Something Keeps Calling” i Raphael Saadiq zdecydował się na upublicznienie drugiego utworu zapowiadającego jego pierwszy po ośmioletniej przerwie krążek Jimmy Lee. Do nowego nagrania, zaledwie 2-minutowego i bardziej triphopowego niż soulowego w brzmieniu „Glory to the Veins” muzyk zaangażował kolejnego utalentowanego instrumentalistę — pianistę jazzowego Ernesta Turnera. Posłuchajcie nowego numeru poniżej. Tymczasem Jimmy Lee ma ukazać się nakładem Columbia Records 23 sierpnia i zawierać 13 utworów, w tym duet z Kendrickiem Lamarem.

Raphael Saadiq wraca z nowym singlem po ośmioletniej przerwie

Choć Raphael Saadiq nie zasypiał gruszek w popiele od wydania Stone Rollin’ w 2011 roku, osiem długich lat zajęło mu wypuszczenie nowego solowego singla! W międzyczasie zawitał do Polski na koncert, zapowiedział drugą część kultowego Ray Ray, której premiera nie doszła finalnie do skutku, czy dostał nominację do Oscara. Dziś w internecie pojawiło się jednak nareszcie wyczekiwane od dawna nowe nagranie — „Something Keeps Calling”, które treścią odnosi się bezpośredniego do wieloletniej przerwy artysty. Muzycznie z kolei to subtelny miks saadiqowskiego soulu z wpływami funk rocka (za sprawą gitarzysty Roba Bacona) i klasycznego R&B. Nagranie można nazwać zachowawczym, ale lepszym określeniem będzie — refleksyjne. Ponoć „Something Keeps Calling” zwiastuje kolejny solowy krążek Saadiqa zatytułowany Jimmy Lee, ale na potwierdzenie tej informacji trzeba będzie pewnie jeszcze poczekać. Tymczasem słuchamy!

John Legend zapowiada świąteczny album

Ponoć wskaźnik prezentujący roczną popularność „Last Christmas” zaczyna powoli wzbijać się w górę. Nim osiągnie szczyt, minie jeszcze trochę czasu, jednak jest to jeden z pierwszych sygnałów zwiastujących nieuchronnie zbliżające się święta. Oznacza to również rozpoczęcie sezonu na wydawnictwa muzyczne osadzone w tym klimacie. Jeżeli męczą was powtarzane co roku przeboje, to niespodziankę ma dla was John Legend. Okazuje się, że jeszcze w tym miesiącu artysta wypuści projekt zatytułowany A Legendary Christmas. Na krążku usłyszymy oryginalne kompozycje oraz dobrze znane standardy, a u boku Legenda pojawią się Stevie Wonder oraz Esperanza Spalding. Producentem wykonawczym projektu jest Raphael Saadiq, a całość będziemy mogli usłyszeć już 26 października. Lista utworów pod spodem.

Spis utworów:
1. What Christmas Means to Me (feat. Stevie Wonder on harmonica)
2. Silver Bells
3. Have Yourself a Merry Little Christmas (feat. Esperanza Spalding)
4. No Place Like Home
5. Bring Me Love
6. Merry Christmas Baby / Give Love on Christmas Day
7. Christmas Time Is Here
8. Waiting for Christmas
9. Purple Snowflakes
10. The Christmas Song (Chestnuts Roasting On An Open Fire)
11. Please Come Home for Christmas
12. Wrap Me Up in Your Love
13. By Christmas Eve
14. Merry Merry Christmas

Ali Shaheed Muhammad i Adrian Younge szykują naładowany gościnnymi udziałami album

Takie newsy bardzo lubimy! Okazuje się, że związany niegdyś z A Tribe Called Quest Ali Shaheed Muhammad i Adrian Younge szykują wspólną płytę jako The Midnight Hour. To, że panowie współpracują ze sobą nowością nie jest, bo byli chociażby odpowiedzialni za stworzenie ścieżki dźwiękowej do Luke’a Cage’a, a zalążki wspólnej działalności były już widoczne na albumie Souls of Mischief, produkowanym przez Younge’a. Na nowym projekcie znajdziemy gościnne udziały między innymi Raphaela Saadiqa i Cee-Lo Greena ale też, Bilala, Marshy Ambrosius, Questlove’a, Keyona Harrolda, No I.D., Jamesa Poysera i innych. Pełna tracklista poniżej. Już teraz można sprawdzić pierwszy singiel „Questions” z Cee-Lo na wokalu. Jeśli pamiętacie untitled unmastered Kendricka Lamara, to na pewno skojarzycie, że „Questions” było samplowane w „untitled 06 | 06.30.2014.”.

