GOOD Music na CLMF 2011 pt.2: relacja z koncertu Kanye Westa

Data: 22 sierpnia 2011 Autor: Komentarzy:

kejn

(fot. Joanna Combik/Onet.pl)

Idziesz do kina na film. Gwiazdorska obsada, Twój ulubiony reżyser. Wiesz, czego możesz się spodziewać. Jesteś świadomy tego, że za chwilę zobaczysz najlepszy film w życiu. Film, który na długo pozostanie Twoim ulubionym. Po zakończonym seansie nie jesteś w stanie wydusić z siebie ani słowa, chociaż usta masz otwarte. I nie jest ważne, czy film spełnił Twoje oczekiwania. Możesz nawet czuć się odrobinę zawiedziony. Jednak będziesz hipokrytą, jeśli powiesz, że nie bawiłeś się dobrze. Ba, fałszywe będzie nawet stwierdzenie, że to nie było najlepsze widowisko w Twoim życiu.

Opinii o tym koncercie jest wiele i możemy się spodziewać różnych recenzji. Jedno jest pewne – Kanye będzie omawiany jeszcze długo, gdyż rzadko mamy okazję zobaczyć takie show. Niektórzy z Was poczuli się zmiażdżeni przez to, co zaprezentował artysta. Pozostali, choć promują negatywną opinię, z pewnością mają trudności z udawaniem, że sobotni spektakl był im obojętny. W końcu kupili bilety na koncert, a Yeezy dał im coś nieporównywalnie lepszego – sztukę teatralną. Jeśli ominął Was tegoroczny Coke Live, niech się Wam nie wydaje, że przesadzamy. Otóż kilka minut po godzinie 23 białe płótno rozpostarte na całej szerokości tylnej ściany sceny (która specjalnie na życzenie artysty została dwukrotnie wydłużona) zmieniło kolor na czarny i nawet najdalej stojące osoby z widowni byli w stanie przeczytać biały napis: „ACT 1”

Zgodnie z istniejącymi od wieków kanonami teatralnymi, akt pierwszy jakiejkolwiek sztuki powinien zapoznać widza z realiami w jakich osadzona jest akcja, przedstawić bohaterów. Sprawić, że widzowie od razu będą wiedzieć z jakiej klasy wydarzeniem mają do czynienia. A wszystko to zostało nam zaprezentowane już w ciągu pierwszych kilku minut. W blasku oprawy świetlno-laserowej na scenę wbiega zespół baletnic, które tanecznym ruchem oszalałe błądzą po parkiecie do podbitego przez dwójkę instrumentalistów (wśród nich ważny współpracownik Kanye, Mike Dean!) podkładu z utworu „H.A.M.”. Singiel ten został chłodno przyjety przez fanów JayaWesta, jednak jego brzmienie na żywo dosłownie odebrało wszystkim mowę. Momentu, w którym weszły chóry i opadło płótno zakrywające do tej pory gigantyczną wizualizację greckiej płaskorzeźby (Ołtarz Pergamoński) nigdy nie zapomnę. Dowiadujemy się też, że bardzo ważną rolę w przedstawieniu odegra… oświetlenie. Wszystko to okrutnie imponuje od samego początku, takiech rzeczy się nie spotyka na koncertach raperów, które zazwyczaj są teatrem jednego aktora.

W jaki sposób Kanye trafia na scenę? Za pośrednictwem prawdziwej Deus ex machiny – platformy, z której Yeezy pyta „can we get much higher?” stojąc kilkanaście metrów nad publiką. Zwrotki z „Dark Fantasy” są idealnym rozpoczęciem koncertu, tak samo jak były idealnym rozpoczęciem albumu My Beautiful Dark Twisted Fantasy. Zaraz potem przechodzi do wykonania „Power” (z remiksowymi wersami włącznie) i dobrze korespondującego brzmieniowo z nim „Jesus Walks”. Po takiej wiązce utworów publiczność już miała pewność, o czym jest ta sztuka – o tym na jak wysoki artystyczny poziom wnieść można hip hop, także i podczas koncertów. To nie były ostatnie dobre sceny pierwszego aktu. Wspomnieć nalezy również o lesie rąk złożonych w diamenty Roc-A-Fella, który wyrósł przy utworze „Diamonds From Sierra Leone”, o dreszczach na plecach przy syntezatorach z „Hell Of A Life”, oraz przy „Monsterze”. Przy tym ostatnim oczywiście nie pojawili się aktor Jay-Z i aktorka Nicki Minaj, ale za to znakomicie wyszło śpiewane outro, którego w studyjnym libretto nie było. Poleciało też parę utworów z albumu Graduation, w tym kończącę pierwszą część „Goodlife”. Nie sądziłbym, że ten plastikowy singiel tak będzie dobrze brzmiał na żywo. Urzekł mnie szczególnie początek, gdzie przedstawiono genezę bitu, który przecież narodził się z „P.Y.T.” Michaela Jacksona.

