Relacja z wrocławskiego koncertu Andreyi Triany

Data: 28 listopada 2011 Autor: Komentarzy:

andreyarel

Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że film powinien rozpoczynać się od trzęsienia ziemi a napięcie z każdą kolejną chwilą powinno wzrastać. Cóż, rozpoczynającego koncert „Darker Than Blue” nie dało się co prawda nazwać trzęsieniem ziemi, ale już od pierwszych sekund Triana pokazała publiczności, że ma do czynienia z prawdziwie utalentowaną wokalistką.

Andreya brzmi na żywo dużo lepiej niż na płycie. Co prawda koncert z towarzyszeniem zaledwie trzyosobowego zespołu i chórkami nagranymi na taśmie, nie był w stanie w pełni odtworzyć atmosfery intymności z Lost Where I Belong, ale pewną ezoterykę dało się wyczuć jeszcze przed rozpoczęciem występu. Początek był dość sztampowy – poleciały „Draw the Stars”, „Lost Where I Belong”, „Something in the Silence”, „X” w doskonale znanych aranżacjach. I szczerze mówiąc przez cały ten czas byłem przekonany, że ten występ już mnie nie porwie, niczym nie zaskoczy i, zupełnie jak płyta, pozostanie miłym, ale nieco bezbarwnym urozmaiceniem wieczoru. I właśnie tutaj wkroczył wspomniany Hitchcock i cały ten przewidywalny porządek diabeł strzelił.

Andreya zapowiedziała cover – swoją własną interpretację „I Love You More Than You’ll Ever Know” Donny’ego Hathawaya. I choć w wykonaniu czuć było ducha legendarnego wokalisty, to lśniła sama Andreya. Dopiero tutaj poczułem się włączony w program koncertu, a ten z każdą piosenką nabierał tempa. Kolejne „Far Closer”, na płycie dość zachowawcze, na żywo okazało się być prawdziwą petardą i główną atrakcją wieczoru. Pod względem niesionego ładunku energii nie ustępował mu wcale kończący występ Bonobowy „The Keeper”. Niecała godzina, Andreya żegna się z publiką. Ale żegna się w taki sposób, że wiemy, że wróci – przedstawia zespół i znika.

To nie w jej stylu. Obcując z nią na żywo, nie sposób nie wspomnieć, o tym jak sympatyczną, otwartą i zabawną jest osobą. Między piosenkami wielokrotnie żartuje i dyskutuje z publicznością, opowiada o znaczeniu utworów. Ten kontrast między wymową samego repertuaru a stylem bycia piosenkarki widoczny jest zwłaszcza na samym początku (gdy po pierwszym przejmującym wykonaniu wita się słowami „Wro-cław! Mam nadzieję, że niczego nie przekręciłam, bo ćwiczyłam to cały dzień”), ale pod koniec wieczoru zupełnie znika.

Także dlatego, że bis wymyka się zamkniętej koncepcji tego widowiska. I dobrze. Totalny luz. Andreya w połowie piosenki zapomina słów do wykonywanego „Grandma’s Hands” (z repertuaru Billa Withersa), co śpiewająco nam oznajmia i bez żadnego stresu przechodzi do refrenu. Ale prawdziwe szaleństwo to dopiero, zupełnie nieoczekiwane, „Sweet Dreams (Are Made of This)” Eurythmics, wykonane a capella z kilkoma zapętlonymi na siebie warstwami wokalnymi (nie pytajcie jak!) i czynnym udziałem publiczności. Przed rozpoczęciem piosenki Andreya prosi, żebyśmy wyciągnęli klucze i w zasygnalizowanym przez nią momencie, zaczęli nimi dzwonić. Finał koncertu jest taki, że Andreya śpiewa „Sweet dreams are made of this – it’s time to get the keys” i dziesiątki ludzi na sali zaczynają dzwonić. Andreya jeszcze przez chwilę śpiewa, żegna się, schodzi ze sceny, publika bije brawo. Hitchcock, proszę państwa, Hitchcock!

Komentarze

komentarzy