Recenzja: Raphael Saadiq Jimmy Lee

Data: 19 września 2019 Autor: Komentarzy:

Jimmy Lee

Raphael Saadiq

Columbia / Sony

Ośmiu długich lat było trzeba, by Raphael Saadiq, niewątpliwie jedna z najważniejszych postaci współczesnego R&B, wypuścił długogrającego następcę retrosoulowego Stone Rollin’. Choć w zasadzie o następstwie nie moży być mowy — stylistycznie i kontekstowo dzieli te dwa krążki wszystko. Mimo tego to nadal Saadiq i, co chyba najważniejsze, ten sam Saadiq, którego kochamy.

Jimmy Lee to w zasadzie epitafium, album zadedykowany i napisany z perspektywy zmarłego brata muzyka, który przegrał życie z uzależnieniem narkotykowym. To najbardziej osobisty tekstowo krążek Saadiqa, który przez lata uciekał od mieszania swojego życia prywatnego z muzyką, aż w końcu znalazł się w punkcie, gdy potrzebował tego, by móc oddzielić przeszłość grubą kreską. Szczególna perspektywa Saadiqa znalazła odzwierciedlenie także w oprawie muzycznej, która eksploruje wachlarz tych samych brzmień, które nadawały pęd trwającej już przeszło trzy dekady karierze artysty. Jimmy Lee został skrojony jako specyficzne song cycle, progresywne, śmiało mieszające gatunki, dosłownie łamiące jeden drugim dzięki nagłym przejściom między utworami — przywodzącym kasetowe mikstejpy czy przełączenie kanałów telewizyjnych. Warto zauważyć, że Saadiq (z wyjątkiem A Seat at the Table Solange) od prawie dwóch dekad niemalże nie produkował rzeczy będących blisko współczesnego brzmienia — na Jimmy’m Lee> wykorzystuje więc trochę oldschoolowych, a trochę archaicznych rozwiązań, które przedstawia jako ponadczasowe, co czasem udaje mu się znakomicie (m.in. w funk-soulowym „So Ready” czy zbudowanym na klasycznym hiphopowym bicie chilloutowym „I’m Feeling Love”), a momentami nieco gorzej (zwłaszcza w triphopowym „Glory to the Veins”, które mimo pewnej ułomności doskonale wpisano w bieg krążka). Niemniej, pomimo drobnych mankamentów Jimmy Lee to znakomita płyta — zarówno koncepcyjnie, kompozycyjnie, jak i producencko.

Choć konstrukcja krążka może z początku wydawać się chaotyczna, w rzeczywistości kolejne utwory dopasowano do siebie rozmyślnie, a specyficzny przebieg albumu staje się przy kolejnych odsłuchach jego wyróżnikiem, a w końcu nawet atutem. Podobnie jak promujące płytę słodko-gorzkie midtempo „Something Keeps Calling”, tak i cały album rozpisano jako grower. Saadiq jest na krążku niewątpliwie bardziej doświadczony życiem i zaangażowany niż przed dekadą, zabawa konwencją nie jest już dla niego najważniejsza (choć zestawienie podbitego futurystycznym bitem „My Walk” z tradycyjnym charakterem inspirowanego pieśniami afroamerykańskich niewolników „Belongs to God” można tak właśnie potraktować), a każdy z kolejnych utworów na swój sposób uzmysławia słuchaczowi bezwzględność otaczającej nas rzeczywistości. Jak wspominane „Something Keeps Calling” i pozornie jedynie beztroskie „So Ready” opowiadające o bezradności w walce z nałogiem czy empatyczne „This World Is Drunk” oraz „Kings Fall” wiążące uzależnienie bezpośrednio z odrzuceniem („He’s always feeling left out / and he always left his friends out / he never understood why”). Dwa spośród najmocniejszych momentów krążka Saadiq pozostawił jednak na sam koniec — najpierw w poruszającym, przestrzennie wyprodukowanym „Rikers Island” zwieńczonym uduchowionym, chóralnym refrenem artysta odnosi się do nadproporcji Afroamerykanów w amerykańskich więzieniach („Too many niggas in Rikers Island / Why must it be? / Too many niggas in Rikers Island / Set ’em free”) przez utrzymywanie napędzanych przez wielki biznes post-kolonialistycznych mechanizmów społeczno-prawnych. Faktyczną myśl przewodnią Jimmy’ego Lee przynosi jednak dopiero ostatnie „Rearview” z wieloma pytaniami zadanymi głosem Kendricka Lamara — „How can I change the world, but can’t change myself?” i odpowiedzią Saadiqa wracającą do słuchacza jak bumerang w kilkudziesięciosekundowym pulsującym fadeoucie — „Your life is in your rearview”…

Komentarze

komentarzy