1. „Black Beacon”
2. „Mare” (feat. Ladybug Mecca)
3. „It’s You” (feat. Raphael Saadiq)
4. „Questions” (feat. Cee-Lo Green)
5. „So Amazing” (feat. Luther Vandross)
6. „Gate 54”
7. „Do It Together” (feat. Bilal)
8. „Redneph In B Minor”
9. „Better Endeavor”
10. „Smiling For Me” (feat. Karolina)
11. „Don’t Keep Me Waiting” (feat. Marsha Ambrosius)
12. „Bitches Do Voodoo” (feat. Ángela Muñoz)
13. „Possibilities” (feat. Eryn Allen Kane)
14. „Mission”
15. „Dans Un Moment D’errance” (feat. Laetitia Sadier, Questlove & Keyon Harrold)
16. „Love Is Free” (feat. Eryn Allen Kane)
17. „Together Again” (feat. No I.D. & James Poyser)
18. „Feel Alive” (feat. Karolina & Loren Oden)
19. „There Is No Greater Love” (feat. Loren Oden & Saudia Yasmein)
20. „Ravens”

En Vogue powracają z nowym utworem „I’m Good”

En Vogue powracają z nowy utworem I'm Good

Dziewczyny z największym hitem na koncie w postaci „Free Your Mind” powracają (po raz kolejny). En Vogue jako trio w składzie Rhona Bennett, Terry Ellis oraz Cindy Herron zaprezentowały nowy instrumentalny singiel R&B, który zadziornie zapowiada, że jest dobry. „I’m Good” stworzone zostało przez Raphaela Saadiqa, a zespół brzmi w nim niezwykle harmonijnie i słychać, że wciąż dobrze czują się w swoim towarzystwie i na scenie. Przesłaniem kawałka jest pokochanie i akceptacja siebie. Przekaz pozytywny. Zobaczymy, czy wystarczy, by najnowszy album grupy o nazwie Electric Cafe zyskał uznanie. Premiera latem.

En Vogue zapowiedziały powrotną trasę koncertową w Stanach Zjednoczonych, a ostatnio zaprezentowały się w telewizji śniadaniowej Good Morning America, w której zaprezentowały madley swoich największych przebojów.

Nowy utwór: Dame D.O.L.L.A. x Raphael Saadiq „Hero”

Z rapującymi reprezentantami ligi NBA bywało różnie. Od radzącego sobie całkiem nieźle Shaquilla, po niewypały w postaci utworów od Bryanta czy Iversona. W tą zdolniejszą grupę rymujących koszykarzy wpisuje się rozgrywający Portland Trail Blazers — Damian Lillard. Tworzy on pod pseudonimem Dame D.O.L.L.A, a o jego umiejętnościach przekonać się możecie dzięki serii Songs From Scratch tworzonej przez Yours Truly oraz adidas Originals, w ramach której stworzył on bardzo pozytywny numer „Hero”. Jakby tego było mało towarzyszy mu w tym rewelacyjny jak zawsze Raphael Saadiq. Utwór oraz krótkie video obrazujące proces pracy nad nagraniem zobaczyć możecie poniżej.

Recenzja: Solange A Seat at the Table

Solange

A Seat at the Table (2016)

Saint

Po zeszłotygodniowej premierze trzeciego longplaya w karierze Solange widać jak na dłoni, jak długą artystyczną drogę przeszła — od wydanego na pół roku przed Dangerously in Love Beyoncé trzecioligowego debiutu, przez zdradzające pewne ambicje twórcze nie do końca fortunnie pożenione z gatunkowymi schematami Sol-Angel and the Hadley St. Dreams, po definiującą Solange po raz pierwszy jako świadomą i konsekwentną artystkę epkę True stworzoną we współpracy z Devem Hynesem. Wtedy też piosenkarka definitywnie przestała być młodszą siostrą swojej sławnej siostry, a teraz z czystym kontem i zapasem sił twórczych wydała nareszcie swoją pierwszą kompletną artystycznie długogrającą odsłonę — A Seat at the Table.