Choć publiczność najgoręcej zazwyczaj przyjmuje klasyki, Kanye nie pozwolił nam zapomnieć, którą płytę aktualnie promuje. Kiedy zniknął ze sceny, tłum zastygł w oczekiwaniu. Po raz drugi napięcie wzmagane było przez ciszę, którą tym razem uszanowali wszyscy. Kiedy zaś dowiedzieli się, że przyszedł czas na „ACT 2”, radości nie było końca… Zwłaszcza, że do uszu publiczności doszedł charakterystyczny beat, przypominający bicie serca. Przybyło też z powrotem aktorów na scenie – wróciły na nią tancerki. Tym razem (i tylko tym) dało się je dokładnie policzyć. 20!

Tyle tancerek oraz „Love Lockdown” przywróciły magiczną atmosferę, która może być osiągnięta tylko przy pomocy kawałków z 808s & Heartbreak oraz My Beautiful Dark Twisted Fantasy. Atmosfera ta utrzymała się jeszcze przez następne pół godziny dzięki „Say You Will” oraz „Heartless”. Pierwszy z nich był jednym z najbardziej godnych zapamiętania momentów przedstawienia. Zanim Kanye zabrał się do jego wykonywania, uprzedził widzów, że „zaraz zedrze sobie głos, ale utwór i tak wykona, gdyż go lubi„. Rzeczywiście, 15 minut później, kiedy głośniki nadal promowały „Say You Will” w promieniu kilku kilometrów, West był na granicy… charczenia? Tak, w tamtym momencie możliwości artysty były na wyczerpaniu (choć brzmiał pięknie cały czas), ale nie to wyciskało łzy z oczu widowni. Otóż po zakończeniu właściwych słów kawałka, Kanye wygłosił krótkie solilokwium, po czym kontynuował śpiewanie do melodii…

Sens historii, którą opowiedział, był mniej więcej taki: każdy z nas ma w życiu osobę, z którą uprawialiśmy seks tak dobry, że żaden z kolejnych partnerów nie będzie nigdy w stanie tego przebić. I żadna z jednonocnych przygód nie pozwoli nam o tej osobie zapomnieć. I w piątkową noc możemy korzystać z naszych planów B, C, D i N (dokładnie takich słów użył raper), ale to nam nigdy nie pomoże. Kiedy powróciła muzyka, West wrócił do śpiewania (tym razem jeszcze smutniejszym tonem), a najczęściej powtarzającym się wersem był: „Where do all the lovers go? Where she stop, I’ll never know.” Było to przeżycie, które naprawdę mogło skłonić człowieka do płaczu. Zwłaszcza, że Kanye, który przez cały koncert reżyserował widowisko na bieżąco, poprosił o wyciszenie wszystkich instrumentów poza pianinem i zmianę tła z czerwonego na niebieski. Brawo, Yeezy.

Po wspomnianym wcześniej „Heartless” nadszedł czas na ożywienie publiczności. Artysta zaprezentował nam mix złożony z singli, w których udzielał się na featuringu: „Swagga Like Us”, „Run This Town”, „E.T.” oraz „American Boy” (znalazł też czas na wykonanie „We Will Rock You”). Następnie przyszedł czas na falę prezentów dla wiernych fanów, rozpoczętą przez „Homecoming”. Roztkliwiwszy się nad tym, że pierwszą płytę wydał 6 lat temu, przypomniał nam także swój pierwszy singiel, „Through the Wire”.

