GOOD Music na CLMF 2011 pt.1: relacja z koncertu KiDa CuDiego

Data: 21 sierpnia 2011 Autor: Komentarzy:

kid_cudi_coke_live_music_5395525

„Czarnym koniem pierwszego dnia CLMF okazał się Kid Cudi. O szacunku, jakim darzą go fani, niech świadczy fakt, że jego koncert obserwowała publiczność wychodząca daleko poza granice namiotu. (…) Hałas na Coke Stage byłby prawdopodobnie jeszcze większy, gdyby publiczność dostrzegła z boku sceny długoletniego mentora i przyjaciela „Cuddera” – Kanye Westa, który do Krakowa przyleciał dzień wcześniej, specjalnie na ten koncert!” – możemy przeczytać na stronie tegorocznego Coke Live’a. Może i był tam Kanye, nie można jednak być tego pewnym – ta sama strona twierdzi, iż publiczność znała słowa tak dobrze, że zagłuszała rapera. A, niestety, wcale tak nie było. Choć sam Cudder łaskawie stwierdził, że pomyślnie zdaliśmy „KiD CuDi pop quiz” (który wyglądał identycznie co TUTAJ, więc fani mogli być na niego przygotowani).

Przejdźmy do samego koncertu. Pierwsze dźwięki, które usłyszeliśmy to  „REVOFEV”. I dobrze, że artysta nie zaczął niczym singlowym, szał tłumu był wystarczająco (niezdrowo) wysoki, fani ściśnięci jak w japońskim metrze miotali się, napierając raz na jedną, raz na drugą ścianę namiotu. Moment wyciszenia przyszedł dopiero w 2/3 koncertu. Szkoda, że przypadł akurat na  „Mr. Rager”. Utwór, który ma wyjątkowy potencjał, powinien zostać wykonany przez CuDiego dużo wcześniej. A tak stał się najbardziej niedocenionym utworem koncertu. Idealne do uspokojenia byłyby zaś kawałki „Marijuana” oraz jeden z moich ulubionych, „We Aite”, które podczas tego koncertu znalazły się prawie na początku setlisty.

Cudder pomiędzy kawałkami odzywał się rzadko. Jedna dłuższa wypowiedź stanowiła podziękowanie dla fanów, którzy wspierają go jako osobę, a nie jako artystę. Inny monolog (a raczej solilokwium) miał na celu przypomnienie, że każdy reprezentuje miejsce, z którego pochodzi. Zaiste głębokie.

Na tytuł najciekawiej wykonanych zasłużyły „Soundtrack 2 My Life”, „Mojo So Dope”, „Solo Dolo” oraz  „Up, Up & Away”. A może to po prostu takie ciekawe piosenki same w sobie są? Jedno jest pewne: wszystkie utwory rapera świetnie sprawdzają się na koncertach, wymuszając na fanach więcej niż tylko wertykalne machanie łapkami. Co ciekawe, CuDi skupiał się na podkreślaniu, że to koncert dla fanów nie tylko słownie. „Memories”, „Pursuit Of Happiness” oraz  „Erase Me” zostały wykonane bardzo podobnie do wersji studyjnej (czyli, w skrócie: olane). Oj, mógłby Cudder zaprosić Westa do wspólnego wykonania „Erase Me”, mógłby. Ach, co to by było za show!

Największym zaskoczeniem wieczoru okazało się (jakby na potwierdzenie moich słów) wykonanie „Day ‚N’ Nite”. Choć tłum skandował tytuł kawałka już w połowie koncertu, artysta odrzekł, że zagranie tego singla równałoby się z zakończeniem koncertu. Dlatego też fani postanowili zaczekać. Gdy przyszedł zaś czas na wykonanie kawałka… Szok! Trwało bowiem zaledwie… minutę? Półtorej może? Pseudo-fani musieli poczuć się oszukani.

Nie jestem w stanie określić jednoznacznie, czy koncert był dobry, czy też nie. Może to dlatego, że ulubionym artystom stawiam za wysokie wymagania. Choć nie zostałam zmiażdżona przez to, co w piątek zaprezentował CuDi, nie zamierzałam rozpaczać. W końcu następnego dnia miałam ujrzeć Yeezy’ego. A co pokazał Kanye, dowiecie się już jutro. Jeśli nie byliście na koncercie, zdecydowanie macie czego żałować. Na prośbę Westa scena została wydłużona dwukrotnie. Nic imponującego? 20 tancerek i 27 wykonanych kawałków. Nadal mało? Sztuczne ognie. Artysta wyjeżdżający spod ziemi na podnośniku pośrodku tłumu. Kanye używający MPC na naszych oczach (mój ulubiony moment). Show podzielone na 3 akty, z czego ostatni rozpoczęty motywem przewodnim z Rydwanów ognia. To nie był zwykły koncert. To był teatr. To była prawdziwa sztuka.

Komentarze

komentarzy