Radykalne zmiany w sposobie dystrybucji muzyki — możliwość ominięcia dużej wytwórni, by krążek w legalnej i zgodnej z intencjami twórcy formie mógł dotrzeć do odbiorców na całym świecie, bez wątpienia wpływa na brzmienie i charakter wydawanej ostatnio muzyki. Doskonale tę zależność zademonstrował przed miesiącem Frank Ocean — jego Blonde nie tylko stało się symbolem ucieczki od supremacji dużej wytwórni, ale pokazało dobitnie, jak priorytety artystyczne rozmijają się z komercyjnymi. Usłyszeliśmy bowiem album bez choćby jednego typowego singla — formą przypominający emocjonalny szkicownik. Solange nie musiała co prawda od nikogo uciekać — od lat jest na swoim — ale nagrała płytę, która jeszcze w latach 90. mogłaby być przez dużą oficynę odrzucona z banalnego powodu — braku ewidentnego przeboju. Tak przez osiem lat na półce leżakował Kamaal/The Abstract zaproszonego zresztą do współpracy przez Solange Q-Tipa. Przy okazji ledwie siedmioutworowego True wielu zadawało sobie pytanie, czy siłą epki nie jest przypadkiem w dużej mierze jej kompaktowy rozmiar i zastanawiało się, jak piosenkarka poradzi sobie na dłuższym dystansie. I oto mamy odpowiedź! A Seat at the Table to longplay z krwi i kości, dbający jednakowo o szczegół i ogół — album, który pochłania się jednym tchem. Wszystko dzięki przemyślanej wizji i zmaterializowanemu dopiero teraz, ale wypracowywanemu latami brzmieniu.

W pierwszej chwili dzięki rozlicznym mówionym interludiom płynnie wpisanym w bieg kolejnych kompozycji album naturalnie przywodzi na myśl przebieg The Miseducation of Lauryn Hill, ale to tylko jeden z wielu tropów. Osobiste retrospektywne ujęcie czarnego dziedzictwa będące tematyczną osią płyty (a zawarte w dużej mierze w reportażowym sposobie narracji) przypomina już bowiem raczej poszukiwanie własnych korzeni przez Matanę Roberts na Mississippi Moonchile — fantastycznej drugiej części jej projektu Coin Coin. Stricte muzycznie Solange plasuje się jednak zupełnie gdzieś indziej — pomiędzy sophistipopowym anturażem KING, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt Eryki Badu a delikatną aurą niezapomnianej Minnie Ripperton. A Seat at the Table to płyta nagrana w tradycji neo-soulu, ale jednocześnie wyraźnie korespondująca z charakterystycznym synthfunkowym brzmieniem, które Solange wypracowała przed czterema laty z Devem Hynesem na kultowym już True. Tym razem co prawda z piosenkarką współpracowało wielu rozmaitych producentów, ale nad całością czuwał weteran soulu Raphael Saadiq. I być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe bijący od A Seat at the Table, który, trzeba podkreślić, sam w sobie nie decyduje o wartości tej skądinąd zrealizowanej zgodnie z duchem czasu płyty — ale to właśnie dzięki niemu krążek już w chwili premiery można uczciwie położyć na półce w towarzystwie klasycznych neo-soulowych albumów. Sama Solange jest na krążku subtelna, ale też szczera, zdecydowana i pewna siebie. Z pomocą Saadiqa po mistrzowsku udało jej się przekuć synthsoulowy minimalizm True na bardziej złożoną brzmieniowo tkankę.

W jednym z hajlajtów krążka — osadzonym na przestronnym wielowarstwowym bicie „Cranes in the Sky” Solange mierzy się z obezwładniającą samotnością, melodycznie odnajdując się gdzieś pomiędzy Eryką Badu a Dirty Projectors. Z kolei nawiązujące tytułem do marki odzieżowej z lat 90. „F.U.B.U.” („For Us, by Us”) to z jednej strony muzyczna reinkarnacja soulu na jazzrapowych bitach spod znaku debiutu D’Angelo, z drugiej zaś przeciwstawiający się wciąż piętrzącym się we współczesnej Ameryce stereotypom rasowym inspirujący czarną społeczność wyrazisty muzyczny manifest. Nie mniej połamane melodycznie, ale mimo tego z powodzeniem rekonstruujące vibe złotej ery funku jest „Junie” oparte na moogowym motywie wyciągniętym jakby z klasycznych płyt Steviego Wondera. A Seat at the Table to także kolejna płyta nurtu nowego R&B, na której rozliczni zaproszeni do współpracy zaprzyjaźnieni artyści nie tylko nie rozbijają koncepcji krążka i nie odwracają uwagi od gospodyni, ale wtapiają się w wykreowane muzyczne uniwersum i bezbłędnie odnajdują w rozpisanych dla nich rolach. W jakimkolwiek innym przypadku trudno byłoby pomyśleć, że zaproszenie na płytę R&B Lil Wayne’a nie zmieni diametralnie jej przebiegu (nie trzeba zresztą daleko szukać, wystarczy wziąć na warsztat swoją drogą mimo wszystko znakomite „Let Me Love You” z tegorocznej płyty Ariany Grande) — na A Seat at the Table Solange znalazła dla niego przy nakrytym przez nią stole miejsce na tyle komfortowe, że trudno wyobrazić sobie „Mad” bez niego. Nie sposób zresztą nie dojść do wniosku, że tytułem i zawartością A Seat at the Table Solange zaprasza nas do własnego stołu. Nie wszyscy z tego zaproszenia skorzystają, ale z pewnością dla każdego znajdzie się miejsce.