Oczywiście król Kanye musiał mieć też moment autouwielbienia. No i miał. Aż dwa. Pod rząd. Po pierwsze: przed wykonaniem „All Falls Down” wyznał publiczności, iż jest to jedna z jego ulubionych piosenek, które kiedykolwiek wyszły (tak, ogólnie, a nie jego autorstwa). Po drugie… „No disrespect to other performers, but I AM THE MAN. No disrespect, just truth.” Ech, cały Kanye. Następne w kolejności „Gold Digger” oraz „All of The Lights” zostały wykonane podobnie do wersji studyjnej. No, może poza tym, że artysta śpiewał wersy wszystkich swoich gości, poza tymi KiDa CuDiego (nie, ten się niestety nie pojawił, został tylko puszczony z playbacku). Ostatnim utworem aktu okazał się „Stronger”. I… szok! Fantastyczne wykonanie, naprawdę zaskoczyło publiczność. Hipnotyzujący muzycznie wstęp oraz Kanye operujący wyjątkowo silnym głosem, którego używa wyjątkowo rzadko – majstersztyk.

Kiedy na ekranie pojawił się napis „ACT 3” tłum rozpoczął zgodne skandowanie imienia artysty. Trzecią część show Westa rozpoczęły wszystkim znane dźwięki motywu przewodniego z Rydwanów ognia. W międzyczasie tańczące baletnice tworzyły przepiękną falę pod białą płachtą, pokrywającą całą powierzchnię sceny. Widok ten narzucał inteligentnemu widzowi skojarzenie z operą (przypominamy, że statystyczny Polak chodzi do opery raz na 73 lata – najwidoczniej Kanye postanowił uzupełnić nasze braki).

Po zdjęciu ogromnego materiału okazało się, że tancerki są przebrane – miały na sobie czarne body wraz z czarnym tutu. Gwiazda wieczoru także przyodziała inne, czerwone szaty… jak na króla przystało. Do tego stał na białym podeście, mając u boku cud-maszynę. Kiedy zaczął stukać w klawisz dźwięku E, publiczność od razu zrozumiała, co będzie się działo. Ten dźwięk mógł oznaczać tylko jedno! Chociaż… Kanye zaskoczył niejednego widza grając na MPC! Ponad dwudziestominutowa wersja „Runaway” pokazała różne oblicza jednej piosenki. Najpierw wszyscy zgodnie śpiewali wersy „And I always find, yeah, I always find…”, potem równie zgodnie oklaskiwali aktora drugoplanowego. Niespodzianka, gdyż był to nie kto inny jak Pusha T. Na końcu zaś, przy spokojnych wywodach i morałach Westa na temat miłości, widzowie stali jak zahipnotyzowani.

„Runaway” można było uznać za oddzielną sztukę w tym spektaklu. Gdybyśmy rzeczywiście byli we wcześniej wspomnianym kinie (bo, jeśli nie zauważyliście, teraz jesteśmy w teatrze), wgniotłoby nas w fotel i zachciałoby się płakać. Tym bardziej, że najlepsze West zostawił nam na koniec. Uwielbienie do artysty sięgnęło zenitu, kiedy przy kolejnym utworze „Lost In The World” w górę poszybowały złote fajerwerki w niezliczonej ilości. Sylwester? Dla niektórych był to pewnie Sylwester, Gwiazdka, dzień dziecka i urodziny w jednym. Niestety, show chyliło się ku końcowi. „Hey Mama” było ostatnią sceną tego przedstawienia. Cóż, Kanye – prawdziwy raper, zanim zejdzie ze sceny, musi podziękować Bogu i (Ś.P.) mamie.

W Polsce stosunkowo często mamy okazję być świadkiem dobrego koncertu, jednak rzadko zdarza nam się zobaczyć w pełni wyreżyserowane muzyczne widowisko. Nie uważacie, że to bardzo przyjemne, iż Yeezy przywiózł ze sobą do Polski pełen arsenał popisów i ozdób, zamiast ograniczyć się do wymruczenia kilku kawałków? Czekamy na Wasze opinie.

reżyserią poszczególnych aktów zajęli się kolejno:
Chojny
MerceDiss
Eye Ma

Komentarze

komentarzy