Raphael Saadiq zapowiada Ray Ray 2 na wiosnę 2017

raphael_saadiq_press-e1342033510769

Ani się nie obejrzymy, a będziemy słuchać nowej płyty Raphaela Saadiqa, który w ostatnich latach niepokojąco zamilkł (uwierzycie, że od premiery Stone Rollin’ minęło już ponad 5 lat?). Ray Ray 2, kontynuacja drugiej solowej płyty Saadiqa z 2004 roku ma ukazać się wiosną przyszłego roku. Jednocześnie w oczekiwaniu na album artysta udostępnił na Souncloudzie numer „RayRay 9th Show Me”, najprawdopodobniej outtake z sesji nagraniowych pierwszej części Ray Ray. Czekamy z niecierpliwością na więcej!

Nowy mixtape: Raphael Saadiq presents: Jane Handcock „Truth Be Told”

1077ts2
Nic nowego ostatnio od Raphaela Saadiqa nie wychodzi, ale przynajmniej można posłuchać czegoś, co poleca. Wokalista postanowił wziąć pod swoje skrzydła Jane Handcock — młodą artystkę, która wcale nie jest debiutantką. Ma już na swoim koncie współpracę między innymi z Kelly Rowland, Tyresem, Tankiem, czy Big K.R.I.T.’em, by wymienić tylko kilku. Teraz postanowiła spróbować swoich sił solo. „Truth Be Told” to trzynastokawałkowy mixtape (jedenaście numerów plus intro i outro). Niby śpiewa kobieta, ale głos przypomina faceta i kojarzy mi się nawet z Anderosnem .Paakiem, ale może to tylko moje skrzywienie. Na razie zabieram się do dalszego słuchania, co polecam i Wam.

315z9z6

Nowy teledysk: Adrian Younge feat. Loren Oden „Sittin’ By The Radio”

younge_7645-1170x780

Całkiem ładnie otworzy nam się ten przyszły rok. Najpierw info o albumie o Malibu LP, którym zaszczyci nas Anderson .Paak, a teraz do listy tego, na co czekamy najbardziej dopisujemy Something About April II, czyli album, który firmuje swoim nazwiskiem Adrian Younge. Ostatnimi czasy namieszał on sporo szczególnie w hip-hopowym światku, czego efektem był album z Ghostface Killah oraz współpraca z PRhyme. Na mającym się ukazać 22 stycznia krążku, powraca do klimatów pełnych analogowych brzmień, żywych instrumentów, w których główną rolę odgrywać ma soul oraz rozbudowane, przypominające muzykę filmową instrumentale. Z zaproszonych do współpracy gości najbardziej czekamy na to, co wyśpiewają Bilal oraz Raphael Saadiq, ale jak udowadnia nam pierwszy singiel zatytułowany Sittin’ By The Radio, nawet mniej znane postacie jak udzielający się tu Loren Oden, pokażą naprawdę dużą klasę. To może być piękna rzecz!

Nowy utwór: Big K.R.I.T. feat. Raphael Saadiq „Soul Food”

krit

Cadillactica zbliża się wielkimi krokami i jest to bardzo dobra wiadomość, gdyż będzie to mocny kandydat do rapowej płyty roku. K.R.I.T. wypuścił właśnie kolejny świetny singiel. Po dobrze przyjętych „Pay Attention” oraz tytułowej „Cadillactice” dostaliśmy utwór pod tytułem „Soul Food”. Kawałek w którym autor spod znaku korony w swoim stylu doskonale porusza się po wolnym, ciepłym bicie, a całość refrenem dopełnił rewelacyjny Raphael Saadiq. Singiel jest dużo spokojniejszy zarówno pod względem muzyki jak i nawijki w porównaniu do poprzednich. Pozostaje tylko czekać na resztę, bo do tej pory dostaliśmy dużą różnorodność, która wypada znakomicie. Big K.R.I.T. udowadnia, że ma nietuzinkowe umiejętności i może przekazywać je na różne sposoby. Gorąco polecam.

Nowy utwór: Raphael Saadiq „Gonna Miss U”

saadiq

Nie tylko fani, ale i wielu wykonawców upamiętniło w ciągu ostatnich dni wielkiego Bobby’ego Womacka. „Have Beautiful Transition” — takimi słowami zakończył swoją wzruszającą notatkę Raphael Saadiq, który zadedykował zmarłemu artyście dopiero co ukończoną kompozycję. Na samym początku „Gonna Miss U” można usłyszeć Snoop Dogga, potem utwór płynie na fali nawiązań do najlepszych momentów w historii muzyki soul. Koniecznie posłuchajcie.

Recenzja: Kid Cudi Satellite Flight: The Journey to Mother Moon

satellite flight

Kid Cudi

Satellite Flight: The Journey to Mother Moon (2014)

Wicked Awesome Records / Republic Records

-What is you like most about being up here?
 -The silence. I could get used to it.
 Gravity

Kid, Ty fircyku, zagrałeś na nosie pani doktor z hollywoodzkiej produkcji i udowodniłeś, że w kosmosie znaleźć można coś o wiele bardziej interesującego niż ciszę, której akompaniuje Steven Price. Dałeś nam miksturę swojego klasycznego stylu z domieszką patosu VangelisaEnnio Morricone (uwierz, trochę chichotałam, kiedy po raz pierwszy przesłuchiwałam Twój album) oraz odgłosów, które hulały w głowie Lema, kiedy ten osadzał w dźwiękowej rzeczywistości swojej wyobraźni postać pilota Pirxa.

Satellite Flight: The Journey to Mother Moon miał być pierwotnie EP-ką, w zamierzeniu – albumem, a w efekcie – stanowi (podobno) pomost spajający INDICUD i ospale zapowiadającym się Man on the Moon III. Albo inaczej – ma być do MOTM3 wprowadzeniem i zapowiedzią nowego rozdziału w artystycznej twórczości Mescudiego.

Tylko jak ten pomost wygląda? Największą jego słabością jest, paradoksalnie, stabilność, czyli natrętna równość kawałków – przynajmniej tych z pierwszej połowy albumu. Ugrzęzłe w charakterystycznej nostromo-lunarnej stylistyce numery aż do „Too Bad I Have To Destroy You” zdają się siostrzanie podobnymi do siebie zapychaczami albo uzupełnieniami prowadzonej przez Kida narracji. Uzupełnieniem do nieprzedstawionej treści, trzeba dodać. Mętnie nie przestaje być nawet, gdy za mikrofon w „Balmain Jeans” – notabene, niesamowicie banalnego pod względem tekstowym – chwyta Raphael Saadiq. Jest charakterystycznie, a jednak nijako.

Dopiero szósty, posiadający najbardziej hitowy potencjał numer wytrąca z poczucia odrętwienia i zawieszenia, nomen omen, w próżni. „To Bad I Have To Destroy You”, poza ironiczno-melancholijnym tytułem przykuwa uwagę rapowymi skilami Cudiego. O tak, ten człowiek zdecydowanie umie nawijać i szkoda, że robi to relatywnie rzadko.

Podróż trwa w najlepsze. Docieramy do „Internal Bleeding”. Semantycznego #bangu, emocjonalnego #sztosu. Dla tego i poprzednio wspomnianego numeru przedzierałam się przez papkowatość pozostałych utworów. Dziękuję Bogu za ten kawałek, bo jest on jednym z niewielu, po których pozbierać się jest nie łatwo. Co z tego, że technicznie wykazuje te same braki co reszta płyty i w ogóle producencka działalność Scotta: czyli zbytnią monotonność i zacietrzewianie się w jednym, zazwyczaj całkiem udanym, ale na dłuższą metę nudzącym koncepcie. Nic po tym, jeśli ciężar emocjonalnego przekazu w „Internal Bleeding” sączy się jak żółć , a środków wykonawczych, jakie zostały w nim zastosowane, mogliby pozazdrościć wszyscy laureaci wszelakich festiwalów piosenek aktorskich razem wzięci. Jednostajność warstwy instrumentalnej tutaj służyć może tylko jako atut. Nic nie porusza bardziej niż wyśpiewana świadomość wiecznego, jednostajnie raniącego cierpienia podkreślona ociężałością podkładu. Kid, ta piosenka sprawiła, że „my heart was leaking”. As well.

Szkoda tylko, że najjaśnieszy punkt płyty jest jej prawie jedynym highlightem. Leniwie składające się do zamknięcia albumu outropodobne trzy ostatnie numery powracają do poprzednio spotkanej konwencji – czyli głównie do budowania atmosfery, stanowienia wspomagacza opowieści, którą na dobrą sprawę można wysupłać tylko z tytułów kolejnych kawałków. Hej Scott, trochę mało konkretów w twoim sprawozdaniu z podróży do innej rzeczywistości, a zbyt wiele kliszowatych stylistycznych trików, które miały słuchaczy wprowadzić w atmosferę dalekosiężnych wojaży. Satellite Flight… prawdopodobnie zdecydowanie bardziej sprawdziłoby się jako EP-ka. Jego koncepcyjny charakter, zbyt inwazyjnie wpływający na stylistykę panującą na krążku nie wyczerpałby się, gdyby miał się rozciągać na o połowę mniej utworów. Mniej znaczy więcej, pamiętaj o tym, Kid. A teraz zabieraj się do pracy nad MOTM3.

Nowy utwór: Raphael Saadiq & D’Angelo „Be Here (aywy. & TEME rework)”

behere

Klasyczną wersję tego utworu zapewne zna większość naszych czytelników. Dla przypomnienia – singiel pochodzi z debiutanckiego albumu Saadiqa, osadzonego jeszcze w klimatach neo-soulowych. Owa kolaboracja przeszła do klasyki gatunku, będąc sztandarowym wyznacznikiem „pościelowego” brzmienia. (więcej…)

Kid Cudi zdradza szczegóły Satellite Flight: The Journey to Mother Moon

1941544_10152259531603586_1293250662_o
W grudniu zeszłego roku Kid Cudi zapowiadał premierę nowego wydawnictwa Satellite Flight: The Journey to Mother Moon, które będzie preludium do Man on the Moon 3. Utwór promujący album, “Satellite Flight”, przypadł nam do gustu. Dziś możecie zobaczyć okładkę pierwszego z krążków. Podsumuję to jednym wyrazem: kosmos! Poniżej pełen spis utworów. 10 numerów i tylko jeden gość ALE! jaaaaaaaki gość — sam Raphael Saadiq. Niestety data premiery Satellite Flight: The Journey to Mother Moon pozostaje wciąż nieznana.

1. “Destination: Mother Moon”
2. “Going to the Ceremony”
3. “SATELLITE FLIGHT”
4. “Copernicus Landing”
5. “Balmain Jeans” feat. Raphael Saadiq
6. “Too Bad I Have to Destroy You Now”
7. “Internal Bleeding”
8. “In My Dreams 2015″
9. “Return of the Moon Man (Original Score)”
10. “Troubled Boy”

Adrian Marcel marzy o sukcesie

Adrian-Marcel-Waiting

Posiadanie mentora w postaci Raphaela Saadiqa nigdy nie zaszkodzi. W takiej uprzywilejowanej pozycji znajduje się obecnie Adrian Marcel – wokalista, który szykuje się do podbicia naszych muzycznych gustów. Ten 22-latek spełnia swoje marzenia. 24 kwietnia wychodzi jego pierwszy mixtape pt. 7 Days of Weak, zaś teraz do sieci trafił pierwszy singiel pt. „Waiting”. Kawałek traktuje o bólu  i cierpieniu jakie odczuwa facet po odejściu ukochanej. W dodatku jest pijany i nie może się z tym pogodzić. Jak żyć Marcel. Przypomina to trochę „Marvin’s Room” Drake’a, tyle że Adrian nie używa auto-tune’a przy wokalnych popisach, co się chwali. Można spodziewać się, że nie tylko Saadiq będzie odpowiedzialny za produkcję albumu. Krążą plotki o J.U.S.T.I.C.E. League. W każdym razie nie musicie czekać aż do kwietnia, by posłuchać Adriana.